niedziela, 20 lipca 2014
czwartek, 10 lipca 2014
"Celem terroryzmu jest szerzenie terroru." - W.I. Lenin
Muzułmanie poczuli się zdradzeni przez cywilizację zachodnią w chwili, gdy ta zezwoliła na utworzenie państwa Izrael. Zostali zdradzeni (w ich mniemaniu) przez Zachód, a chwilę później upokorzeni w kolejnych wojnach przez Izrael i stąd ich nienawiść... To, co dzieje się teraz na Bliskim Wschodzie, to już od dawna nie jest wojna o wolności obywatelskie Palestyńczyków czy niezależność Strefy Gazy. To zwykła wojna z nienawiści.
Inna sprawa to różnice historyczno-kulturowe między nami i światem muzułmańskim, które sięgają czasu krucjat. Zauważcie, że etos rycerza europejskiego to walka pod sztandarem, z powiewającymi proporcami, na otwartym polu... Uczciwa bitwa z otwartą przyłbicą, w mundurach i z flagami (tak funkcjonuje Europa, tak my myślimy). Arabowie natomiast to twórcy asasynów, skrytobójców, zamachowców... i to jest ich styl walki (nie potępiając go ani nie pochwalając, trzeba zauważyć, że jest znacząco od naszego odmienny). My preferujemy walkę w polu, oni walkę skrytą i każda z kultur pogardza stylem tej drugiej strony. Tu są te różnice, które nakręcają wzajemną nienawiść. Nie tyle, że nienawidzimy wroga, ale dlatego, że pogardzamy jego sposobem walki.
Nigdy natomiast nie zrozumiem, co ludzie Zachodu mają do Izraela,
który jako jedyny z krajów „Zachodu” (w piłkę nożną grają w
mistrzostwach Europy, a nie Azji Mniejszej) potrafi przejąć i
zaadoptować strategię terrorystów i zastosować ją przeciwko nim samym.
Szwendali się Żydzi po Europie – było źle, dostali własne państwo i
kawałek pustyni, też źle. Przypominam, że to ONZ (czyli my!) im ten
kawałek pustyni dała.
Izrael to kraj ukierunkowany na
przetrwanie. Oni dobrze wiedzą, że ich pierwsza przegrana wojna będzie
ich ostatnią. I nie będzie to okupacja, prześladowania czy
wynarodowienie, ale eksterminacja i kolejny Holokaust. Ich kuzyni z
pustyni potopią ich w Morzu Śródziemnym. Izraelczycy, mając świadomość
tego, nie mogą sobie pozwolić na toczenie politycznie poprawnej wojny z
terroryzmem. Oni muszą walczyć z terrorystami ich własnymi metodami. I
dobrze wiedzą, jak to robić. Nie przejmują się tym, co o nich powie CNN
czy BBC, WikiLeaks, Lekarze Bez Granic czy Liga Ochrony Przyrody. Robią
to, co uważają za konieczne, aby zapewnić swoim obywatelom
bezpieczeństwo. I robią to dobrze. Skutecznie.
Wszyscy terroryści
na świecie wiedzą, że samolotów El Al się nie porywa! Nauczyli się tego
na lotnisku w Entebbe i na pokładzie Sabeny w Tel Awiwie. Szczerze
mówiąc, to właśnie my, Zachód, powinniśmy brać od nich lekcje, jak
walczyć z terroryzmem. Bo koalicja po 10 latach zaangażowania w
Afganistanie i Iraku osiągnęła co najwyżej naciągany remis, a Izrael
otoczony przez wrogów trwa. Wojna jest paskudna, każda wojna jest
paskudna, a ta, którą prowadzą terroryści, jest najpaskudniejsza ze
wszystkich. Nie da się jej wygrać w białych rękawiczkach przy błysku
fleszy i kamer. Czasami trzeba zniżyć się do poziomu terrorysty i przyj..bać mu tam, gdzie zaboli go najbardziej.
Jesienią 1985 roku w
Libanie Hezbollah zabił jednego radzieckiego dyplomatę, a trzech wziął
do niewoli. Funkcjonariusze radzieckich służb bezpieczeństwa porwali
krewnego lidera Hezbollahu, wykastrowali, a następnie wsadzili klejnoty
do gardła i zastrzelili. Ciało wysłano do terrorystów z dołączoną
wiadomością, w której zagrożono, że jeśli dyplomaci nie zostaną
wypuszczeni, taki sam los spotka innych członków terrorystycznej
organizacji. Tak się walczy z terroryzmem. Jeżeli nie jesteśmy na to
gotowi i brzydzimy się taką taktyką, to lepiej było nie ruszać się z
domu. Zresztą brutalna i bezpardonowa walka z terroryzmem to nie tylko
domena tego „bandyckiego” Izraela. Przypomnijcie sobie to, jak
postępowała armia brytyjska z IRA. 1981 rok, więzienie Maze, Robert
Sands, Derry, 1972, Krwawa Niedziela – mówi to komuś coś?
A że
Izrael jest finansowany przez USA i żydowską diasporę na całym świecie?
No i co z tego? A my to nie? A pieniądze na powstanie, wyszkolenie i
wyposażenie naszej dumy narodowej, GROM-u, to kto dał? Totalizator
Sportowy? Jak USA nam pomaga – to dobrze, jak Żydom – to źle? Filizofia
Kalego. Natomiast takiej diaspory, jaką ma do dyspozycji na świecie
Medīnat Yisrā'el, to im tylko pozazdrościć.
Od Izraela i IDF
powinniśmy się my, jako stosunkowo małe państwo otoczone przez dużo
większych sąsiadów (Rosja, Niemcy), uczyć, jak zapewnić sobie
bezpieczeństwo. Bo w razie kolejnej wojny na Bliskim Wschodzie to USA
może kasę i sprzęt Izraelowi da, ale US Marines raczej na Synaju nie
wyładują. I uwierzcie... u nas będzie podobnie, USS Ronald Reagan na
Bałtyk nie wpłynie. Co najwyżej frachtowiec z amunicją... albo ładunkiem
beretów.
wtorek, 8 lipca 2014
Walka z terroryzmem Izrael stajl
Różnica miedzy światem zachodnim, a Izraelem w walce z terroryzmem jest taka sama, jak między dwoma statecznymi panami jeżdżącymi do pracy na rowerach. Obydwu jacyś gnoje po kryjomu spuszczają codziennie powietrze z opon. Obydwaj głośno protestują, składają skargi, dzwonią na policję... jednak gdy to nie pomaga, to jeden z nich zaczaja się na łobuzów i spuszcza im taki łomot, że ich rodzona matka przez tydzień nie może poznać (przy okazji dostaje się też koledze tychże łobuzów, który akurat z nimi się zadawał), a drugi natomiast... no a drugi zaczyna wozić ze soba pompke do roweru.
Broń w domu, czyli mieć czy nie mieć
Cztery lata temu, w lipcu 2008 roku policja zarekwirowała, należącą do
majora Waldemara Nowakowskiego, weterana Armii Krajowej, powstańca
warszawskiego, inwalidę wojennego, kolekcję broni. 79-letni weteran
przez ponad 50 lat zbierał starą broń z czasów II wojny i lat
wcześniejszych. Jego okazała kolekcja eksponowana była w szkołach lub u
majora w domu, gdzie zbiory oglądały nawet zorganizowane wycieczki.
Major posiadał zaświadczenie, wydane jeszcze w okresie PRL przez Milicję
Obywatelską, że posiadane eksponaty nie są bronią.
Walka o odzyskanie kolekcji trwała 4 lata
i oparła się o Trybunał Praw Człowieka w Strassburgu, który w 2012 roku
nakazał zwrot skonfiskowanych eksponatów. Realizacja wyroku trybunału,
trwała z jakichś powodów, kolejne dwa lata i major Nowakowski odzyskał
swoją kolekcje dopiero kilka miesięcy temu.
Przypadek majora
Nowakowskiego i jego kolekcji to doskonały przykład jak wielki w Polsce
panuje lęk przed posiadaniem przez obywateli broni palnej. Nawet, jeżeli
są to jedynie pozbawione jakichkolwiek cech użytkowych
kilkudziesięcioletnie eksponaty muzealne. Od zakończenia II wojny
światowej polskie społeczeństwo było nie tylko sukcesywnie rozbrajane i
pozbawiane jakiegokolwiek dostępu do broni palnej, ale również dość
skutecznie przekonywane przez rządzących wówczas Polską, iż broń palna
zwykłemu obywatelowi jest najzupełniej niepotrzebna, zbędna, a wręcz
jest dla niego zagrożeniem. W rezultacie wyrosły pokolenia przekonane,
że broń palna w zwykłym domu to coś, co ogląda się jedynie w filmach.
Broń w rękach praworządnego obywatela stała się w świadomości społecznej
abstrakcją. Daliśmy się rozbroić nie tylko fizycznie, ale również
mentalnie.
Efekt? W ilości posiadanej broni palnej na 100
mieszkańców, Polska jest na 142. miejscu na świecie. To 36. lokata… od
końca! Na 100 Polaków przypada 1,3 sztuki broni. Z naszych bezpośrednich
sąsiadów słabiej uzbrojeni są jedynie Litwini (0,7 sztuki broni na 100
obywateli). Więcej broni znajdziemy oczywiście u Rosjan (8,6 sztuki
broni na 100 obywateli), Niemców (aż 30,3), Czechów (16,3), a nawet
Białorusinów (7,3). Według stanu z 2006 roku Siły Zbrojne RP posiadały
2257500 sztuk broni palnej (suma wszystkiego, wliczono także karabiny
wyprodukowane w okresie II wojny światowej). Pozwala to na wydanie, w
razie wojny, jednej sztuki broni na osobę ok. 9 proc. ludności Polski, w
wieku produkcyjnym.
Mimo nowelizacji Ustawy o broni i amunicji
oraz odradzającej się powoli świadomości obywateli w temacie dostępu do
broni palnej jest to wciąż niejako temat tabu. Zdobycie pozwolenia na
broń przez praworządnego, niekaranego, zdrowego psychicznie obywatela,
mimo iż teoretycznie możliwe, wymaga nadal sporych pieniędzy,
wytrwałości, cierpliwości oraz szczęścia.
Leży również edukacja w
zakresie dostępu oraz użytkowania broni palnej. Liga Obrony Kraju
zajmuje się przede wszystkim… kursami na prawo jazdy, reaktywowane
Bractwa Kurkowe to raczej grupy rekonstrukcji historycznej, a mój
nauczyciel od przysposobienia obronnego w liceum nazwał swój przedmiot
„Przysposobienie Obronne (Obrona Cywilna)” i skupiwszy się na tym drugim
członie nazwy szkolił nas z wiązania temblaków. Broni nie widzieliśmy
nawet na zdjęciu. Nie wiem jak to wygląda teraz (moje lata licealne to
połowa lat 90-tych XX wieku), ale wątpię, aby na lekcjach uczniowie
uczyli się rozkładać i składać AKMS jak to ma miejsce w Rosji.
Nikt
przy zdrowych zmysłach oczywiście nie oczekuje (jak to sugerują
przeciwnicy dostępu do broni) wprowadzenia w Polsce regulacji na wzór
amerykański. Inna kultura, inne tradycje, inny świat. Nikt nie ma
zamiaru paradować z Glockiem w kaburze przy pasie podczas zakupów w
Biedronce czy wozić karabinu w olstrze przy motocyklu. Nikt również nie
neguje konieczności ustawowego regulowania i kontroli dostępu do broni
palnej. To w końcu nie jest wędka, rower czy siatka na motyle. Nie widzę
jednak powodu, dla którego praworządny obywatel, który spełni wszelkie
wymagania nie mógł w trybie administracyjnym otrzymać pozwolenia i kupić
sobie pistoletu czy karabinu w celach sportowych, rekreacyjnych czy dla
obrony.
Instytucję pozwolenia na broń na terenach Polski
wprowadzili zaborcy. Jednakże nawet oni rozumieli konieczność posiadania
przez zniewolonych i wiecznie wywołujących powstania Polaków broni do
polowań czy samoobrony. Carska Rosja w obliczu wzrastającej
przestępczości i rosnącej liczby napadów i rozbojów na terenie Królestwa
Polskiego zliberalizowała w 1906 roku przepisy odnośnie posiadania
broni. Polacy mogli bez pozwoleń kupować rewolwery i amunicje do nich,
natomiast posiadacze zezwoleń mogli kupować każdą dostępną broń.
Po
odzyskaniu niepodległości przez Polskę zachowana została instytucja
„pozwolenia na broń”. Niemniej jednak była to decyzja administracyjna,
wydawana przez starostę w oparciu o opinię policji. W praktyce uzyskanie
pozwolenia na broń nie było kłopotliwe dla nikogo, kto nie był
skazanym, włóczęgą, alkoholikiem, narkomanem czy chorym psychicznie.
Jako
ciekawostkę można przytoczyć tutaj przypadek ojca, wspomnianego przeze
mnie na początku, majora Nowakowskiego. Otóż kapitan Władysław
Nowakowski (późniejszy major AK o pseudonimie „Żubr”) napadnięty w
Warszawie przez bandytę postrzelił go. Po kilku dniach kapitana
odwiedził prokurator, który chciał go tylko zapytać, czy pan kapitan
zamierza złożyć prywatną skargę na napastnika.
Szerszy dostęp
obywateli do broni palnej to również korzyść dla krajowego przemysłu
obronnego. W chwili obecnej, przy tak znikomej ilości broni posiadanej
przez Polaków cywilny rynek broni praktycznie nie istnieje. Fabryki
takie jak radomski „Łucznik” muszą liczyć albo na zamówienia Wojska
Polskiego, albo sprzedawać broń za granicę (przy wielu obostrzeniach
regulujących międzynarodowy handel bronią), albo próbować przebić się na
cywilnych rynkach zagranicznych. Szerszy dostęp Polaków do broni
palnej, to więc także szansa dla rodzimego przemysłu.
Posiadanie
broni palnej wiąże się z dużą odpowiedzialnością. Wymaga sporej wiedzy i
znajomości zasad bezpieczeństwa. Uczy ludzi kultury obchodzenia się z
bronią palną i szacunku do niej. Buduje świadomość obywatelską. Nie
zwiększy może, w jakiś znaczący sposób, potencjału obronnego kraju, ale
dzięki szerszemu dostępowi do broni, a tym samym do wszelkiego rodzaju
szkoleń i kursów strzeleckich tworzymy społeczeństwo świadome,
odpowiedzialne, obyte z bronią i przygotowane do jej użycia w obronie
Ojczyzny. Japoński admirał Isoroku Yamamoto powiedział kiedyś: „Inwazja
na Stany Zjednoczone zakończy się porażką, bo każdy Amerykanin ma w domu
broń i każdy z tych domów stanie się twierdzą.” W Polsce tych twierdz
prawie nie ma.
środa, 18 czerwca 2014
Polskie Nagrania - spółka bez odpowiedzialności
Hmm...właśnie wstałem, kawe pije, pacze i nie wierzę :) Najazd na redakcję Wprost jak za starych, dobrych "czekistowskich" czasów. Decydenci najwyraźniej stracili panowanie nad sytuacją, a juz na pewno nad sobą. Może się mylę, ale czy fakt, że wczoraj ujawniono, że tych nagrań jest 900h i nie wiadomo kto tam jeszcze jest zarejestrowany nie jest bezpośrednim powodem tej panicznej reakcji reżimu? Póki wiadomo było o 3-4 rozmowach był luz, nawet zastanawiająco zbyt beztroski luz ("Nic się nie stało" - jakoś się wykaraskamy, przeczekamy, zamieciemy, zwalimy na Ruskich i marsjan, bedzie dobrze), ale jak okazało sie, że tych nagrań jest wiecej... dużo więcej, puściły władzy nerwy i zaczęła sie szopka, dziecinada i panika słonia w składzie porcelany.
czwartek, 12 czerwca 2014
Tymczasem w Babilonie
Mosul
w rękach Islamskiego Państwa Iraku i Lewantu, Kirkut w rękach kurdyjskich Peszmergów, Faludża chyba
wciąż nieodzyskana, Lider ISIL -Abu Bakr al-Baghdadi zapowiada marsz na Bagdad, regularna
armia w rozkładzie, a siły specjalne jako jedyne (podobno) zdolne
cokolwiek zdziałac zaczynają sie wykruszać
ze względu na zwykłe zmęczenie (przerzucane są nieustannie z jednego
punktu zapalnego w drugi). Powoli dzieje się to, czego uniknąć w 1991
roku chciał George Bush Senior zatrzymując czołgi przed Bagdadem. Rozpad kraju. W rękach
al Baghdadiego jest już cała iracka prowincja Niniwa, której stolicą jest właśnie
Mosul. Stąd wiedzie prosta droga do Syrii oraz główne szlaki dla irackiej ropy.
Lekko licząc, ekstremiści sunniccy opanowali tereny, na których mieszkają co najmniej 3
miliony ludzi. Jeśli poskładać ten kawałeczek z terenami opanowanymi
przez nich w Syrii ( w rękach ISIL są Deir
ez-Zor i trochę terenów na północy i wschodzie Syrii), robi się
naprawdę groźnie.
Może
gdyby nie wojna domowa w Syrii, to sytuacja nie byłaby aż tak poważna (poza
konsekwencjami ekonomicznymi oczywiście), bo kraj podzieliliby miedzy
siebie szyicki Iran, Syria i Kurdowie (ewentualnie Turcja), ale przy tym bajzlu w
Syrii to sunnickie tereny dzisiejszego Iraku nie maja niestety w regionie stabilnego "pana", a to
prosta droga właśnie do spełnienia sie wizji al-Baghdadiego, czyli powstania sunnickiego kalifatu spod znaku al-Kaidy.
Paradoksalnie jedyna nadzieja na powstrzymanie nowego bin Ladena to... interwencja Iranu.
niedziela, 8 czerwca 2014
Kobiety na linii frontu
Kobiety były obecne na wojnach i w konfliktach zbrojnych na przestrzeni
wieków w niemal każdej kulturze, ale wojaczka zawsze była typowo męskim
zajęciem. Oczywiście trafiały się przypadki, gdy kobiety brały
bezpośredni udział w bitwach, ale czyniły to albo przebrane za mężczyzn
(zdarzało się tak podczas wojny secesyjnej) albo z pozycji
uprzywilejowanej, jako królowe lub charyzmatyczni dowódcy (tutaj
świetnym przykładem jest Joanna d’Arc). Poza takimi wyjątkami rola
kobiet na wojnie sprowadzała się głównie do bycia sanitariuszkami czy
łączniczkami.
Z biegiem czasu, zmianą mentalności, rozwojem
społeczno-kulturowym oraz technologicznym, a co za tym idzie dużo
większą skala konfliktów zbrojnych w XX wieku, kobiety zaczęły w
większym stopniu uczestniczyć w walkach zbrojnych. Zaczęły się pojawiać
kobiety – żołnierki. Jeden z pułków kozackich podczas I wojny światowej
dowodzony był przez kobietę w randze pułkownika, a niejaka Maria
Boczkariowa dowodziła sformowanym w 1917 roku Kobiecym Batalionem
Śmierci, który brał udział nie tylko w walkach na froncie I wojny, ale
również w późniejszych walkach z bolszewikami w obronie Rządu
Tymczasowego.
Podczas drugiej wojny światowej panie w mundurach
można już było spotkać w każdej z armii biorących udział w konflikcie.
Oprócz tradycyjnych funkcji pomocniczych (kierowcą była na przykład
późniejsza królowa brytyjska Elżbieta II) stanowiły one również trzon
obrony przeciwlotniczej zarówno w Anglii jak i w Trzeciej Rzeszy.
Początkowo pozwalano im obsługiwać urządzenia kontrolne uważając, że
sama czynność „pociągnięcia za spust” i zestrzelanie wrogiego lotnika, a
więc w efekcie zabicie go, jest zajęciem zbyt męskim dla kobiety.
Jednakże wzrost natężenia walk sprawiła, że obsługa broni
przeciwlotniczej rozmieszczonej wokół Londynu stopniowo przejmowana była
przez kobiety. Pierwszego zestrzelania damskie dłonie dokonały w
kwietniu 1942 roku. W 1943 roku w wojskach obrony przeciwlotniczej w
Wielkiej Brytanii służyło już 56 tysięcy kobiet (między innymi córka
Winstona Churchilla).
Ogółem na stanowiskach operacyjnych i
bojowych (jak nazwalibyśmy to dzisiaj) służyło w Wielkiej Brytanii i
Niemczech ponad pół miliona kobiet. Ciekawostką jest, że jednym z
motywów dopuszczenia kobiet do takich zadań był fakt, że zadania bojowe
przez nie wykonywane niosły, co prawda ze sobą wysokie ryzyko śmierci,
ale za to praktycznie zerowe szanse dostania się do niewoli. Jak widać
dowództwo bardziej martwiło się żeńskimi jeńcami wojennymi niż martwą
kobiecą obsługą działa przeciwlotniczego. Zresztą nie tylko dowództwo
dostrzegało to zagadnienie, ale o tym za chwilę.
Z chwilą
zakończenia działań wojennych świat zapomniał o doświadczeniach, jakie
przyniosła II wojna w kwestii kobiet i wszystko wróciło do starego
porządku.
Kobiety ponownie zaczęły trafiać do wojska dopiero w
latach 60-tych i 70-tych XX wieku. Jednakże nawet kraj taki jak Izrael, w
którym kobiety są zobowiązane do 2-letniej służby wojskowej wykluczał
wykorzystanie kobiet bezpośrednio na polu walki. Jednym z głównych
argumentów, które wówczas przemawiały dość wyraźnie przeciwko wysyłaniu
kobiet na linię frontu był nie tylko fakt, iż kobieta jest słabsza od
mężczyzny i mniej wytrzymała fizycznie (w świecie cywilnym normy
ISO11228 oraz EN1005 określają wydajność fizyczną kobiety, jako średnio
2/3 wydajności mężczyzny). Innym powodem, może nawet głównym, nie
wysyłania kobiet na linię frontu, było zachowanie żołnierzy płci
męskiej. Okazało się, że mężczyźni widząc zagrożenie dla życia koleżanki
z oddziału czy też ryzyko dostania się do niewoli, zaczynali tracić
kontrolę nad sobą, zapominali o powierzonym jednostce zadaniu, a ich
głównym celem zaczynała być ochrona za wszelką cenę rannej czy
zagrożonej koleżanki. Takie nadopiekuńcze zachowania żołnierzy wpływały
na skuteczność jednostek oraz na wykonywane zadania, co stanowiło
bezpośrednie zagrożenie dla prowadzonych działań wojennych.
Podobne głosy usłyszeć można wśród żołnierzy australijskich, którzy wolą
na misje bojowe nie zabierać ze sobą kobiet w obawie, że instynktowna
chęć ochrony kobiety okaże się w ferworze walki ważniejsza od
powierzonego zadania. O ile, bowiem mężczyznę można wyszkolić i niejako
zaprogramować do zabijania, to o wiele trudniej jest go nauczyć, aby
ignorował w żołnierzu obok kobietę. Zwłaszcza w walce, gdy przestają
często obowiązywać zasady społeczne, a górę biorą instynkty.
Powyższe przykłady oraz badania przeprowadzone w 2009 roku wśród kadetów
West Point i Reserve Officers' Training Corps (ROTC) oraz studentów
kilku uczelni cywilnych, pozwalają wysnuć wniosek, że zwolennikami
służby wojskowej kobiet na stanowiskach bojowych są w większym stopniu
cywile niż sami wojskowi. Czy jest to wniosek słuszny? Pozostawiam to
Wam do rozważenia.
Kobiety były i są obecne w armiach świata od
lat. Ich rola w wojsku z roku na rok rośnie. Pilotują samoloty i
śmigłowce (podobno kobieta za sterami odrzutowca jest bardziej wrażliwa
na przeciążenia od mężczyzny, ale za to o wiele bardziej odporna na
przypadki utraty świadomości z powodu zbyt silnych przeciążeń – są więc
tego „zarówno plusy dodatnie i jak i plusy ujemne” – cytując klasyka),
są psychologami, tłumaczami, negocjatorami, lekarzami, analitykami
wywiadu, logistykami, mechanikami, marynarzami okrętów nawodnych oraz
powoli także tych podwodnych. W Nowej Zelandii mogą nawet wstąpić do SAS
(aczkolwiek żadnej jeszcze nie udało się przejść selekcji, a
pamiętajcie, że Maoryski to naprawdę twarde kobiety). W wielu aspektach
przewyższają mężczyzn i są niezbędne do sprawnego funkcjonowania
nowoczesnych sił zbrojnych. Zwłaszcza w takich konfliktach, jakie
mieliśmy w Iraku i Afganistanie, gdzie kobieta w oddziale była w wielu
przypadkach niezbędna, aby przesłuchać, czy przeszukać afgańską kobietę
czy dziecko. Należy jednak pamiętać, że w kulturze, z której wywodził
się przeciwnik, z którym walczyliśmy przez ostatnią dekadę, kobieta
nigdy nie była i nie będzie traktowana, jako równorzędny żołnierz czy
wojownik, którego nasz wróg będzie darzył szacunkiem. Muzułmanin kobiety
(nawet uzbrojonej) się nie boi i na pewno jej się nie podda. Podejmując
więc decyzje o wysyłaniu kobiet na fronty walki z terroryzmem musimy
mieć tego świadomość.
Wojsko oraz bezpieczeństwo kraju i narodu
są zagadnieniami zbyt ważnymi, aby przeprowadzać na tym polu
jakiekolwiek eksperymenty z włączeniem kobiet do jednostek
pierwszoliniowych. Decyzje te nie mogą być podejmowane odgórnie, przy
kierowaniu się zasadami parytetów i ideami równouprawnienia. Kobieta
powinna mieć jak najbardziej możliwość służenia swojemu krajowi
najlepiej jak potrafi i robiąc to, co robi najlepiej. Jeżeli sprawdza
się na stanowisku dowódcy okrętu to nic nie powinno stać na
przeszkodzie, aby takim dowódca została, ale tym dowódcą powinna zostać
tylko i wyłącznie dlatego, że jest w tym dobra, a nie dlatego, że
kobiety w wojsku to teraz modny temat.
Każda kobieta oraz
mężczyzna przekraczający bramy koszar muszą o sobie zacząć myśleć przede
wszystkim jako o żołnierzach i być przez system traktowani bez różnic w
prawach, ale również bez różnic w wymaganiach. Dobro kraju jest daleko
bardziej istotne niż czyjaś urażona feministyczna czy szowinistyczna
duma i obniżanie jakichkolwiek wymagań stawianych naszym żołnierzom,
które zaowocować mogą spadkiem zdolności bojowych, jest niedopuszczalne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





