![]() |
| Haldon St., Lakemba, Sydney/ Zdjęcie: Craig Greenhill |
poniedziałek, 14 września 2015
czwartek, 6 sierpnia 2015
Katyń w Baltimore
W
Harbor East - nowej (ale nieodległej od pięknego centrum zwanego Inner
Harbor), dzielnicy jednego z najstarszych miast Wschodniego Wybrzeża
Stanów Zjednoczonych - Baltimore, na rondzie między ulicami Felicia,
President i Aliceanna, przed reprezentacyjnym hotelem Marriott
„Waterfront", stoi niezwykły monument. Nie jest wielki, raczej trzeba go
wypatrywać pomiędzy wieżowcami, lecz ściąga
wzrok olśniewającym blaskiem, unikalną formą i dedykacją. Na granitowym
obramowaniu fontanny wybija się jedno słowo i jedna data: KATYŃ 1940.
Pomysłodawcą uczczenia w Baltimore pamięci ofiar zbrodni katyńskiej był
emerytowany oficer armii amerykańskiej, major Clement A. Knefel.
Stacjonował w Niemczech w amerykańskiej strefie okupacyjnej, o zbrodni
dowiedział się podczas Procesu Norymberskiego. Powziął myśl o
ufundowaniu tablicy pamiątkowej dla uczczenia żołnierzy sojuszniczej
polskiej armii, zamordowanych w Katyńskim Lesie.
Pieniądze
rozpoczął zbierać, jako emeryt wojskowy na początku lat 70-tych
ubiegłego wieku. Czy łatwo jest nam wyobrazić sobie starszego pana,
który na tzw. Polskim Festiwalu (inaczej mówiąc - festynie), przy
stoliku pod parasolem ustawionym w Paterson Park, sprzedaje
własnoręcznie przyrządzone kanapki i napoje? Czy łatwo sobie uzmysłowić,
jakie wrażenie robiła opowieść starego żołnierza o tej masakrze, na
nieznających wojny w swoim kraju mieszkańcach Baltimore?
Po
dziesięciu latach samotnej zbiórki i kwestowania wśród organizacji
weteranów wojennych, major Knefel zwrócił się o pomoc do marylandzkiego
Oddziału Kongresu Polonii Amerykańskiej. Powstał Komitet Katyński,
którego był on pierwszym przewodniczącym, a honorowe przewodnictwo
objęła Barbara Mikulski - senator US polskiego pochodzenia.
Komitet
zaangażował wszystkie siły w celu zwieńczenia pomysłu majora. Władze
miasta ofiarowały teren oraz przygotowały go pod pomnik. Z pomocą
finansową pośpieszył urząd Gubernatora Stanu Maryland, gmina żydowska i
inne związki wyznaniowe oraz rzesze prywatnych darczyńców.
Monumentalną wizję pomnika stworzył artysta-rzeźbiarz Andrzej Pityński.
Jest to jego honorowy wkład w dzieło upamiętnienia naszej historii.
Rzeźba wyobraża bijący ku niebu płomień, w który wkomponowane są polskie
symbole i postacie historyczne.
Wykonanie odlewu rzeźby
zlecono Gliwickim Zakładom Urządzeń Technicznych. Niektóre elementy
pomnika zamawiane były we Francji, Anglii, Niemczech, a nawet w
Australii. Uroczystość odsłonięcia odbyła się w słoneczny, lecz zimny i
bardzo wietrzny 19go listopada 2000 roku.
Wśród zaproszonych
gości niestety nie było już człowieka, od którego wszystko się zaczęło.
Major Knefel zmarł w 1998 roku i nie zobaczył imponującego efektu swej
skromnej inicjatywy.
środa, 5 sierpnia 2015
Co zrobić z tymi poje*anymi Polakami?
Tekst znaleziony w Internetach. Napisany podobno 3 lata temu z okazji rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego i tradycyjnej narodowej kłótni z tej okazji nad jego sensem i celowością. Można się z nim zgadzać, można nie zgadzać, ale trzeba przyznać, że autor zastosował ciekawą retorykę...
No to tera wam powiem, dlaczego głośne i dumne celebrowanie Powstania
nam się opłaci. Nie – dlaczego powinniśmy je czcić, nie – dlaczego jest
to słuszne i chwalebne, ale właśnie – dlaczego nam to się opłaci. Tak
po inżyniersku.
Bo jakoś nam wyszło, że przez tysiąc lat zostaliśmy Polakami w Polsce,
pośrodku Wielkiej Niziny Europejskiej. W samym przeciągu. Ni w chuj, ni w
dupę to nam wyszło, ale innej Polski nie mamy. Dokładnie między
Wschodem i Zachodem tkwimy jak noga wciśnięta pomiędzy drzwi a framugę.
Niewygodnie nam z tym jak cholera, z obu stron ciśnie, sąsiadom też
nie pasujemy, bo muchy lecą, i ani im wejść, ani wyjść, ani się położyć,
ale trwamy tak, bo naprawdę nie mamy dokąd stąd się wynieść. Za dużo
nas, żeby się rozproszyć w diasporach, jak kiedyś Żydzi, za bardzo się
różnimy od innych, by się roztopić w tłumie i zniknąć.
Nie możemy być drugimi Czechami, bo nikt nas nigdy nie potraktował i nie będzie traktował jak Czechów. Na miękką opresję kulturową w stylu Habsburgów raczej nie możemy liczyć.
Nie możemy być drugimi Czechami, bo nikt nas nigdy nie potraktował i nie będzie traktował jak Czechów. Na miękką opresję kulturową w stylu Habsburgów raczej nie możemy liczyć.
I choć jesteśmy największą zakałą i zawalidrogą Europy, jakoś nam się
udaje to skromne klepisko utrzymać przy sobie. A przecież nie mamy
żadnych atutów, argumentów, siły ani racjonalnych podstaw, by sądzić, że
tak będzie nadal. O tym, że zbudujemy taką samodzielną potęgę
militarna, by być bezpiecznym zarówno od tych z lewa jak z tych z prawa,
możemy zapomnieć. Śmiech na sali.
Wiemy też, że stworzenie twardego sojuszu z jednym, przeciwko drugiemu też nas w efekcie unicestwi.
W istocie więc nie mamy broni ani żadnych szans. Dlaczego więc wciąż tu jesteśmy? Co mogło powstrzymać Rusków w 1956 i 1980? Przecież nie nasze czołgi. Co mogło skłonić Stalina, żeby osobistymi poprawkami złagodził treść peerelowskiej konstytucji napisanej przez naszych nadgorliwych renegatów? Dlaczego pozwolili nam być najweselszym barakiem w obozie i nie dokręcili tak śruby, jak w okolicznych barakach?
W istocie więc nie mamy broni ani żadnych szans. Dlaczego więc wciąż tu jesteśmy? Co mogło powstrzymać Rusków w 1956 i 1980? Przecież nie nasze czołgi. Co mogło skłonić Stalina, żeby osobistymi poprawkami złagodził treść peerelowskiej konstytucji napisanej przez naszych nadgorliwych renegatów? Dlaczego pozwolili nam być najweselszym barakiem w obozie i nie dokręcili tak śruby, jak w okolicznych barakach?
Jaki występuje związek między zaciekłym zwalczaniem mitu Powstania
przez Michnikoidów a ich stałym szukaniem obrony przed Polakami
zagranicą? Jaki to jaskrawy kolor ostrzegawczy nosimy na plecach, że
działa jak ostrzeżenie? Ależ oczywiście, że Powstanie Warszawskie.
Naszą, kurwa, popieprzoną niepoczytalność. Nasz mit totalnej
nieobliczalności. Nasze, kurwa, szaleństwo.
Patrząc na mapy sztabowe to gołym okiem widać, ze militarnie
strategiczne cele można tu zdobyć najpóźniej w tydzień. To jest bułka z
masłem.Tylko co potem? Co zrobić
z tymi pojebanymi Polakami? Tu się nie da jak w Danii czy innej Francji
rozwiesić obwieszczeń po placach z nowymi rozporządzeniami i wszyscy
rozejdą się do chałup. Nawet jak się rozejdą, to będą knuć, wichrzyć,
kombinować, coś majstrować po piwnicach, spotykać się po mieszkaniach i
oczeretach. I terror ich nie powstrzyma. Wręcz przeciwnie. Im bardziej
się im dokręca śrubę, tym bardziej im odbija szajba.
A w ostateczności, to są w stanie rozjebać wszystko. Naprawdę
wszystko i jeszcze więcej. Słyszeliście o Powstaniu Warszawskim? Oni
tam, kurwa nie mieli broni, a przez dwa miesiące doborowe jednostki bały
się do nich zbliżyć na odległość strzału. Niemcy rozjebali im całe
miasto w pizdu, do fundamentów, a oni nie dali sobie luzu. Trzeba było z
dużym nakładem sił i środków ich wszystkich pozabijać. Dasz wiarę? Dwa
miesiące trzeba było ich bombardować, ostrzeliwać, rozjeżdżać czołgami,
palić miotaczami płomieni, żeby opanować sytuację. Na samym zapleczu
frontu! To nieobliczalne świry są, ci Polacy.
Jak tam w tej Polsce usiedzieć? Ani tam spokoju, ani wygody. Jak spać
stale z pistoletem pod poduszką? Jak chodzić po ulicach? Jak się
urządzić na dłuższą metę, gdy te pojeby to zniszczą, nie kombinując
zanadto, czy to im się opłaca? Sami zginą, a nam spokojnie żyć tam nie
dadzą. Przecież nie da się przez dziesięciolecia siedzieć w czołgu, jak w
jakimś Afganistanie? Bo te pojeby będą ginąć setkami a nie odpuszczą.
Taką to informacją o nas dla świata, porozwieszaną na wszystkich naszych granicach jest Powstanie Warszawskie. To taka tabliczka na furtce z napisem: „Uwaga, możliwość występowania wkurwionych Polaków w znacznych ilościach”.
Taką to informacją o nas dla świata, porozwieszaną na wszystkich naszych granicach jest Powstanie Warszawskie. To taka tabliczka na furtce z napisem: „Uwaga, możliwość występowania wkurwionych Polaków w znacznych ilościach”.
My w zasadzie nie musimy już nic robić. Powstańcy zapłacili już cenę
tej polisy z nawiązką. Fakt, drogo wyszło jak cholera. Ale tylko tak
droga polisa może działać.
Niestety, wszyscy o niej zapomną, gdy i my przestaniemy pamiętać. Z
pewnością przestanie działać, gdy my zaczniemy Powstania się wstydzić.
Wtedy już na pewno ta cała krew pójdzie na marne. Pewnie, że nie zrobili
tego specjalnie. Nie chcieli przecież umierać. Nikt nie chce. Ale skoro
tak już wyszło, to może nie marnujmy tego ich poświęcenia, ich walki,
przez pozbawianie jej sensu?
Celebrując nadal głośno i z dumą Powstanie dajemy znać, że to nie
było wszystko dawno i nieprawda. Że cos z tego nadal w nas żyje. Że
rozumiemy, co zrobili i że nam też jeszcze całkiem rura nie zmiękła.
niedziela, 12 lipca 2015
Historia najpiękniejszego myśliwca w historii, cz. 3
Kontrowersyjnym epizodem w historii Tomcata była sprzedaż tych maszyn w
latach 70-tych XX wieku, Iranowi. Co prawda dzisiaj Iran jest krajem
należącym do tzw. „osi zła”, ale w wówczas, gdy krajem Persów rządził
szach Mohammad Reza Pahlawi był to jeden z najbliższych sojuszników USA
na Bliskim Wschodzie. Nic wiec dziwnego, że rząd amerykański bez
problemu wyrażał zgodę na sprzedaż do Iranu najnowocześniejszych
technologii obronnych. Miało to na celu uzbrojenie sojusznika na tyle,
żeby był w stanie trzymać w ryzach sąsiedni Irak oraz stanowić realną
siłę przeciwko ewentualnym zapędom Związku Sowieckiego, gdyby ten
zapragnął zająć leżące nad Zatoką Perską pola roponośne.
Gdy Reza Pahlawi postanowił mieć w swoim arsenale najnowocześniejszy amerykański myśliwiec przedstawiono mu dwie oferty – F-14 Tomcat oraz F-15 Eagle. Po specjalnie urządzonym pokazie obu maszyn Iran zdecydował się na zakup Kocurów. W 1974 roku dostarczono Persom 80 sztuk myśliwców Tomcat z uzbrojeniem obejmującym między innymi 714 pocisków AIM-54 Phoenix. Mimo iż maszyny pozbawione były niektórych (uznanych za tajne) elementów oprogramowania i wyposażenia elektronicznego, to wciąż była to najpotężniejsza i najnowocześniejsza maszyna bojowa w regionie. Dzięki pociskom Phoenix irańskie Tomcaty stanowiły realne zagrożenia dla osiągających prędkości w granicach 3 Machów, sowieckich maszyn Mig-25 Foxbat.
Zaledwie jednak 5 lat po zakupie pierwszych Tomcatów Iranem wstrząsnęła rewolucja islamska. Szach został obalony, a kraj, z sojusznika Stanów Zjednoczonych stał się jego zagorzałym wrogiem. Stosunki między krajami stały się napięte. Nagle flota najnowocześniejszych samolotów amerykańskich znalazła się w rękach reżimu, który otwarcie deklarował swoja wrogość w stosunku do USA. Oczywiście wszelka pomoc techniczna, serwisowanie i zaopatrzenie dla irańskich Tomcatów zostało wstrzymane, co zaowocowało uziemieniem maszyn. Nie na długo jednak. Krajowa produkcja niezbędnych części zamiennych sprawiła, że maszyny w 1980 roku ponownie wzbiły się w powietrze. W sama porę, aby wziąć udział w walkach na froncie wojny iracko-irańskiej. W miarę rozwoju konfliktu rosło też wykorzystanie operacyjne maszyn F-14 Tomcat oraz będących na ich uzbrojeniu pocisków Phoenix, które zbierały krwawe żniwo wśród lotnictwa Iraku.
Ocenia się, że do końca wojny Tomcaty w barwach IRIAF zestrzeliły łącznie około 160 maszyn należących do reżimu Saddama Husajna, tracąc w walkach zaledwie jedna maszynę. Patrole irańskich Tomcatów siały popłoch wśród irakijskich pilotów, którzy nie mieli pod skrzydłami swoich maszyn niczego, co byłoby w stanie równać się z pociskiem AIM-54 i skutecznie zagrozić „Perskim Kocurom”. Ten lęk przed Tomcatami dał sie zresztą odczuć jeszcze w 1991 roku, gdy to podczas I Wojny w Zatoce samo oświetlenie radarem Tomcata sprawiało, że Irakijczycy brali nogi za pas (padając ofiarą czyhających na to maszyn USAF).
Kuriozum i pewnego rodzaju chichotem historii może być fakt, że latające w barwach Islamskiej Republiki Iranu samoloty F-14 Tomcat zanotowały więcej zwycięstw i zestrzeleń niż cała flota Kocurów z US Navy.
Obecnie w lotnictwie Iranu pozostaje wciąż około 28 Tomcatów latających tylko i wyłącznie dzięki produkowanym na miejscu częściom zamiennym oraz radarom irańskiej produkcji. Wiadomo, że są to maszyny wciąż zdolne do lotów bojowych, ale czy są w stanie jakakolwiek walkę powietrzną jeszcze wygrać to już pozostaje tajemnicą reżimu ajatollahów.
Iran pozostaje jednak jedynym miejscem na Ziemi gdzie nadal można zobaczyć te piękne maszyny w locie…
Gdy Reza Pahlawi postanowił mieć w swoim arsenale najnowocześniejszy amerykański myśliwiec przedstawiono mu dwie oferty – F-14 Tomcat oraz F-15 Eagle. Po specjalnie urządzonym pokazie obu maszyn Iran zdecydował się na zakup Kocurów. W 1974 roku dostarczono Persom 80 sztuk myśliwców Tomcat z uzbrojeniem obejmującym między innymi 714 pocisków AIM-54 Phoenix. Mimo iż maszyny pozbawione były niektórych (uznanych za tajne) elementów oprogramowania i wyposażenia elektronicznego, to wciąż była to najpotężniejsza i najnowocześniejsza maszyna bojowa w regionie. Dzięki pociskom Phoenix irańskie Tomcaty stanowiły realne zagrożenia dla osiągających prędkości w granicach 3 Machów, sowieckich maszyn Mig-25 Foxbat.
Zaledwie jednak 5 lat po zakupie pierwszych Tomcatów Iranem wstrząsnęła rewolucja islamska. Szach został obalony, a kraj, z sojusznika Stanów Zjednoczonych stał się jego zagorzałym wrogiem. Stosunki między krajami stały się napięte. Nagle flota najnowocześniejszych samolotów amerykańskich znalazła się w rękach reżimu, który otwarcie deklarował swoja wrogość w stosunku do USA. Oczywiście wszelka pomoc techniczna, serwisowanie i zaopatrzenie dla irańskich Tomcatów zostało wstrzymane, co zaowocowało uziemieniem maszyn. Nie na długo jednak. Krajowa produkcja niezbędnych części zamiennych sprawiła, że maszyny w 1980 roku ponownie wzbiły się w powietrze. W sama porę, aby wziąć udział w walkach na froncie wojny iracko-irańskiej. W miarę rozwoju konfliktu rosło też wykorzystanie operacyjne maszyn F-14 Tomcat oraz będących na ich uzbrojeniu pocisków Phoenix, które zbierały krwawe żniwo wśród lotnictwa Iraku.
Ocenia się, że do końca wojny Tomcaty w barwach IRIAF zestrzeliły łącznie około 160 maszyn należących do reżimu Saddama Husajna, tracąc w walkach zaledwie jedna maszynę. Patrole irańskich Tomcatów siały popłoch wśród irakijskich pilotów, którzy nie mieli pod skrzydłami swoich maszyn niczego, co byłoby w stanie równać się z pociskiem AIM-54 i skutecznie zagrozić „Perskim Kocurom”. Ten lęk przed Tomcatami dał sie zresztą odczuć jeszcze w 1991 roku, gdy to podczas I Wojny w Zatoce samo oświetlenie radarem Tomcata sprawiało, że Irakijczycy brali nogi za pas (padając ofiarą czyhających na to maszyn USAF).
Kuriozum i pewnego rodzaju chichotem historii może być fakt, że latające w barwach Islamskiej Republiki Iranu samoloty F-14 Tomcat zanotowały więcej zwycięstw i zestrzeleń niż cała flota Kocurów z US Navy.
Obecnie w lotnictwie Iranu pozostaje wciąż około 28 Tomcatów latających tylko i wyłącznie dzięki produkowanym na miejscu częściom zamiennym oraz radarom irańskiej produkcji. Wiadomo, że są to maszyny wciąż zdolne do lotów bojowych, ale czy są w stanie jakakolwiek walkę powietrzną jeszcze wygrać to już pozostaje tajemnicą reżimu ajatollahów.
Iran pozostaje jednak jedynym miejscem na Ziemi gdzie nadal można zobaczyć te piękne maszyny w locie…
Historia najpiękniejszego myśliwca w historii, cz. 2
![]() |
| Odpalenie pocisku AIM-54 Phoenix |
Jak wpomniałem na końcu części pierwszej, pierwszy Tomcat trafił do
US Navy w październiku 1972 roku. Oznacza to, że od chwili, gdy
myśliwiec zszedł z deski kreślarskiej do rozpoczęcia produkcji seryjnej
upłynęły zaledwie 4 lata. Była to niesamowita prędkość zważywszy, że
głównemu rywalowi – Sowietom podobne osiągnięcie zajęło 12 lat.
Zamówienie US Navy opiewało na 700 maszyn. Były one rozmieszczane na lotniskowcach stopniowo wypierając z roli podstawowego myśliwca pokładowego maszynę F-4 Phantom.
Zamówienie US Navy opiewało na 700 maszyn. Były one rozmieszczane na lotniskowcach stopniowo wypierając z roli podstawowego myśliwca pokładowego maszynę F-4 Phantom.
Pierwsze zadanie bojowe
otrzymały Tomcaty w 1975 roku i polegało ono na zapewnieniu parasola
powietrznego nad ewakuującymi się z Sajgonu wojskami amerykańskimi.
Pierwszym natomiast odniesionym zwycięstwem nowej maszyny było starcie w
1981 roku z maszynami libijskimi nad zatoka Wielka Syrta gdzie
operujące z lotniskowca USS Nimitz dwa F-14A Tomcat zestrzeliły dwa
libijskie Su-22M. Podobne starcie również z Libijczykami rozegrało się w
tym samym rejonie 8 lat później, w 1989 roku, gdy to łupem dwóch maszyn
F-14A Tomcat z lotniskowca USS John F. Kennedy padły z kolei dwa
libijskie Migi -23.
Chociaż maszyna była zdolna do przenoszenia aż 6 pocisków rakietowych AIM-54 Phoenix wraz z parą pocisków Sidewinder, to była to konfiguracja uzbrojenia niezwykle rzadko stosowana. Powodem było to, że uzbrojony tak Kocur był po prostu zbyt ciężki, żeby wylądować z powrotem na lotniskowcu. Musiałby przed lądowaniem zrzucić albo wystrzelić pociski Phoenix. Najczęściej stosowane konfiguracje uzbrojenia F-14 Tomcat to:
• 2 Sidewindery + 2 Phoenixy + 2 Sparrowy
• 2 Sidewindery + 4 Phoenixy
• 2 Sidewindery + 6 Sparrow’ów
• 4 Sidewindery + 4 Phoenixy
Uzbrojone w mogące lecieć z prędkością ponad 4 Machy oraz posiadające zasięg ponad 200km pociski AIM-54 Phoenix, Tomcaty był jedynym uzbrojeniem w arsenale US Navy zdolnym przechwytywać i niszczyć radzieckie pociski manewrujące. Oprócz tego typu patroli, Kocury wykonywały rutynowe w tamtych czasach zadania, czyli przechwytywanie i eskortowanie poza wody terytorialne sowieckich bombowców Tu-95 Bear (brzmi znajomo?)
Chociaż maszyna była zdolna do przenoszenia aż 6 pocisków rakietowych AIM-54 Phoenix wraz z parą pocisków Sidewinder, to była to konfiguracja uzbrojenia niezwykle rzadko stosowana. Powodem było to, że uzbrojony tak Kocur był po prostu zbyt ciężki, żeby wylądować z powrotem na lotniskowcu. Musiałby przed lądowaniem zrzucić albo wystrzelić pociski Phoenix. Najczęściej stosowane konfiguracje uzbrojenia F-14 Tomcat to:
• 2 Sidewindery + 2 Phoenixy + 2 Sparrowy
• 2 Sidewindery + 4 Phoenixy
• 2 Sidewindery + 6 Sparrow’ów
• 4 Sidewindery + 4 Phoenixy
Uzbrojone w mogące lecieć z prędkością ponad 4 Machy oraz posiadające zasięg ponad 200km pociski AIM-54 Phoenix, Tomcaty był jedynym uzbrojeniem w arsenale US Navy zdolnym przechwytywać i niszczyć radzieckie pociski manewrujące. Oprócz tego typu patroli, Kocury wykonywały rutynowe w tamtych czasach zadania, czyli przechwytywanie i eskortowanie poza wody terytorialne sowieckich bombowców Tu-95 Bear (brzmi znajomo?)
W 1981 roku, stanowiącym główny oręż obronny
floty amerykańskiej samolotom F-14 Tomcat powierzono dodatkowe zadanie.
Maszyny wyposażone z zasobniki rozpoznawcze TARPS (Tactical Airborne
Reconnaissance Pod System) stały się nie tylko mieczem i tarczą, ale
także oczami i uszami floty stanowiąc jej podstawowy środek
rozpoznawczy. W takiej konfiguracji Kocury odbyły szereg zakończonych
sukcesem misji nad Somalią, Iranem, Libią i Libanem.
Pierwszą
dużą wojną, w której Tomcaty wzięły udział była I Wojna w Zatoce
Perskiej w 1991 roku. Wykonując patrole bojowe, maszyny F-14 Tomcat
siały dosłownie popłoch wśród lotnictwa bojowego Iraku. Oświetleni
wiązką radaru Tomcata i mający świadomość, że za tą wiązką nadlecieć
może za chwilę śmiercionośny pocisk Phoenix, na który nie sa w stanie
niczym odpowiedzieć irakijscy piloci czmychali w popłochu stając się tym
samym łatwym kąskiem dla maszyn USAF, które zaliczyły wiekszośc
zestrzeleń w tej wojnie. W rezultacie, potężnie uzbrojonym Tomcatom
pozostały misje rozpoznawcze i ocena zniszczeń, w czym niezmiernie
przydawały się zasobniki TARPS. Jedynym potwierdzonym zestrzeleniem
przez Kocura w czasie operacji Pustynna Burza był iracki śmigłowiec Mi-8
Przez lata, podstawowym samolotem uderzeniowym Marynarki Wojennej USA
była maszyna A-6 Intruder. Gdy Intrudery odeszły na emeryturę, US Navy
pilnie potrzebowała zastępstwa. Jednym z pomysłów było dostosowanie
rasowego myśliwca, jakim był Tomcat do wykonywania misji
szturmowo-bombowych. Uzbrojone w kierowane laserowo bomby „Bombcaty”, bo
tak je nazwano, starały się przejąć zadania maszyn A-6. Czasy jednak
się zmieniały, Zimna Wojna się kończyła, a wraz z nią zagrożenie
konfliktem zbrojnym na pełna skalę z równorzędnym przeciwnikiem, jakim
był jeszcze do niedawna ZSRS. Marynarka potrzebowała nowego, mniejszego i
bardziej ekonomicznego myśliwca wielozadaniowego. Początek XXI wieku
był jednocześnie początkiem końca Kocura.
Firma Grumman
przedstawiła, co prawda zmodyfikowaną, unowocześnioną wersję Tomcata,
F-14 Super Tomcat, jednakże Marynarka Wojenna odrzuciła tę propozycje
wybierając na następcę Kocura maszyny F/A-18 Hornet, których koszt i
utrzymanie przy porównywalnej efektywności wynosił zaledwie 1/3 kosztu
floty Tomcatów.
Wycofywanie najpiękniejszych myśliwców w historii lotnictwa morskiego rozpoczęło się w latach 90-tych, a ostatni Kocurek przeszedł na emeryturę w 2006 roku.
Wycofywanie najpiękniejszych myśliwców w historii lotnictwa morskiego rozpoczęło się w latach 90-tych, a ostatni Kocurek przeszedł na emeryturę w 2006 roku.
Dlaczego Marynarka
zdecydowała się wycofać Tomcaty? Po pierwsze, ich zużycie. Potężne
obciążenia i napięcia, jakim poddawany jest kadłub maszyny startującej i
lądującej na lotniskowcu sprawiają, że żywotność takiej maszyny to
około 20 lat, podczas gdy samoloty w Siłach Powietrznych mogą latać
nawet 30 lat. Po drugie, jak wspomniałem wyżej Zimna Wojna dobiegła
końca. Zmienił się układ sił, zmieniły się doktryny obronne. US Navy
potrzebowała nowoczesnego, tańszego i przede wszystkim wielozadaniowego
samolotu. Oferowany przez Grummana Super Tomcat, chociaż nowoczesny,
przegrywał z Hornetem pod względem wielkości oraz kosztów utrzymania.
Mniejszych Hornetów lotniskowiec był w stanie zabrać na pokład po prostu
więcej.
Co się stało z emerytowanymi Kocurami?
Ogółem Marynarka wycofała ich 400 sztuk. Cześć trafiło oczywiście na złom, ale nie wszystkie. Spora ilość, pozbawiona zasadniczych systemów uzbrojenia i awioniki znalazła się na wystawach muzealnych oraz w niektórych bazach lotnictwa marynarki, jako eksponaty i pomniki. Pewna ilość natomiast, po zakonserwowaniu trafiła do magazynów rezerw strategicznych i czeka w uśpieniu gotowa wzbić się ponownie powietrze, gdy zajdzie taka potrzeba.
Ogółem Marynarka wycofała ich 400 sztuk. Cześć trafiło oczywiście na złom, ale nie wszystkie. Spora ilość, pozbawiona zasadniczych systemów uzbrojenia i awioniki znalazła się na wystawach muzealnych oraz w niektórych bazach lotnictwa marynarki, jako eksponaty i pomniki. Pewna ilość natomiast, po zakonserwowaniu trafiła do magazynów rezerw strategicznych i czeka w uśpieniu gotowa wzbić się ponownie powietrze, gdy zajdzie taka potrzeba.
Jeżeli jednak chcecie dzisiaj zobaczyć wciąż
latające maszyny F-14A Tomcat to jedynym miejscem na Ziemi gdzie można
tego doświadczyć jest… Islamska Republika Iranu. I właśnie o irańskich
Tomcatach oraz ich sukcesach będzie traktowała cześć trzecia kocurze historii. Już wkrótce…
CDN
CDN
czwartek, 9 lipca 2015
Historia najpiękniejszego myśliwca w historii, cz. 1
Na przełomie lat 50-tych i 60-tych w arsenale sowieckim pojawiły się
przeciwokrętowe pociski manewrujące dalekiego zasięgu. Mogące lecieć
nisko i z duża prędkością, odpalane z samolotów lub okrętów podwodnych
stanowiły idealną broń przeciwko amerykańskim lotniskowcom. Istniało
ryzyko, że obrona przeciwlotnicza grupy bojowej może nie poradzić sobie z
dużą ilością odpalonych pocisków. US Navy potrzebowała nowego myśliwca o
dostatecznie dalekim zasięgu, wystarczająco szybkiego i silnie
uzbrojonego, aby był w stanie przechwytywać sowieckie pociski zanim
zagrożą one okrętowi.
W 1962 roku opracowano morską wersję samolotu bombowego F-111 Aardvark – F-111B, która
W 1962 roku opracowano morską wersję samolotu bombowego F-111 Aardvark – F-111B, która
z założenia miała stać się
nowym myśliwcem pokładowym. Niestety był on zbyt ciężki jak na samolot
stacjonujący na lotniskowcu i mało zwrotny jak na myśliwiec, którego
role miał spełniać. Ostatecznie, po śmierci kilku pilotów w trakcie
testów oraz po zeznaniach przed Kongresem USA wiceadmirała Thomasa
Connolly’ego, który osobiście przekonał się o marnych możliwościach
F-111, jako myśliwca morskiego, w 1968 roku z prób wcielenia Aardvarka
do Marynarki zrezygnowano. Dowództwo postanowiło rozpisać konkurs na
projekt całkiem nowego myśliwca pokładowego. Miał latać z prędkością
powyżej 2,2 Macha, cechować się doskonała sterownością i zwrotnością,
być zdolnym do wykonywania misji uderzeniowych i posiadać na uzbrojeniu
kierowane radarem AWG-9 pociski dalekiego zasięgu AIM-154 Phoenix.
Konkurs wygrała firma Grumman, której inżynierowie przetestowali w
tunelach aerodynamicznych setki modeli i koncepcji kadłuba. Ostatecznie
zdecydowano, że nowy samolot będzie dwusilnikową maszyna o zmiennej
geometrii skrzydeł. Cecha charakterystyczna nowej konstrukcji było to,
że gondole obydwu silników Pratt & Whitney TF-30
o ciągu 54,96 kN
(93,00 kN z dopalaniem) znajdowały się w dość znacznej odległości od
siebie. Przestrzeń między silnikami wykorzystano do zamontowania
pylonów, na których samolot mógł zabierać wspomniane, dość masywne
pociski Phoenix lub (do misji uderzeniowych) 2000 funtów bomb. Ponieważ
taka konstrukcja wymagałaby dość wysokiego statecznika pionowego (co
byłoby wadą samolotu transportowanego i przechowywanego w ciasnych i
niskich hangarach lotniskowca) zastosowano dwa mniejsze stateczniki.
Zmieniono również znany z F-111 układ siedzeń załogi. Radar Intercept
Officer (RIO) nie siedział już obok pilota, a za nim. Pozwoliło to na
znaczne wysmuklenie sylwetki samolotu.
Co w konstrukcji Tomcata zasługuje na uwagę to skrzydła. W przeciwieństwie do innych, ówczesnych maszyn o zmiennej geometrii skrzydeł (na przykład F-111), gdzie to pilot ręcznie zmieniał kąt nachylenia, tutaj następowała on automatycznie. Umieszczone na kadłubie czujniki mierzyły prędkość przepływającego powietrza i na podstawie tych danych komputer pokładowy maszyny ustawiał kąt skrzydeł tak, aby zapewnić optymalną nośność. Z jednej strony uwalniało to pilota od dość uciążliwej i rozpraszającej czynności pozwalając skupić się na pilotażu lub walce, a z drugiej mogło stanowić swoista piętę Achillesową Kocura. Pilot wrogiej maszyny widząc układ skrzydeł Tomcata (na przykład w walce manewrowej) mógł na tej podstawie ocenić jej prędkość i tym samym przewidzieć gdzie za chwilę samolot będzie.
Co w konstrukcji Tomcata zasługuje na uwagę to skrzydła. W przeciwieństwie do innych, ówczesnych maszyn o zmiennej geometrii skrzydeł (na przykład F-111), gdzie to pilot ręcznie zmieniał kąt nachylenia, tutaj następowała on automatycznie. Umieszczone na kadłubie czujniki mierzyły prędkość przepływającego powietrza i na podstawie tych danych komputer pokładowy maszyny ustawiał kąt skrzydeł tak, aby zapewnić optymalną nośność. Z jednej strony uwalniało to pilota od dość uciążliwej i rozpraszającej czynności pozwalając skupić się na pilotażu lub walce, a z drugiej mogło stanowić swoista piętę Achillesową Kocura. Pilot wrogiej maszyny widząc układ skrzydeł Tomcata (na przykład w walce manewrowej) mógł na tej podstawie ocenić jej prędkość i tym samym przewidzieć gdzie za chwilę samolot będzie.
Marynarka Wojenna chciała dostać pierwsze prototypy nowej
maszyny w przeciągu 2 lat. W związku z tym oraz szczegółowymi
wymaganiami technicznymi, jakie miała maszyna spełniać na firmie Grumman
ciążyły wysokie kary finansowe za niedotrzymanie tychże warunków. Na
przykład za każde 100 funtów powyżej zakładanej masy pustego samolotu
Marynarka mogła żądać 440.000 dolarów.
21 grudnia 1970 roku pierwszy YF-14 wzbił się w powietrze. Dziewiczy, krótki lot zakończył się sukcesem. Niestety 9 dni później, 30 grudnia podczas drugiego startu zawiodły instalacje hydrauliczne, co doprowadziło do katastrofy i całkowitego zniszczenia maszyny. Obaj piloci katapultowali się. Druga maszyna została oblatana 24 maja 1971 i od tej pory prace projektowe znacznie przyspieszyły. Ogółem wyprodukowano 12 maszyn prototypowych, na których testowano poszczególne systemy i parametry. W trakcie prób stracono kolejne dwa samoloty.
Najważniejszym testem uzbrojenia, jakiemu miał sprostać Kocur była skuteczność pocisków AIM-54 Phoenix. Test polegał na tym, że samolot uzbrojony w maksymalną ilość 6 pocisków miał je wszystkie odpalić w jednej salwie w kierunku 6 bezzałogowych celów lecących na różnych wysokościach. Radar AWG-9 miał następnie śledzić równocześnie te 6 celów i naprowadzać na nie sześć lecących pocisków. Zestrzelono 5 dronów, a szóstego ostatni Phoenix minął dosłownie o włos. Sprawdzian uznano za sukces i Marynarka Wojenna USA miała swój nowy myśliwiec. Po dwóch latach prac, prób i testów, w 1972 roku rozpoczęto produkcje seryjną F-14A Tomcat, a pierwszą maszynę US Navy odebrała 8 października 1972 roku.
Nazwa Tomcat (Kocur) ma dwojakie pochodzenie. Z jednej strony to tradycja nadawania samolotom Grummana „kocich nazw”, a drugiej ukłon w kierunku wiceadmirała Toma Connolly’ego, który przyczynił się do tego, że Kongres dał zielone światło pracom konstrukcyjnym nad nową maszyną. Dlatego Tom’s Cat (Kot Toma) stał się nieoficjalną nazwa maszyny już w fazie projektowania.
CDN
21 grudnia 1970 roku pierwszy YF-14 wzbił się w powietrze. Dziewiczy, krótki lot zakończył się sukcesem. Niestety 9 dni później, 30 grudnia podczas drugiego startu zawiodły instalacje hydrauliczne, co doprowadziło do katastrofy i całkowitego zniszczenia maszyny. Obaj piloci katapultowali się. Druga maszyna została oblatana 24 maja 1971 i od tej pory prace projektowe znacznie przyspieszyły. Ogółem wyprodukowano 12 maszyn prototypowych, na których testowano poszczególne systemy i parametry. W trakcie prób stracono kolejne dwa samoloty.
Najważniejszym testem uzbrojenia, jakiemu miał sprostać Kocur była skuteczność pocisków AIM-54 Phoenix. Test polegał na tym, że samolot uzbrojony w maksymalną ilość 6 pocisków miał je wszystkie odpalić w jednej salwie w kierunku 6 bezzałogowych celów lecących na różnych wysokościach. Radar AWG-9 miał następnie śledzić równocześnie te 6 celów i naprowadzać na nie sześć lecących pocisków. Zestrzelono 5 dronów, a szóstego ostatni Phoenix minął dosłownie o włos. Sprawdzian uznano za sukces i Marynarka Wojenna USA miała swój nowy myśliwiec. Po dwóch latach prac, prób i testów, w 1972 roku rozpoczęto produkcje seryjną F-14A Tomcat, a pierwszą maszynę US Navy odebrała 8 października 1972 roku.
Nazwa Tomcat (Kocur) ma dwojakie pochodzenie. Z jednej strony to tradycja nadawania samolotom Grummana „kocich nazw”, a drugiej ukłon w kierunku wiceadmirała Toma Connolly’ego, który przyczynił się do tego, że Kongres dał zielone światło pracom konstrukcyjnym nad nową maszyną. Dlatego Tom’s Cat (Kot Toma) stał się nieoficjalną nazwa maszyny już w fazie projektowania.
CDN
sobota, 28 lutego 2015
Cywilni "Commandosi"
Wojska
specjalne postrzegane są i zawsze były jako elita każdych sił zbrojnych.
Najlepiej wyszkoleni, najlepiej przygotowani, najlepiej wykształceni i wyposażeni.
Jednocześnie ci, którzy aby tą elita się stać pracowali najciężej, najbardziej
dostali w kość w procesach selekcji czy na szkoleniach specjalistycznych.
Jak do każdego elitarnego grona, tak i do „specjalsów” dostać się najtrudniej. Zasada ta funkcjonuje zresztą nie tylko w wojsku. To elita decyduje, kogo do swojego grona przyjąć, a kogo nie. Czasami można (wypada) zgłosić swój akces, a czasami trzeba cierpliwie „robić swoje”, mając nadzieję, że jak będzie się to robiło dobrze, to zostanie się zauważonym i zaproszonym do odpowiedniego dla naszej dziedziny działalności elitarnego grona najlepszych.
To zaproszenie do grona najlepszych w przypadku wojsk specjalnych nazywa się selekcją. Gdy ruszała pierwsza selekcja do GROMu, śp. generał Petelicki osobiście jeździł po ówczesnych jednostkach wojskowych (i nie tylko wojskowych) i wyłuskiwał z nich „diamenty”, które jego zdaniem rokowały, że oszlifowane w procesie selekcji i szkolenia stana się wielokaratowymi brylantami. Nie można było ot tak zgłosić swojej chęci do „stania się komandosem”, motywując to jedynie krótkim: „Bo ja myślę, że się nadaję”. Już samo zdobycie numeru telefonu do jednostki stanowiło wyzwanie, któremu nie każdy był w stanie sprostać. Ale nawet ci, którzy zostali niejako osobiście zaproszeni przez założyciela GROMu oraz ci, którzy byli na tyle operatywni, że sami zdobyli numer telefonu do jednostki 2305 wciąż musieli poddać się procesowi oceny i selekcji. Bo z predyspozycjami do jednostek specjalnych jest jak z charyzmą… to nie nam oceniać czy ją mamy.
Tak proces naboru trwał przez lata. Jednostki specjalne wyszły z cienia (czy to dobrze, czy nie, to już temat na osobny felieton), niektóre z „cichych profesjonalistów” stały się niemal instytucjami medialnymi, ale proces naboru wciąż pozostawał taki sam. Do selekcji mogli przystępować jedynie żołnierze czynni i pracownicy służb mundurowych. W amerykańskich Zielonych Beretach mogli to nawet robić dopiero żołnierze od stopnia specjalisty w górę. (Specjalista to stopień płacowo zbliżony do kaprala, jednakże niezaliczany do korpusu podoficerskiego – coś między st. szeregowym a właśnie kapralem). Czasami też miało miejsce to, o czym pisałem na początku. Elita sama proponowała wybranym żołnierzom start w selekcji – na przykład podczas wspólnych ćwiczeń na poligonie czy trwania kursów specjalistycznych padały sakramentalne i jakże nieoficjalne słowa: „Chodź do nas”.
Jednak tempus fugit. Przy utrzymującej się na świecie tendencji do redukcji konwencjonalnych sił zbrojnych znaczenie sił specjalnych rosło. Zwłaszcza po 2001 roku, gdy świat zachodni ruszył na wojnę z terroryzmem, znaczenie oddziałów wyszkolonych do prowadzenia niekonwencjonalnych operacji antyterrorystycznych oraz wojny asymetrycznej wzrosło. Powoli rodził się problem kadrowy. Żołnierze sił specjalnych biorący od ponad 10 lat udział w operacjach bojowych „zużywali” się szybciej niż klasyczne procesy naboru i selekcji były w stanie dostarczyć nowych, pełnowartościowych operatorów i komandosów. Narodziła się więc idea, która ostatnio znalazła swoje odzwierciedlenie w pomyśle, który przyszedł do nas z Lublińca. Idea rekrutacji żołnierzy jednostek specjalnych bezpośrednio wśród cywilów.
Nie chcę się tu rozpisywać nad założeniami lublinieckiego kursu „Commando”, bo raz, że zostały one już wielokrotnie opisane (na tyle na ile ten projekt opisać w tej chwili można), a dwa to wciąż mam wrażenie, że to jedynie pomysł, do którego teraz dorabiane są procedury i „kwity”. Słowem: poczekamy, zobaczymy. Pierwszy kurs ma podobno ruszyć za kilka miesięcy, a jak na razie wiadomo tyle co nic. Niemniej jednak idea polskiej wersji John F. Kennedy Special Warfare Center and School dla cywilów jest taka, że kandydaci po przejściu wstępnej kwalifikacji i przejściu 6-miesięcznego szkolenia kierowani byliby na trzy lata do oddziałów wsparcia i zabezpieczenia, po upływie których ewentualnie zapraszani byliby do wzięcia udziału w selekcji do zespołów bojowych. Co rzuciło mi się w oczy, to brak (przynajmniej na podstawie dostępnych materiałów) w ramach kursu „Commando” szkolenia spadochronowego, trwające zaledwie miesiąc (!) szkolenie podstawowe (bo za taki uważam okres szkolenia kończący się przysięgą) oraz taki czysto chyba marketingowy bonus (na zachętę jak mniemam) w postaci prawa do noszenia ciemnozielonego beretu nie po przejściu pełnej selekcji, ale po ukończeniu kursu (o jakiejś tam fikuśnej naszywce już nie wspomnę). Zastanawia też brak udziału w tym programie JW GROM. Nie wiem, z jakim entuzjazmem do projektu podchodzi COS-DKWS oraz pozostałe jednostki podległe Inspektoratowi Wojsk Specjalnych, ale oby nie skończyło się to sytuacją, że po ukończeniu kursów i selekcji wszelakich kandydaci na specjalsów będą mieli do wyboru służbę w JWK albo ewentualnie w… JWK. Bo to oznaczałoby kolejne lata w oczekiwaniu na etat...
Wbrew jednak pozorom, polski pomysł na prowadzenie naboru do wojsk specjalnych wśród cywili nie jest ani taki oryginalny (aczkolwiek sama jego realizacja może robić takie wrażenie) ani też nowy. Cywile mogli starać się o przyjęcie do amerykańskich Zielonych Beretów w latach 1952 – 1988. W roku 1988 zamknięto tę furtkę na rzecz wyłącznie kandydatów ze służby czynnej, ale całkiem niedawno ponownie ją otworzono.
Jak wygląda droga amerykańskiego cywila do zostania żołnierzem jednego z Operational Detachment Alpha (ODA) US Army Special Forces?
W procesie rekrutacji (zaciągnięcia się do wojska) wprowadzono opcję zwaną 18X (dlatego w późniejszym okresie na takich kandydatów na „specjalsów” mówi się potocznie „X-raye”), która gwarantuje jedynie to, że kandydatowi dana zostanie szansa na podjęcie próby zostania Zielonym Beretem (tak, wiem, że żołnierze US Army SF nie przepadają za tym określeniem, ale stosuje je tutaj jako skrót myślowy). „X-ray” podpisuje kontrakt z Armią i trafia 17-tygodniowe szkolenie, które łączy w sobie podstawowe szkolenie piechoty ze szkoleniem zaawansowanym (dla przyszłych żołnierzy regularnej piechoty to dwa odrębne kursy), a po ukończeniu tej swoistej „unitarki” kierowany jest do Fort Benning na szkolenie spadochronowe. Po ukończeniu i zaliczeniu(!) „jump school” kandydat na kandydata do Sił Specjalnych trafia na 4-tygodniowy Special Operations Preparation Course, po zaliczeniu którego może oczekiwać na zaproszenie do wzięcia udziału w Special Forces Assessment and Selection Program w Fort Bragg. Trwa on około 30 dni i jest ostatnim, bardzo gęstym sitem, przez które tylko najlepsi kandydaci trafią na słynny Q course - Special Forces Qualification Course mogący trwać od 56 do nawet 95 tygodni (w zależności od specjalizacji przyszłego komandosa).
Droga od cywila do żołnierza ODA może wiec trwać podobnie jak w polskim projekcie Commando – ponad trzy lata, z tym, że w amerykańskiej wersji nie jest ona wypełniona służbą w magazynie i kuchni (aczkolwiek w berecie), ale szkoleniami, kursami i selekcjami, a ciekawostką może być fakt, że odpadnięcie na którymkolwiek z etapów skutkuje przeniesieniem na resztę kontraktu do regularnej piechoty. Najwyraźniej Amerykanów nie stać, aby żołnierza, w którego już coś zainwestowano odesłać po prostu do rezerwy.
Z dwóch australijskich jednostek sił specjalnych jedynie 2nd Commando Regiment dopuszcza nabór wśród cywilów. Program noszący nazwę Special Forces Direct Recruitment Scheme (DRS) zakłada, że cywilny kandydat po wstępnej weryfikacji i przejściu badać zostanie skierowany na trwające 80 dni szkolenie podstawowe piechoty, po którym zostanie dopuszczony do selekcji do Regimentu.
Podobnie jak brytyjski, również australijski SAS (chodzą natomiast plotki o dopuszczeniu cywilnych kandydatów do NZSAS) pozostaje zamknięty dla cywilów. Aby móc spróbować swoich sił na selekcji, czy to w Brecon Beacons w Walii czy też w Bindoon w Australii Zachodniej, należy być żołnierzem służby czynnej odpowiednio Armii Brytyjskiej lub Australian Defence Forces. Mało tego, nawet dla żołnierzy służby czynnej okres od wysłania zgłoszenia do stania się operatorem SASR trwa około 2 lata, a po przyjęciu do jednostki trzeba liczyć się z możliwością… degradacji, jako że wszyscy nowi mają w jednostce stopień trooper, co jest odpowiednikiem szeregowego (dodam, że jednego z najlepiej opłacanych „szeregowych” w ADF – trooper w SASR zarabia około A$100 000 rocznie – jakieś 300 000PLN).
Jak więc widać, droga osób cywilnych do jednostek specjalnych powoli się otwiera. Czy tego chcemy czy też nie. Taka konieczność czasów. Jak ta droga będzie jednak wyglądać i czy zapewni ona zachowanie jakości tych jednostek, utrzymanie poziomu wyszkolenia i motywacji ich żołnierzy? Czy nabór z dwóch źródeł nie podzieli kandydatów i późniejszych żołnierzy na tych „lepszych” i „gorszych” (vide wzajemne traktowanie żołnierzy NSR i żołnierzy służby czynnej) rodząc przy tym swoista nową fale w jednostkach? Oby nie. Mam nadziej, że w przeciwieństwie do wielu innych reform w Wojsku Polskim, w tym przypadku decydenci nie będą kierować się chęcią zabłyśnięcia w mediach i zdobyciem poklasku i poparcia w niektórych środowiskach, a dobrem polskich sił specjalnych i podejdą do tego procesu z właściwą starannością.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




