piątek, 24 października 2014
sobota, 30 sierpnia 2014
Rosyjski Sherlock Holmes
Lata świetlne temu zapisałem się do sławetnego Klubu
„Świat Książki”. Jak zapewne wiecie „Świat Książki” wymagał od swoich członków
zakupu, co najmniej jednej książki z każdego katalogu, w przeciwnym razie Klub
przysyłał ci to, co oni uznali za bestseller.
Któregoś dnia, zdesperowany, bo w ofercie nie było
niczego, czym byłbym zainteresowany włącznie z „bestsellerem”, postanowiłem
wybrać książkę losowo. Trafiła się powieść autora, o którym nigdy w życiu nie
słyszałem o tytule, który nic mi nie mówił… zaintrygował mnie jednak opis. A
brzmiał on mniej więcej tak:
„Carska Rosja, przełom XIX i XX wieku. Kiedy w
słoneczny dzień, w parku, na oczach spacerujących młody mężczyzna strzela sobie
w głowę, sprawa wydaje się prosta. Ot, popełnił samobójstwo z miłości. Tym
bardziej, że młody student – samobójca cały majątek zostawia pewnej uroczej
Angielce. Sprawą zainteresował się jednak Erast Fandorin. Uparty i ambitny
funkcjonariusz moskiewskiej policji postanawia ją rozwiązać. Nie spodziewa się
jednak, co odkryje i jakie dla niego samego będzie to miało konsekwencje. Bo
być może zaniechałby wówczas jakichkolwiek działań. Samobójstwo studenta to
jedynie początek mrocznej podróży Erasta ”
Książką tą był “Azazel” Borysa Akunina. Pierwsza
cześć serii o przygodach Erasta Fandorina, detektywa pracującego w moskiewskiej
policji u schyłku caratu. Powiem, że nie miałem już więcej problemów z wyborem
książek z katalogów Świata Książki. Kolejne pozycje serii autorstwa Borysa
Akunina stały się obowiązkowymi zakupami. (Dosłużyłem się bodajże nawet
Błękitnej Karty czy innego dyplomu Przodownika Pracy).
„Azazel” jest świetnie napisanym, trzymającym w
napięciu kryminałem, w którym autorowi udało się zachować doskonałą równowagę,
pomiędzy opowiadaną historią, intrygą i tajemnicą, a przedstawionym obrazem
epoki, społeczeństwa i życia codziennego mieszkańców Moskwy w latach ‘90 XIX
wieku.
Wszystkie kolejne powieści tej serii, mimo, iż
historie różnią się od siebie nieco stylem pisarskim czy miejscem akcji i
napięciem, trzymają poziom zaprezentowany w „Azazelu”. Można powiedzieć, że
autor bawi się gatunkiem. W kolejnej powieści „Gambit turecki”, Fandorin trafia
na front wojny rosyjsko-tureckiej, gdzie szuka szpiega w sztabie wojsk
carskich. „ Lewiatan” to kryminał w stylu Agathy Christie… wśród pasażerów
płynącego do Japonii parowca jest morderca… słowem każda książka, to jakby
nowa, zaskakująca historia opowiedziana przez tego samego starego znajomego…
Rosjanie nakręcili na podstawie książek Akunina 3
filmy: mini serial telewizyjny ”Azazel”, oraz filmy pełnometrażowe „Gambit
Turecki” ( w którym wystapił m.in. Daniel Olbrychski) i „Radca Stanu”.
Jako ciekawostkę dodam, że powieść „Azazel „ na
tyle zainteresowała córkę znanego reżysera, Paula Verhoevena, na co dzień
studentkę rusycystyki, że namówiła ojca, by zakupił prawa do ekranizacji
powieści. Na podstawie książki powstaje właśnie film „The Winter Queen”, którego Verhoeven jest producentem i współscenarzystą, reżyseruje Fiodor Bondarczuk (ten od 9. Kompanii), a Milla Jovovich gra jedną z
głównych ról…
Jako ciekawostkę dodam, że powieść „Azazel „ na tyle zainteresowała córkę znanego reżysera, Paula Verhoevena, na co dzień studentkę rusycystyki, że namówiła ojca, by zakupił prawa do ekranizacji powieści. Na podstawie książki powstaje właśnie film „The Winter Queen”, którego Verhoeven jest producentem i współscenarzystą, reżyseruje Fiodor Bondarczuk (ten od 9. Kompanii), a Milla Jovovich gra jedną z głównych ról…
"Orzeł wylądował", czyli lektury dzieciństwa
Na koniec VIII klasy
podstawówki Rada Pedagogiczna mojej szkoły (wtedy jeszcze, wstyd się przyznać, imienia
Marcelego Nowotki) postanowiła przyznać mi nagrodę książkową za wyniki w nauce
(tak, wiem, sam się im dziwię). Nasza wychowawczyni pozwoliła nam przed
rozdaniem nagród wybrać sobie z zakupionej puli książek to, co nas najbardziej
zainteresuje. Ja dla siebie nie znalazłam nic. Przeglądałem i przeglądałem i
generalnie nic nie przykuło mojej uwagi. Aż wpadła mi w ręce książka w brązowej
obwolucie, bez tytułu na okładce, takie zupełne nic. Po otwarciu strona
tytułowa dumnie oznajmiała: Orzeł Wylądował autor: Jack Higgins. „Niech będzie”
– pomyślałem i włożyłem do środka karteczkę z moim nazwiskiem.
Po lekturze wsiąkłem na amen. „Orzeł wylądował” to stylizowana na autentyczną (bardzo wiarygodnie zresztą) historia oddziału niemieckich spadochroniarzy, którzy zostali zrzuceni nad południowa Anglią z zadaniem uprowadzenia przebywającego tam na urlopie… Winstona Churchilla. Powieść napisana jest rewelacyjnie. Postacie nakreślone tak realistycznie, że aż się chce grzebać w archiwach i sprawdzać, czy przypadkiem niejaki Kurt Steiner to nie istniał naprawdę, co wydarzyło się na dworcu w Warszawie, i co tak naprawdę robili Niemcy na Wyspach Normandzkich (jedynym okupowanym przez Niemców terytorium Wielkiej. Brytanii. Powieść uznawana jest za najlepszą książkę Jacka Higginsa i doczekała się ekranizacji z m.in. Michaelem Cainem i Donaldem Sutherlandem. Powstała również kontynuacja pt. „Orzeł odleciał”.
Higgins, mimo że Angol wychowywał się w Irlandii Północnej. Znaczy w Ulsterze, jak kto woli. Akcja większości jego powieści (w tym również wspomnianego „Orła”) ociera się albo wręcz dotyczy Irlandii oraz konfliktu ulsterskiego, a co za tym idzie karty jego książek aż Roja się od terrorystów Z IRA, agentów MI6 i komandosów SAS. Spotkać można zarówno zatwardziałych, zawodowych zabójców jak i romantycznych bojowników z Thompsonami i Stenami pod płaszczami. Dużo w jego powieściach nawiązań do tajemnic 2 wojny światowej, ucieczki Bormana czy lotu Hessa… Książki rewelacyjnie oddaja klimat zarówno tamtych jak i naszych czasów. Znakomicie nakreślają tło historyczno-polityczne konfliktu irlandzko-brytyjskiego będąc jednocześnie doskonała weekendowa rozrywka i trzymająca w napięciu książka do poduszki. Książką gdzie ironiczny humor przeplata się z patetyzmem, gdzie faceci z przeszłością spotykają kobiety po przejściach i gdzie miłość nie ma przyszłości, a walka perspektyw zwycięstwa, ale… czy to oznacza, że należy się poddawać?
Wiele powieści Jacka Higginsa zostało przeniesionych na ekran. Wspomniany już „Orzeł Wylądował” z Donaldem Sutherlandem, ponadto znane, także w Polsce: „Modlitwa za konających” z Mickeyem Rourke i Bobem Hoskinsem, czy filmy z Kylem Maclachlanem w roli irlandzkiego terrorysty Seana Dillona „Protokół Windsordzki” i „Thunder Point”. Hit wypożyczalni kaset video początku lat 90-tych, film pt. „Konfesjonał” z Keithem Carradinem w roli poety i bojownika IRA, Liama Devlina, to też Jack Higgins.
piątek, 29 sierpnia 2014
Koreańskie Termopile.
Zapewne
większość z was widziała lub słyszała o obrazie z 2004 roku „Taegukgi
hwinalrimyeo”, po naszemu „Braterstwo broni”. Film o rekordowej oglądalności w koreańskich kinach, okrzyknięty koreańskim
„Szeregowcem Ryanem”, wbijający w fotel efektami specjalnymi, zdjęciami i
muzyką.
Ale to nie będzie o
„Taegukgi”… będzie o filmie trochę mniej znanym, opowiadającym zgoła inną,
aczkolwiek osadzoną też w realiach wojny koreańskiej historię. Zasadnicza
różnica między „Braterstwem broni”, a filmem z 2010 roku „71 into the fire”
(oryg. „Pohwasogeuro”), bo to o nim chcę opowiedzieć jest
taka, iż ten drugi oparty jest na prawdziwych wydarzeniach. Wojna koreańska
wybuchła w czerwcu 1950 roku i formalnie jest najdłużej trwającym konfliktem
zbrojnym nowoczesnego świata. Jako że w 1953 roku podpisano zaledwie rozejm,
wojna trwa od 64 lat.
Na film trafiłem przypadkowo. Był w ofercie panelu rozrywkowego na pokładzie samolotu KoreaAir podczas lotu do Seulu. Zrobiony jest, jak większość filmów HanCinema z dbałością o każdy detal. Jest to przejmująca, wielowątkowa historia, wyraźnie zarysowane postacie, bardzo dobrze oddana dramaturgia wydarzeń, wreszcie świetnie zrealizowane sceny batalistyczne i efekty specjalne.
Początkowy okres wojny koreańskiej… Przeważająca pod względem liczebności i uzbrojenia armia północy jest na najlepszej drodze, aby zepchnąć swoich południowych sąsiadów do morza. W Korei Południowej pod broń powoływany jest każdy zdolny ją nosić. Na front wysyłani są studenci i uczniowie, niejednokrotnie jeszcze w szkolnych mundurkach. Broń dawano nawet więźniom, którzy zgłaszali się na ochotnika w zamiana za darowanie kary.
„71 into the fire” opowiada właśnie taką historię 71 uczniów i studentów, którzy podczas szkolenia może z raz wystrzelili z karabinu. Ta „dzieciarnia” dostała rozkaz obrony budynku szkoły średniej w miejscowości P’ohang w pobliżu ważnego strategicznie mostu na rzece Nakdong. Przypadkowa zbieranina ochotników, zapaleńców, cwaniaków, przypadkowych ofiar przymusowego werbunku, ludzi chcących walczyć, jaki i ludzi chcących tylko przetrwać, to istny kocioł charakterów, postaw, zachowań i ideologii. Każdy ma inne podejście do wojny, inne na jej temat zdanie… a zagrożenie w postaci nadciągającej brygady wojsk Korei Północnej wisi w powietrzu. Wszyscy wiedzą, że walka wcześniej czy później nadejdzie i zweryfikuje wszystko i wszystkich.
71 niewyszkolonych, nieprzygotowanych i słabo wyekwipowanych uczniów miało wytrzymać do nadejścia pomocy dwie godziny… bronili się przed siłami 766. Brygady wojsk Korei Północnej przez 11 godzin.
Chyba każdy kraj ma swoje Termopile... To jest
historia tych koreańskich.
포화 속으로 - zwiastun
„Szerokiej drogi, Anat”, czyli porządki na dysku.
Stary tekst sprzed 3 czy 4 lat, który dziś razem z paroma innymi przypadkiem znalazłem na dysku.
„Książka
na weekend”
Irek Grin i powieść „Szerokiej drogi, Anat”
Izraelski wywiad werbuje Dawida, eks-policjanta jednostki antyterrorystycznej z Krakowa, niegodziwca, łajdaka i alkoholika, do wykonania ważnego zadania w Polsce. W celu uwiedzenia Dawida do Polski zostaje wysłana piękna i seksowna agentka Mossadu, tytułowa Anat. Jedna z tych, na których widok spora część mężczyzn myśli: przelecieć i umrzeć. Przygotowania do operacji nieco się komplikują, kiedy Anat zakochuje się w Dawidzie. Odsunięta od sprawy nie rezygnuje; potajemnie rusza śladem grupy operacyjnej do Krakowa. Akcja powieści przenosi nas z Krakowa do Jerozolimy, Kairu, Aten, Warszawy, Wrocławia i Istambułu. Na bohaterów czekają liczne niespodzianki, z których każda może pokrzyżować ich plany. Świat tajnych służb pokazany jest w tej powieści efektownie i przekonująco! Mossad po prostu musi tak działać…
Autor daje nam powieść sensacyjną, w której tworzy męski, bezlitosny świat polskiego i izraelskiego wywiadu. Nie ma tu miejsca na pomyłki, bo te kończą się śmiercią. Nie ma miejsca na przyjaźnie, bo te z reguły okazują się pułapką. Nie ma miejsca na rodzinę, bo ta stanowi najczęściej jedynie przykrywkę, prowizoryczne tło do odgrywanej roli na potrzeby akcji. Nie ma miejsca na szczerość, na indywidualność i na własną tożsamość, bo zawsze liczą się cele odgórne. Liczy się misja. W świecie tym nie powinno być też miejsca na na miłość, a jednak pojawia się i ona. Tylko pytanie czy to jest miłość czy jedynie część gry?
Początkowo
wygląda na to, że wszyscy bohaterowie realizują wspólny plan, chcąc
jednocześnie ugrać coś na boku dla siebie, ale do czasu. Nagle pojawia sie ktoś,
kto tak naprawdę rozdziela role w tym spektaklu i to on pisze niecny, szatański
scenariusz. Scenariusz, który całą intrygę i wszystkich bohaterów doprowadzi w
jedno miejsce w jednym momencie i do zakończenia, którego nikt się nie
spodziewa. Zakończenia, które mistrzowsko łączy wszystkie wątki powieści.
Uwierzcie, ja 3 godziny szczęki z podłogi podnieść nie mogłem po przeczytaniu
ostatnich kart… a książka doczekała się kontynuacji!
Bohaterowie powracają w powieści ”Szkarłatny
habit”, którą przeczytamy w jakiś kolejny weekend….
UPDATE
Właśnie się za ten „Szkarłatny habit” biorę…
środa, 27 sierpnia 2014
Wojna na małym ekranie
Jakiś czas temu, podczas debaty parlamentarnej na temat
nielegalnej emigracji, jedna z członkiń australijskiego parlamentu
powołała się w swoim przemówieniu na informacje, które zaczerpnęła z
„programu telewizyjnego traktującego o straży przybrzeżnej”. Okazało
się, że tym „programem” był serial telewizyjny opowiadający o przygodach
załogi fikcyjnego okrętu australijskiej marynarki wojennej pod tytułem
„Sea Patrol”. Wydarzenie wywołało ogólną wesołość, lecz zwróciło także
uwagę na rolę, jaką w postrzeganiu świata odgrywa telewizja i jej
sztandarowy produkt, czyli serial fabularny.
Seriale telewizyjne, które długo były traktowane nieco po macoszemu w
porównaniu z filmami fabularnymi, nabierają w ostatnich latach coraz
większego znaczenia. Tak jest chociażby w przypadku seriali wojennych
czy o tematyce militarnej. Wszyscy zapewne pamiętają, a wielu co jakiś
czas ogląda ponownie „Kompanię braci” – serial opowiadający o wojennych
perypetiach żołnierzy Kompanii E 506 Spadochronowego Pułku Piechoty 101
Dywizji Powietrznodesantowej armii Stanów Zjednoczonych. Akcja toczy się
podczas II wojny światowej, począwszy od szkolenia poprzedzającego
desant w Normandii, aż do upadku Trzeciej Rzeszy. Serial oparto na
książce, która opisuje losy prawdziwych żołnierzy biorących udział w
autentycznych wydarzeniach. Co więcej, na końcu każdego odcinka są
pokazywani weterani, ich uczestnicy. To oraz autentyzm opowiadanej
historii stanowią niewątpliwie o sile tej produkcji. Serial należy już
do kanonu kina wojennego, a niektóre motywy wykorzystano nawet w grach
komputerowych.
Kolejnym serialem, który zapada w pamięć i który może śmiało
aspirować do miana kultowego, to „Generation Kill” opowiadający o losach
batalionu rozpoznawczego amerykańskiej Piechoty Morskiej podczas
pierwszych dni inwazji na Irak w 2003 roku. Co łączy te dwa seriale
(oprócz niewątpliwie sporego budżetu)? Oba zrealizowano na podstawie
prawdziwych wydarzeń. „Generation Kill” to ekranizacja książki Evana
Wrighta, reportera magazynu „The Rolling Stone”, który towarzyszył
marines na ich szlaku bojowym.
W pamięć zapadł mi jeszcze jeden serial. Może mniej znany i nieoparty
na faktach, ale myślę, że wart uwagi. To „Overe There” przedstawiający
losy amerykańskich żołnierzy w Iraku. Serial o tyle ciekawy, że
przedstawia nie tylko to, z czym na co dzień zmagają się żołnierze w
strefie wojennej, lecz również piętno, jakie wojna odciska na wojskowych
i, przede wszystkim, na ich rodzinach. Ukazuje problemy emocjonalne,
fizyczne oraz różnice kulturowe, z którymi spotykają się żołnierze
służący na „Odległym froncie”.
W Polsce przez lata kultowymi serialami wojennymi były „Czterej
pancerni i pies” oraz „Stawka większa niż życie”. Emitowane podczas
każdych wakacji, świąt, czy też ferii zimowych. Może są one pełne
błędów, przekłamań oraz politycznej propagandy poprzedniego systemu, ale
do dzisiaj stanowią kultowe pozycje polskiej telewizji. Pamiętam, że
gdy po raz pierwszy oglądałem „Czterech pancernych i psa”, zastanawiałem
się, co Polak (Janek Kos) porabiał na dalekiej Syberii, dlaczego
dowódca polskiego czołgu chodzi w radzieckim mundurze, a kierowcą jest
Gruzin. Podczas późniejszych powtórek wiedziałem już, co prawda, skąd
Kos wziął się na Syberii i dlaczego Olgierd był dowódcą, rzucało mi się
natomiast w oczy zdobywanie Kołobrzegu przez piechotę uzbrojoną w
nieistniejące wówczas kbk AK. Niemniej jednak serial ten, jak i „Stawkę”
wciąż ogląda się z przyjemnością i nostalgią. Może dlatego, że były
zrealizowane z dużo większym rozmachem niż seriale kręcone obecnie.
XXI wiek przyniósł Polsce wojnę z terroryzmem oraz wynikające z niej
misje w Iraku i Afganistanie. „Misja Afganistan” to był pierwszy polski
serial o wojnie w Afganistanie i o polskim w niej udziale. Zapowiadany
jako wydarzenie telewizyjne był oczekiwany zarówno przez fanów i
sympatyków wojska, jak i przez tych, którzy pod Hindukuszem służyli.
Komu się spodobał? Chyba tylko fankom Pawła Małaszyńskiego, które
zresztą miały w nosie to, gdzie dzieje się akcja, byleby ich idol fajnie
wyglądał w mundurze.
Z całego serialu na uwagę zasłużył tak naprawdę tylko jeden odcinek.
Jak na cukierkowatość serialu zaskakująco dobry i oryginalny. Odcinek,
którego akcja paradoksalnie toczy się nie w Afganistanie, lecz w Polsce i
dotyczy weteranów zmagających się z PTSD. Ten epizod z całego serca
polecam każdemu. Resztę zaś tej produkcji można z czystym sercem sobie
darować, no chyba że kogoś interesują sceny seksu w „czołgu Rosomak”
(cytat z jednego z for poświęconych serialowi), czy też „hamerze” (cytat
z tego samego forum).
Wszyscy doskonale wiemy, że najlepsze historie pisze samo życie.
Polska, jako kraj, ma naprawdę wiele militarnych i bohaterskich historii
do opowiedzenia. Zarówno własnym młodym i starszym pokoleniom, jak i
całemu światu. Historii z wojen przeszłych i tych współczesnych.
Opowieści o historii polskiego oręża wystarczyłoby nie tylko na kilka
seriali i kilkanaście filmów pełnometrażowych.
Mamy świetne jednostki specjalne, które aż się proszą o porządnie
zrealizowany serial o ich przygodach. Tajemnica, która otacza operacje
prowadzone przez zespoły zadaniowe polskich sił specjalnych, sprzyja
popuszczeniu wodzy fantazji przez scenarzystów i stworzeniu naprawdę
ciekawego serialu akcji z żołnierzami w zielonych lub szarych beretach w
roli bohaterów. Taka potrzebę oraz sposobność dostrzegli i z
powodzeniem wykorzystali na przykład Rosjanie, realizując serial
telewizyjny o przygodach jednego z ich oddziałów specnazu.
Popularność emitowanego przez Program 2 TVP „Czasu honoru”, który
mimo nikłej wierności faktom i realiom II wojny światowej bije rekordy
oglądalności, powinna dać do myślenia. Uzmysłowić, że społeczeństwo jest
spragnione tego typu rozrywki, ale też dać do zrozumienia, że jest to
społeczeństwo wymagające i byle czym się nie zadowoli. Nie muszą to być
wierne realizacje historycznych wydarzeń, ale powinny być zrealizowane z
szacunkiem dla widza i jego inteligencji. Muszą to być historie, w
które widz zgodzi się uwierzyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



