niedziela, 4 stycznia 2015
piątek, 12 grudnia 2014
„Plecak”, czyli wojskowy nepotyzm
Mimo iż od decyzji o uzawodowieniu
Wojska Polskiego minęło 6 lat, to nadal mam wrażenie, że jeszcze daleko
nam do w pełni zawodowych Sił Zbrojnych RP. Nie wątpię tutaj w ducha i
zaangażowanie żołnierzy, którzy postanowili związać swoje życie z armią.
Pod tym względem armia bez wątpienia stała się już zawodowa. Ale sama
armia zawodowa, bez względu na to, jak jest wyszkolona, wyposażona i
uzbrojona, to nie wszystko. To również szereg rozwiązań i mechanizmów
systemowych zapewniających bezproblemowe funkcjonowanie sił zbrojnych.
Tymczasem nasza „uzawodowiona jednym podpisem” armia, co chwilę boryka
się z problemami, których przy procesie profesjonalizacji najwyraźniej
nie przewidziano, albo potraktowano starosłowiańskim „jakoś to będzie”.
Pominę
tutaj kwestię czasowego zawieszenia szkoleń dla rezerw, podobnie jak
fakt miotania się organów decyzyjnych przy organizacji sił rezerwowych
czy też braku nowoczesnego systemu rekrutacji, bo to tematy na zupełnie
odrębny felieton, albo i dwa.
Zmiany
jakie w XXI wieku przeszło Wojsko Polskie są bez wątpienia ogromne.
Udział w operacjach „Iracka Wolność” oraz misji w Afganistanie czy też
Czadzie doprowadziło do metamorfozy wojska z koszarowo-poligonowego w
sprawne jednostki z autentycznym doświadczeniem i potencjałem bojowym.
Oblicze polskiej armii zmieniły także zakup nowoczesnego uzbrojenia oraz
szeroka współpraca z sojusznikami. Niestety jedna rzecz wciąż
nie uległa zmianie, a przynajmniej proces zmian na tym polu zachodzi
niezwykle wolno, żeby nie powiedzieć opornie. Chodzi mi o mentalność.
Zbyt wielu „wodzów” w Wojsku Polskim wciąż tkwi światopoglądowo w
Układzie Warszawskim (abstrahując tu od opcji politycznych), a zbyt
wielu „Indian” traktuje służbę w armii jako zawód, który będą wykonywać
do późnej emerytury.
Głośnym echem odbiła się ostatnio sprawa przymusowego odchodzenia do cywila po dwunastu latach służby żołnierzy z korpusu starszych szeregowych.
Tych najlepiej wyszkolonych, mających największe doświadczenie bojowe,
uczestników wielu misji poza granicami kraju. Wśród samych
zainteresowanych, a także wśród masy komentatorów podniosło się larum.
„Jak to?!”, „Doświadczonych żołnierzy w sile wieku na bruk?”, „Hańba!”.
Oczywiście dla poszczególnych żołnierzy, którym mimo szczerego oddania
służbie nie udało się uzyskać awansu do korpusu podoficerskiego, taka
decyzja MON może jawić się jako niesprawiedliwa i krzywdząca. Spójrzmy
jednak na zagadnienie z innej, nieco szerszej perspektywy.
Służba
w wojsku, zwłaszcza w jednostkach liniowych to nie jest praca za
biurkiem od 9:00 do 17:00. Wymaga ogromnej sprawności fizycznej i
zdrowia. Sprawności intelektualnej oraz refleksu. Nie da się „jeździć na
bojówce” do 40. czy 50. roku życia. Przychodzi taki moment, że
trzeba zrobić miejsce młodszym, samemu zaś służyć im radą i
doświadczeniem (do czego właśnie stworzony został korpus podoficerski),
albo w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wobec Ojczyzny odejść do
cywila.
Odejście
do cywila 20 000 starszych szeregowych, którym przez 12 lat służby nie
udało się (bo nie mieli odpowiedniej motywacji, zdolności czy też
„pleców”) awansować na podoficerów i tym samym nabyć prawo służby przez
kolejne… 3 lata nie oznacza przecież, że ci ludzie znikają! W dniu
demobilizacji nie odwiedzi ich „facet w czerni”, który błyskającym
długopisem sprawi, że zapomną wszystko czego nauczyli się przez te 12
lat służby. Oni nadal będą funkcjonować w społeczeństwie.
Społeczeństwie, które nagle zyska 20 tysięcy obeznanych z bronią
obywateli, którzy znacząco zwiększą potencjał mobilizacyjny kraju.
Przecież młodzi, którzy ich zastąpią w służbie czynnej, też nie pozostaną wiecznie żółtodziobami. Będą
się szkolić, wyjeżdżać na misje, zdobywać doświadczenie, być może nawet
płacąc za nie własną krwią, a gdy przyjdzie czas… odejdą do cywila
robiąc miejsce kolejnym. Tak się ten świat toczy.
Alternatywą
dla tych szeregowych, którzy nie chcą się żegnać z mundurem po 12
latach służby jest wspomniany wcześniej korpus podoficerów, który
gwarantuje minimalną emeryturę po 15 latach służby. Osobiście
nie znam trzydziestokilkuletniego emeryta z tzw. mundurówki, który, by
nie dorabiał do tejże emerytury. Nawet nie z konieczności zdobywania
dodatkowych środków finansowych, ale najzwyczajniej z nudów. Człowiek w tym wieku, przyzwyczajony do intensywnego życia, po prostu nie będzie spędzał dni na oglądaniu „M jak Miłość”. Można
więc śmiało założyć, że bez względu na to, czy demobilizacja nastąpi po
12-stu czy po 15-stu latach służby, to kwestia poszukiwania przez
takiego byłego żołnierza (czy to st. szeregowego czy kaprala) pracy w
sektorze cywilnym jest oczywista. Problemem staje się właśnie
przedmiotowa mentalność. Służbę w wojsku należy traktować bardziej jako
etap w życiu, a nie pomysł na całe życie. Jako dobry żołnierz każdy powinien mieć zawsze w zanadrzu plan B a nawet C.
Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że okres ten powinno się skrócić do 8 lat.
To byłby wystarczający czas, by żołnierza odpowiednio wyszkolić, aby
nabył doświadczenia, wziął udział w ewentualnych misjach, miał czas na
zdobycie dodatkowych, przydatnych nie tylko w wojsku, umiejętności i
uprawnień. Jednocześnie, odchodząc po tychże 8 latach do cywila, byłby
na tyle młody, by móc ułożyć sobie satysfakcjonujące go życie zawodowe w
cywilu. Bez wątpienia mundur nobilituje. Dla wielu to oznaka
awansu społecznego, z którą niełatwo się po tych 12 latach rozstać. Ale
jest wiele mundurów z orzełkiem na piersi, które można nosić i służyć w
ten sposób krajowi. Oczywiście ogromna w tym rola państwa oraz
tego jak traktuje weteranów i jak im pomaga w adaptacji do życia w
cywilu, ale to już temat na kiedy indziej.
Jest
jednak jeden argument, który podnoszony przez przeciwników „planu
12-letniego” zasługuje na uwagę. Argumentem tym jest ogólnie panujący w
Wojsku Polskim … nepotyzm. Awans do korpusu podoficerskiego nie
zawsze zależy (a według niektórych prawie nigdy) od wiedzy, zdolności i
umiejętności żołnierza, a od tego czyim jest synem, siostrzeńcem czy
sąsiadem. Nepotyzm uniemożliwia wielu zdolnym, pracowitym i
oddanym służbie szeregowym spełnienie swojego marzenia o karierze
podoficera (a może nawet oficera) poprzez obsadzanie i tak już
ograniczonych ilościowo etatów podoficerskich kandydatami z klucza
„rodzinno-przyjacielskiego”. Nepotyzm w Wojsku Polskim to zjawisko,
które w wielu przypadkach urosło już do rangi patologii i jako takie
powinno być piętnowane i zwalczane.
Wszystkim, nawet tym, którzy
jedynie pobieżnie zetknęli się z wojskiem, doskonale znane jest pojęcie
„plecak”. To ktoś, komu karierę w wojsku, awans czy nawet dodatkowe
kursy i szkolenia zapewnia nie ciężka praca, wytrwałość i upór, ale…
rodzina na wysokim stanowisku. To jest – moim zdaniem – zjawisko, o
którym należy mówić przy każdej nadarzającej się okazji. Zamiast
toczyć narodowe spory na temat tego czy korpus szeregowych powinien
odchodzić do cywila po 12-stu czy 15-stu latach, należy skupić się na
walce o gruntowne zmiany systemowe w resorcie. O zmianę
mentalności tak decydentów, jak i tych, o których losie się decyduje.
Sytuacje, gdy w chwili ogłoszenia naboru na kurs podoficerski, czy do
studium oficerskiego wszystkie miejsca są już z góry obsadzone przez
„przywiezionych w teczkach” kandydatów zakrawa na paranoję. Relikt
najciemniejszych lat poprzedniego ustroju. W armii pretendującej do
miana wojska europejskiego, nowoczesnego i profesjonalnego, nie powinny
mieć miejsca.
Etatów podoficerskich nigdy oczywiście nie starczy
dla wszystkich starszych szeregowych, ale należy robić wszystko, aby
dostali je ci najlepsi, bo tylko oni zapewnią odpowiednio wyszkolone i
zmotywowane nowe pokolenia „Indian”.
czwartek, 27 listopada 2014
Motocykle są wszędzie
Jedzie człowiek, jak Bóg przykazał i prawo nakazuje, 50km/h drogą do
pracy. 50km/h, gdyż jest to jedno z ulubionych miejsc biwakowych
radiowozów NSW Police Force, a ja wychodzę z założenia, że dostać mandat
dwa razy za to samo i to w tym samym miejscu to nie tyle głupota, co
frajerstwo. Jadąc więc zgodnie z przepisami, stara się człek, aby jego
motocykl inni uczestnicy ruchu widzieli. Światła drogowe włączone,
wydech w myśl zasady "loud pipes save lives" wydaje z siebie ponad 100dB
dźwięku towarzyszącego procesowi spalania benzyny w cylindrach
silnika... Ufnym zatem, że mnie widzą i słyszą, że nikt mi drogi nie
zajedzie, ani z tejże nie zepchnie.
Gdzie tam... chwilę później,
jakiś zasłuchany w muzykę z iPoda "król szos" swoim białym Swiftem z
bocznej uliczki prosto pod koła mi wyskakuje.
Hamulce, klakson,
unik, wyminięcie po czym zatrzymanie motocykla przed samochodem w
poprzek jezdni... Wyłączam silnik, teraz sobie pogadamy panie
Hołowczyc... W życiu tak szybko, sprawnie i poprawnie wykonanego
zawrócenia nie widziałem. Nie zdążyłem kasku odpiąć, a po Swifcie śladu
nie było...
wtorek, 28 października 2014
Wojenna fikcja kontra książkowa rzeczywistość
Stare powiedzenie mówi, że to życie pisze najlepsze historie. Żadna historia wymyślona przez pisarza czy też scenarzystę nie jest w stanie dorównać temu, co przynosi rzeczywistość. Czasami jednak bywa odwrotnie i to scenariusze powstałe w głowie pisarza trafiają na pierwsze strony gazet i do serwisów informacyjnych.
Po atakach z 11 września 2001 roku ciężko było mi się oprzeć wrażeniu, że motyw z wykorzystaniem samolotu pasażerskiego, jako latającej bomby, nie jest taki oryginalny i że gdzieś już się z nim spotkałem. Tak, było to na kartach książki, która, gdy ją czytałem, była traktowana jako political fiction. Mam tu na myśli „Dekret” autorstwa nieżyjącego już klasyka gatunku Toma Clancy’ego. To na jej kartach pilotowany przez samobójcę Boening 747 uderza w gmach Kongresu Stanów Zjednoczonych, zabijając kongresmenów, senatorów oraz Prezydenta USA. Według tego, co udało się ustalić po 11 września, samolot, który rozbił się na polach Pensylwanii - United Airlines Lot 93, zmierzał właśnie w kierunku Kapitolu. Tom Clancy „Dekret” napisał w 1996 roku, a więc na 5 lat przez zamachem na WTC.
Ponowne deja vu przeżyłem, gdy rozpoczęły się zamieszki i demonstracje na kijowskim Majdanie, a następnie zajęcie Krymu przez Rosję i wojna domowa na zachodzie Ukrainy. Jako żywo przypominało to wydarzenia opisywane w dwóch książkach – „Czerwonej Apokalipsie” Vladimira Wolffa oraz w „Drodze służbowej”, wydanej w 1993 roku powieści amerykańskiego pisarza Dale’a Browna. Co do tej drugiej pozycji, to mam szczerą i gorącą nadzieję, że do opisywanej w niej eskalacji konfliktu rosyjsko – ukraińskiego nigdy nie dojdzie. Autor bowiem kreśli przed nami dość sugestywną wizję otwartego konfliktu zbrojnego między Rosją i Ukrainą. Konfliktu, w który wciągnięta zostaje Turcja oraz Stany Zjednoczone, a na ukraińskie bazy i miasta spadają bomby nuklearne.
Ludzka natura, wrodzona ciekawość oraz skłonność do wiecznego zastanawiania się: „Co by było gdyby?” sprawiają, że książki wojenne z gatunku political fiction, cieszą się tak dużą popularnością. Historie w nich opisywane (jak na przykład hipotetyczna wojna polsko-białoruska w „Stalowej kurtynie”) wciągają nie tylko czytelnika spragnionego mocnych wrażeń, czy też wszelkiego rodzaju i gatunku fanów uzbrojenia i militariów, ale również tych, których takie opowieści skłaniają do odrobiny refleksji (oczywiście w ramach przyjętej konwencji fikcyjnej opowieści) i wzbudzają w nich chęć stawiania hipotez oraz zadawania pytań.
Książki
te mają jeszcze jedną zaletę. Akcja większości z nich dzieje się
współcześnie, w świecie, który wszyscy dobrze znamy, a alternatywny do
realnego tok wydarzeń sprawia jedynie, że opowiadane historie stają się
jeszcze bardziej wciągające dla czytelnika, który łatwo identyfikuje się
z bohaterami i postaciami drugoplanowymi takich wydarzeń. Przykładem
może tu być zarówno wspomniana wcześniej „Stalowa kurtyna” (oraz cały
cykl, który ta powieść zapoczątkowała), jak i pewna książka, która, mimo
że przeczytana przed laty, zapadła mi dość dobrze w pamięć. Może
dlatego, że była to pierwsza z powieści political fiction,w której
opisywana „alternatywna rzeczywistość” tak bardzo dotyczyła Polski. Mam
tu na myśli wydany w 1993 roku „Kocioł” Larry’ego Bonda. Historię
rozpadu Unii Europejskiej i NATO oraz agresji nowo powstałej
Konfederacji Europejskiej złożonej z Niemiec i Francji na Polskę. Dziś
brzmi to jak bajka, ale zapewniam, że czytało się to z zapartym tchem.
Jednak,
jak już wspomniałem na początku, fikcja literacka, jak by nie była
sugestywną, inspirująca oraz wciągającą, nigdy nie doścignie w swej
złożoności rzeczywistości i historii, które tylko los potrafi nam
zgotować. Literatura wojenna zawsze obfitowała w spisywane czy też
dyktowane wspomnienia weteranów, uczestników walk, bitew oraz mniej lub
bardziej tajnych operacji. Historie te bez wątpienia fascynujące, pełne
bohaterstwa, poświecenia, odwagi czy też refleksji nad okrucieństwem
wojny muszą być jednak w tak samo fascynujący sposób opowiedziane
czytelnikowi, aby spełniły swoją rolę. Niestety nie zawsze to się udaje i
mimo szczerych chęci autorów, czy też uczestników wydarzeń, powstają
niejednokrotnie grafomańskie dziełka w rodzaju „Komandosa” Richarda
Marcinki, człowieka o niezaprzeczalnych zasługach dla współczesnych
działań i operacji specjalnych, a kreującego się w swojej książce na
ostatniego bufona rodem z komiksu.
Z wielu książek, które powstały jako wspomnienia czy też autobiografie żołnierzy biorących udział w wojnach, interwencjach czy operacjach o charakterze bojowym na szczególna uwagę na pewno zasługuje autobiograficzna książka pilota śmigłowca podczas wojny wietnamskiej, Roberta Masona – pod tytułem: „Powiedz, że się boisz”. Pozycja napisana jest bardzo plastycznym językiem, tak że niekiedy sceny bitew same stają przed oczyma, w dodatku nie ma tu typowego dla amerykańskiej kultury bohaterstwa i kozactwa.
O wywołanej atakami na WTC wojnie z terroryzmem powstało wiele książek. Lepszych i gorszych. Paradoksalnie te lepsze wcale nie zostały napisane jako stricte wspomnienia z wojny (świetnym przykładem jest tu pozycja „The Mission, The Men and Me” byłego dowódcy DELTA Force, Petera Blabera), a opowieści o zwykłych ludziach rzuconych w wir niezwykłych wydarzeń. Większość „wojennych pamiętników” napisali (lub podyktowali) byli żołnierze Navy SEALs (opowiadany jest nawet żart, że umiejętność pisania książek stanie się wkrótce obowiązkowym elementem szkolenia Naval Special Warfare) i prawie każda z nich zawiera obowiązkowo opis szkolenia BUD/S oraz Piekielnego Tygodnia, co po drugiej i trzeciej przeczytanej pozycji zaczyna się robić nużące. Jako świetny przykład mogą tutaj służyć dwie najbardziej znane wszystkim opowieści: „Cel snajpera” Chrisa Kyle’a oraz „Przetrwałem Afganistan” Marcusa Lutrella. Obydwie pozycje napisane przez, bez wątpienia świetnych żołnierzy, doskonale wyszkolonych i przygotowanych do wojny. Kochających swój kraj i wierzących w to, o co walczą. Ludzi bez wątpienia szlachetnych i oddanych ojczyźnie. Ludzi, którzy… nie powinni pisać książek.
Z drugiej jednak strony, gdyby nie te książki, nie dowiedzielibyśmy się o wielu sprawach i wydarzeniach i nie poznalibyśmy nazwisk wielu cichych bohaterów wojny z terroryzmem.
piątek, 24 października 2014
Kanada...
Kevin Michael Vickers - człowiek, który zastrzelił uzbrojonego napastnika w kanadyjskim Parlamencie to 58- letni Sargeant-at-arms kanadyjskiej Izby Gmin. Kevin, zanim został Sargeant-at-arms, przez 29 lat był Mountie (Kanadyjskim Królewskim Policjantem Konnym) i podczas całego okresu służby ani razu nie użył broni...
Sargeant-at-arms w parlamencie anglosaskim to formalnie szef ochrony Parlamentu, do jego obowiązków także należy wykładanie podczas obrad ”ceremonial mace” - buławy ze szczerego złota...
Subskrybuj:
Posty (Atom)




