sobota, 2 kwietnia 2016
sobota, 26 grudnia 2015
Historia Bohatera
Kapral Stefan Karaszewski
Urodził się 14 kwietnia 1915r. w Harbinie (miasto w Mandżurii
północno-wschodnie Chiny). Ojciec Stefana – Stanisław, po odbyciu służby
w wojsku rosyjskim, pozostał w Harbinie, gdzie podjął prace na kolei
transsyberyjskiej prowadzącej do portu wojennego- Władywostoku.
Po zakończeniu I wojny światowej i odzyskaniu przez Polskę
niepodległości rodzina Karaszewskich wróciła do kraju i zamieszkała w
Tomaszowie Mazowieckim. Trudna sytuacja materialna rodziny spowodowana
chorobą ojca, zmusiła Stefana po ukończeniu szkoły podstawowej do
podjęcia pracy w fabryce włókienniczej.
Swoje zamiłowania
żołnierskie Stefan realizował w Związku Strzeleckim „Strzelec”.
Uczestniczył w szkoleniach, obozach i marszach. Ukończył z wyróżnieniem
kursy przysposobienia wojskowego w Brzezinach. Służbę wojskową Stefan
Karaszewski odbywał w 85 Pułku Strzelców Wileńskich w Nowowilejce w II
kompani szkolnej karabinów maszynowych. W trakcie odbywania służby, 9
czerwca 1939r. zmarła Stefanowi kilkumiesięczna córka Alicja. Przybyły
na pogrzeb córki Stefan, kiedy rozmowa zeszła na temat możliwości
bliskiej wojny z Niemcami, wypowiedział słowa: „żywy się w ich ręce nie
oddam”.
10 września 1939r. Stefan miał planowo zakończyć służbę i
przejść do rezerwy. Jego matka Anna przesłała mu przekazem pocztowym z
Tomaszowa Mazowieckiego pieniądze na podróż.
W związku z wybuchem
wojny macierzysty pułk Stefana, którego pod koniec służby awansowano do
stopnia kaprala, w składzie 19 Dywizji Piechoty miał przydział
mobilizacyjny do Grupy Operacyjnej Kawalerii nr 1 armii „Prusy”.
Zmobilizowany systemem alarmowym 24-26 sierpnia. Przywieziony
transportem kolejowym do Łowicza, marszem pieszym dotarł do Piotrkowa
Trybunalskiego. Walkę z Niemcami rozpoczął 5 września. Pułk zajął
pozycję na południowej rubieży lasu między Moszczenicą a Piotrkowem
Tryb. Drugi batalion, w którym służył Stefan Karaszewski, otrzymał
rozkaz obrony zachodniej rubieży tego lasu.
W dniu 4 września linia
frontu zbliżyła się do Moszczenicy. Niemcy pod Piotrkowem przerwali
front i 85. pułk stanął w obliczu okrążenia. Stefan Karaszewski okopał
się na łące przyległej do toru kolejowego po jego zachodniej stronie, w
odległości około 80 metrów od toru i ponad 100 metrów od obecnych
zabudowań Kosowa. Kilka metrów przed nim teren się podnosił lekko
zasłaniając go od strony zachodniej. Cały teren wokół stanowiska i
przyległa od północy droga były zaminowane przez Stefana i jego
żołnierzy. Po zakończonych walkach rozbrojono na tym terenie ok. 600
min.
Kolumna czołgów niemieckich, która nadciągnęła od zachodu około
godz. 14.30 od szosy Piotrków-Łódź liczyła ok. 60 czołgów. Niemcy
jechali śmiało, nie widząc oporu. Gdy pierwsze czołgi wpadły na miny,
Stefan zaatakował je ze swojego stanowiska. Według informacji świadka,
Romana Ciszewskiego z walki zostało wyeliminowanych 11 czołgów, w tym 3
zostały zniszczone w bezpośrednim sąsiedztwie stanowiska kaprala
Karaszewskiego i 2 dalsze bliżej wsi. 3 czołgi słabiej uszkodzone
zostały po walce zholowane do dworu w Moszczenicy.
Przynajmniej 6
zniszczonych czołgów w bliskim sąsiedztwie Kosowa widział Mirosław
Ciszewski (dalszy kuzyn Romana), który jako 16-letni chłopiec oglądał po
walce pobojowisko.
Ta nierówna walka trwała ok. 2 godzin. Zginęło w
niej 11-tu Niemców, w tym 2 na motocyklu. Stefan po wyczerpaniu
amunicji i granatów, widząc okrążających go od południa Niemców,
odbezpieczył ostatni granat, którego wybuch rozszarpał mu dolną część
twarzy.
W czasie, gdy Stefan Karaszewski toczył bój z niemieckimi
czołgami, zagrożony okrążeniem 85 pułk wycofał się lasami w kierunku
wschodnim.
Po zakończeniu walki do Romana Ciszewskiego przyszła
sąsiadka z wiadomością, że „kapral nie żyje”. Ciszewski zbliżył się do
ciała i zauważył, m.in. rozszarpane gardło i prawe oko. Szukając czegoś,
czym mógłby zabezpieczyć twarz, dla umożliwienia identyfikacji zwłok,
zerwał materiał ze starego parasola wiszącego na płocie dróżnika i
zawinął nim głowę Stefana Karaszewskiego, obowiązując wokół szyi. Po
tym, z pomocą Władysława Patały, pogrzebał ciało w dole strzeleckim
Stefana, w pośpiechu nie sprawdzając zawartości kieszeni. Grób Stefana
został później zaopatrzony w drewniany krzyż i wieniec z jedliny. W
czasie jesiennych deszczy, wspomniana już sąsiadka, zwróciła się do
Romana ze słowami: „wasz kapral pływa”. Ciszewski udawszy się na łąkę
stwierdził, że grób jest zalany, a wieniec pływa po wodzie. Woda obok
mogiły była powyżej kolan. Zaczął odkopywać ciało, ale napływający do
dołu piasek z wodą utrudniał dotarcie do zwłok.
Wówczas przynieśli
wraz z dróżnikiem S. Janczakiem, na którego polu znajdował się grób,
długie drągi i podważyli nimi ciało. Wydobyto ciało bez buta na jednej
nodze, więc Ciszewski odgrzebał z mogiły brakujący but, chcąc, by tak
zasłużony żołnierz był kompletnie ubrany. Przetrząsnęli przy tym
kieszenie. W kieszeni spodni znalazła się legitymacja składana z
fotografią, a w portmonetce w kształcie podkówki odcinek przekazu
pieniężnego z adresem matki, jako nadawczyni. W tym czasie był w
Moszczenicy mieszkaniec Tomaszowa Mazowieckiego – Mieszczankowski, który
przekazał wiadomość matce. Ta przyjechała natychmiast, ale trudno jej
było uwierzyć, że tu jest pochowany jej syn. Kiedy Ciszewski pokazał jej
legitymację Stefana – zemdlała. Następnego dnia przyjechała z trumną na
wozie. Ciszewski wraz z Janczakiem umieścili trumnę z ciałem na wozie.
Tymczasem nieopodal stał żandarm niemiecki, starszy wiekiem, który
pilnował robotników pracujących na torze. Gdy Ciszewski znalazł się z
wozem na przejeździe, żandarm przywołał go i zapytał, kogo ekshumowano.
Ciszewski odpowiedział mu po niemiecku, że jego stryjecznego brata.
Żandarm go pochwalił i dał 25 marek. Ciszewski następnie udał się na
posterunek miejscowej żandarmerii niemieckiej po zezwolenie na przewóz
zwłok. Zastał tam zastępującego komendanta, mieszkańca Moszczenicy,
Niemca Lewy’ego, który wydał mu bez wahania żądany dokument. Lewy, jak
się później okazało, czuł się Polakiem i oddał duże usługi polskiemu
podziemiu. Ciszewski odprowadził wóz ze zwłokami do Wolborza i stamtąd
wrócił do Moszczenicy.
Mieszkańcy Moszczenicy m.in. Janczak oraz
Roman Ciszewski twierdzili, że jakiś wyższy dowódca niemiecki w
przemówieniu do żołnierzy podał imię Stefana Karaszewskiego jako
przykład waleczności. Podobno również informacja na ten temat była w
miejscowej prasie niemieckiej.
Stefana Karaszewskiego pochowano na Cmentarzu Katolickim w Tomaszowie Mazowieckim przy ul. Smutnej.
W kieszeni munduru miał książeczkę wojskową, z której wynikało, że
został awansowany do stopnia plutonowego. W kieszeni miał też naszywkę
plutonowego, której nie zdążył przytwierdzić do munduru oraz wykaz
imienny dwudziestu podległych mu żołnierzy.
W listopadzie 1976r. mieszkaniec Moszczenicy – Eugeniusz Miksa, na granitowym głazie wykuł napis:
PAMIĘCI
STEFANA KARASZEWSKIEGO
POLEGŁEGO
W SAMOTNEJ WALCE
Z CZOŁGAMI NIEMIECKIMI
5-IX-1939r.
Na bocznej stronie głazu widnieje siedem spłaszczonych trójkątów,
będących symbolami czołgów niemieckich zniszczonych przez Stefana
Karaszewskiego i jedno kółko, jako symbol motocykla zniszczonego wraz z
2-osobową załogą. Stosowny głaz podarował proboszcz parafii. Głaz
znajdował się przy dzwonnicy kościelnej. Po wykuciu głaz umieszczono w
pobliżu miejsca walki Stefana Karaszewskiego przy domu dróżnika
Stanisława Janczaka.
5 września 1978r. w rocznicę śmierci Stefana
Karaszewskiego przy głazie upamiętniającym jego walkę i śmierć odbyło
się uroczyste spotkanie harcerzy Drużyny Harcerskiej przy Szkole
Podstawowej w Kosowie z siostrą Stefana Karaszewskiego – Marią Kobacką,
stryjem – Władysławem Karaszewskim oraz dowódcą plutonu II kompanii
karabinów maszynowych 85 Pułku Strzelców Wileńskich – kpt. Janem Hanka.
Po roku 1980, dzięki lokalnej społeczności, głaz osadzono na postumencie betonowym i ogrodzono.
Pomnikiem opiekują się harcerze 86 Piotrkowskiej Drużyny Harcerskiej „KNIEJA” im. Stefana Karaszewskiego.
Urodził się 14 kwietnia 1915r. w Harbinie (miasto w Mandżurii północno-wschodnie Chiny). Ojciec Stefana – Stanisław, po odbyciu służby w wojsku rosyjskim, pozostał w Harbinie, gdzie podjął prace na kolei transsyberyjskiej prowadzącej do portu wojennego- Władywostoku.
Po zakończeniu I wojny światowej i odzyskaniu przez Polskę niepodległości rodzina Karaszewskich wróciła do kraju i zamieszkała w Tomaszowie Mazowieckim. Trudna sytuacja materialna rodziny spowodowana chorobą ojca, zmusiła Stefana po ukończeniu szkoły podstawowej do podjęcia pracy w fabryce włókienniczej.
Swoje zamiłowania żołnierskie Stefan realizował w Związku Strzeleckim „Strzelec”. Uczestniczył w szkoleniach, obozach i marszach. Ukończył z wyróżnieniem kursy przysposobienia wojskowego w Brzezinach. Służbę wojskową Stefan Karaszewski odbywał w 85 Pułku Strzelców Wileńskich w Nowowilejce w II kompani szkolnej karabinów maszynowych. W trakcie odbywania służby, 9 czerwca 1939r. zmarła Stefanowi kilkumiesięczna córka Alicja. Przybyły na pogrzeb córki Stefan, kiedy rozmowa zeszła na temat możliwości bliskiej wojny z Niemcami, wypowiedział słowa: „żywy się w ich ręce nie oddam”.
10 września 1939r. Stefan miał planowo zakończyć służbę i przejść do rezerwy. Jego matka Anna przesłała mu przekazem pocztowym z Tomaszowa Mazowieckiego pieniądze na podróż.
W związku z wybuchem wojny macierzysty pułk Stefana, którego pod koniec służby awansowano do stopnia kaprala, w składzie 19 Dywizji Piechoty miał przydział mobilizacyjny do Grupy Operacyjnej Kawalerii nr 1 armii „Prusy”. Zmobilizowany systemem alarmowym 24-26 sierpnia. Przywieziony transportem kolejowym do Łowicza, marszem pieszym dotarł do Piotrkowa Trybunalskiego. Walkę z Niemcami rozpoczął 5 września. Pułk zajął pozycję na południowej rubieży lasu między Moszczenicą a Piotrkowem Tryb. Drugi batalion, w którym służył Stefan Karaszewski, otrzymał rozkaz obrony zachodniej rubieży tego lasu.
W dniu 4 września linia frontu zbliżyła się do Moszczenicy. Niemcy pod Piotrkowem przerwali front i 85. pułk stanął w obliczu okrążenia. Stefan Karaszewski okopał się na łące przyległej do toru kolejowego po jego zachodniej stronie, w odległości około 80 metrów od toru i ponad 100 metrów od obecnych zabudowań Kosowa. Kilka metrów przed nim teren się podnosił lekko zasłaniając go od strony zachodniej. Cały teren wokół stanowiska i przyległa od północy droga były zaminowane przez Stefana i jego żołnierzy. Po zakończonych walkach rozbrojono na tym terenie ok. 600 min.
Kolumna czołgów niemieckich, która nadciągnęła od zachodu około godz. 14.30 od szosy Piotrków-Łódź liczyła ok. 60 czołgów. Niemcy jechali śmiało, nie widząc oporu. Gdy pierwsze czołgi wpadły na miny, Stefan zaatakował je ze swojego stanowiska. Według informacji świadka, Romana Ciszewskiego z walki zostało wyeliminowanych 11 czołgów, w tym 3 zostały zniszczone w bezpośrednim sąsiedztwie stanowiska kaprala Karaszewskiego i 2 dalsze bliżej wsi. 3 czołgi słabiej uszkodzone zostały po walce zholowane do dworu w Moszczenicy.
Przynajmniej 6 zniszczonych czołgów w bliskim sąsiedztwie Kosowa widział Mirosław Ciszewski (dalszy kuzyn Romana), który jako 16-letni chłopiec oglądał po walce pobojowisko.
Ta nierówna walka trwała ok. 2 godzin. Zginęło w niej 11-tu Niemców, w tym 2 na motocyklu. Stefan po wyczerpaniu amunicji i granatów, widząc okrążających go od południa Niemców, odbezpieczył ostatni granat, którego wybuch rozszarpał mu dolną część twarzy.
W czasie, gdy Stefan Karaszewski toczył bój z niemieckimi czołgami, zagrożony okrążeniem 85 pułk wycofał się lasami w kierunku wschodnim.
Po zakończeniu walki do Romana Ciszewskiego przyszła sąsiadka z wiadomością, że „kapral nie żyje”. Ciszewski zbliżył się do ciała i zauważył, m.in. rozszarpane gardło i prawe oko. Szukając czegoś, czym mógłby zabezpieczyć twarz, dla umożliwienia identyfikacji zwłok, zerwał materiał ze starego parasola wiszącego na płocie dróżnika i zawinął nim głowę Stefana Karaszewskiego, obowiązując wokół szyi. Po tym, z pomocą Władysława Patały, pogrzebał ciało w dole strzeleckim Stefana, w pośpiechu nie sprawdzając zawartości kieszeni. Grób Stefana został później zaopatrzony w drewniany krzyż i wieniec z jedliny. W czasie jesiennych deszczy, wspomniana już sąsiadka, zwróciła się do Romana ze słowami: „wasz kapral pływa”. Ciszewski udawszy się na łąkę stwierdził, że grób jest zalany, a wieniec pływa po wodzie. Woda obok mogiły była powyżej kolan. Zaczął odkopywać ciało, ale napływający do dołu piasek z wodą utrudniał dotarcie do zwłok.
Wówczas przynieśli wraz z dróżnikiem S. Janczakiem, na którego polu znajdował się grób, długie drągi i podważyli nimi ciało. Wydobyto ciało bez buta na jednej nodze, więc Ciszewski odgrzebał z mogiły brakujący but, chcąc, by tak zasłużony żołnierz był kompletnie ubrany. Przetrząsnęli przy tym kieszenie. W kieszeni spodni znalazła się legitymacja składana z fotografią, a w portmonetce w kształcie podkówki odcinek przekazu pieniężnego z adresem matki, jako nadawczyni. W tym czasie był w Moszczenicy mieszkaniec Tomaszowa Mazowieckiego – Mieszczankowski, który przekazał wiadomość matce. Ta przyjechała natychmiast, ale trudno jej było uwierzyć, że tu jest pochowany jej syn. Kiedy Ciszewski pokazał jej legitymację Stefana – zemdlała. Następnego dnia przyjechała z trumną na wozie. Ciszewski wraz z Janczakiem umieścili trumnę z ciałem na wozie. Tymczasem nieopodal stał żandarm niemiecki, starszy wiekiem, który pilnował robotników pracujących na torze. Gdy Ciszewski znalazł się z wozem na przejeździe, żandarm przywołał go i zapytał, kogo ekshumowano. Ciszewski odpowiedział mu po niemiecku, że jego stryjecznego brata. Żandarm go pochwalił i dał 25 marek. Ciszewski następnie udał się na posterunek miejscowej żandarmerii niemieckiej po zezwolenie na przewóz zwłok. Zastał tam zastępującego komendanta, mieszkańca Moszczenicy, Niemca Lewy’ego, który wydał mu bez wahania żądany dokument. Lewy, jak się później okazało, czuł się Polakiem i oddał duże usługi polskiemu podziemiu. Ciszewski odprowadził wóz ze zwłokami do Wolborza i stamtąd wrócił do Moszczenicy.
Mieszkańcy Moszczenicy m.in. Janczak oraz Roman Ciszewski twierdzili, że jakiś wyższy dowódca niemiecki w przemówieniu do żołnierzy podał imię Stefana Karaszewskiego jako przykład waleczności. Podobno również informacja na ten temat była w miejscowej prasie niemieckiej.
Stefana Karaszewskiego pochowano na Cmentarzu Katolickim w Tomaszowie Mazowieckim przy ul. Smutnej.
W kieszeni munduru miał książeczkę wojskową, z której wynikało, że został awansowany do stopnia plutonowego. W kieszeni miał też naszywkę plutonowego, której nie zdążył przytwierdzić do munduru oraz wykaz imienny dwudziestu podległych mu żołnierzy.
W listopadzie 1976r. mieszkaniec Moszczenicy – Eugeniusz Miksa, na granitowym głazie wykuł napis:
PAMIĘCI
STEFANA KARASZEWSKIEGO
POLEGŁEGO
W SAMOTNEJ WALCE
Z CZOŁGAMI NIEMIECKIMI
5-IX-1939r.
Na bocznej stronie głazu widnieje siedem spłaszczonych trójkątów, będących symbolami czołgów niemieckich zniszczonych przez Stefana Karaszewskiego i jedno kółko, jako symbol motocykla zniszczonego wraz z 2-osobową załogą. Stosowny głaz podarował proboszcz parafii. Głaz znajdował się przy dzwonnicy kościelnej. Po wykuciu głaz umieszczono w pobliżu miejsca walki Stefana Karaszewskiego przy domu dróżnika Stanisława Janczaka.
5 września 1978r. w rocznicę śmierci Stefana Karaszewskiego przy głazie upamiętniającym jego walkę i śmierć odbyło się uroczyste spotkanie harcerzy Drużyny Harcerskiej przy Szkole Podstawowej w Kosowie z siostrą Stefana Karaszewskiego – Marią Kobacką, stryjem – Władysławem Karaszewskim oraz dowódcą plutonu II kompanii karabinów maszynowych 85 Pułku Strzelców Wileńskich – kpt. Janem Hanka.
Po roku 1980, dzięki lokalnej społeczności, głaz osadzono na postumencie betonowym i ogrodzono.
Pomnikiem opiekują się harcerze 86 Piotrkowskiej Drużyny Harcerskiej „KNIEJA” im. Stefana Karaszewskiego.
poniedziałek, 14 września 2015
Wędrówka ludów A.D. 2015
![]() |
| Haldon St., Lakemba, Sydney/ Zdjęcie: Craig Greenhill |
Gotowi na uchodźców?
Polska nie jest ani krajem Nowego Świata (gdzie każdy jest imigrantem, bo każdy skądś przyjechał) ani krajem, który miał w przeszłości kolonie. Kraje posiadające niegdyś kolonie miały dziesiątki jak nie setki lat (Brytyjczycy siedzieli w Indiach i Pakistanie 400 lat!) na oswojenie się z multikulturowością...
Przez te lata rodzili się biali Brytyjczycy, którzy nigdy nie byli w Wielkiej Brytanii - rodzili się i umierali w koloniach wśród Hindusów, muzułmanów, Zulusów czy też Indian. Wojsko służyło w krajach kolonialnych, niby u siebie, a jednak wśród obcych, często rdzenni mieszkańcy kolonii za zasługi nadawane mieli przywileje i osiedlali się w kraju, który ich skolonizował (Gurkhowie, hinduscy Pandici). Te procesy, a co za tym idzie, stopniowe oswajanie się ze współistnieniem z innymi kulturami na wspólnej płaszczyźnie jednej państwowości trwało lata. Polska w tym czasie albo nie istniała, albo walczyła o zachowanie tożsamości narodowej i niepodległości. Nas te procesy ominęły.
Muzułmanów znamy z TV
Mimo paru okazji i dużych chęci nie dorobiliśmy się własnych posiadłości zamorskich. Nie mieliśmy więc szansy na wykształcenie świadomości multikulturowej. Tak, zarówno za czasów I Rzeczypospolitej (tej Obojga Narodów), jak i w 20-leciu międzywojennym byliśmy krajem wielonarodowym, ale raz, że w okresie przedrozbiorowym nie istnieło de facto coś takiego jak poczucie przynależności narodowej, a dwa, to w tej wielonarodowości nie było nigdy żadnej egzotyki (no może poza Żydami czy Tatarami). Ot, Białorusini, Niemcy, trochę Litwinów, Ukraińcy i Rosjanie – generalnie wspólny krąg kulturowy. Po drugiej wojnie światowej natomiast, staliśmy się krajem niemal jednolitym etnicznie, a Żelazna Kurtyna i brak swobodnej możliwości podróżowania poza Blok Wschodni jeszcze tę jednolitość zabetonował izolując nas od wszelakiej egzotyki i kultur naprawdę odmiennych od naszej. Teraz każą nam w ciągu kilku lat zmienić mentalność społeczeństwa na taką, której wykształcenie krajom takim jak Francja, Anglia, Niemcy, Holandia, Portugalia czy Hiszpania zajęło stulecia. W Polsce mężczyzna w turbanie czy kobieta z nikabie lub burce nie tyle wzbudzi wrogość, co zwykłą ciekawość. Przecież jeszcze 10-12 lat temu ludzie oglądali się za murzynami na ulicy. Nie dlatego, że byli rasistami czy ksenofobami, ale dlatego, że murzyna to oni dotychczas w telewizji widzieli!
Po 1989 roku, a w szczególności po wejściu naszego kraju do Unii sporo się zmieniło, Polacy na szerszą skale zaczęli podróżować, emigrować, poznawać nowe kultury, jednak dla sporej części społeczeństwa źródłem wiedzy o Islamie i muzułmanach (nie „muslimach”!) nadal pozostają media – TV, prasa oraz Internet. A jaki obraz islamu przez ostatnie lata przeważał w mediach? Zamachy terrorystyczne (11 września 2001, londyńskie metro, Madryt, Paryż i wiele innych), rebelie, demonstracje zwolenników szariatu, sceny egzekucji – obcinania głów, palenia żywcem, topienia. To przede wszystkim pokazywano Polakom, jako współczesny Islam. Do tego dochodziły ofiary śmiertelne oraz ranni żołnierze polskich misji wojskowych, misji, w których walczyli z islamistami. Taki obraz „krwiożerczych” muzułmanów wykreowały w Polsce zarówno media, jak i sami muzułmanie zarówno ci z rejonów objętych działaniami zbrojnymi, z rejonów kontrolowanych przez talibów, al-Kaide i Państwo Islamskie bojownicy Proroka, jak i ci osiedleni już w krajach zachodnich emigranci, którzy nagle postanowili zostać „samotnymi wilkami dżihadu”. To właśnie dzięki nim i ich kreacji w mediach wyznawcy Allacha są dzisiaj w kraju na Wisła odbierani i postrzegani tak a nie inaczej.
Tragiczne konsekwencje arabskiej wiosny
Problem i opór Polaków przed przyjmowaniem uciekinierów oraz imigrantów spod znaku półksiężyca potęguje dodatkowo wyraźnie widoczna bezradność oraz brak konkretnego i zdecydowanego stanowiska Europy w sprawie mas ludzkich zalewających w tej chwili południowe rubieże UE. Narzucanie czegokolwiek Polakom zawsze kończy się oporem i buntem. Takie to już nasze DNA, sami chętnie pomożemy i potrzebującemu oddamy serce, ale narzucanie nam liczb, ilu ludziom i jak mamy pomóc, wyznaczanie kontyngentów uchodźców naprawdę nie jest najlepszym podejściem Europy. Tym bardziej próby szantażu po przez wyzywanie nas od niewdzięczników i rasistów. W końcu sami od tej Europy ani wybitnej solidarności ani wdzięczności nie nigdy tak naprawdę nie doświadczyliśmy. Ten wręcz paniczny lęk przed fala uchodźców oraz atawistyczny niemal opór przed przyjmowaniem uciekających przed pożoga wojenną Syryjczyków wynika moim zdaniem ze stereotypu muzułmanina z Bliskiego wschodu, jaki w Polsce stworzyli… Sami muzułmanie o d dziesięcioleci niepotrafiący zbudować trwałego pokoju na swoich jakże pięknych i bogatych w złoża naturalne ziemiach oraz relacjonujące wydarzenia tzw. arabskiej wiosny oraz jej nomen omen smutnych i tragicznych konsekwencji media a także z wbudowanego w instynkt samozachowawczy naszego Narodu oporu przez płynącymi zza granicy nakazami, dyrektywami i nieudolnym graniu na uczuciach i dumie narodowej Polaków.
Asymilacja czy Allach?
Czy jednak Polacy stawiając się przysłowiowym okoniem decydentom Unii Europejskiej nie maja racji? A może ją mają mówiąc, że nie chcą u siebie ludzi, którzy nie będą się asymilować z nasza kulturą i naszymi obyczajami? Właśnie, asymilacja. Pominę takie zagadnienia jak rozmawianie w miejscach publicznych w obcym języku (chociaż to bardzo niegrzeczne), czy też chodzenie po ulicach kraju europejskiego w tradycyjnych strojach z Bliskiego Wschodu lub Afryki, bo to, jak wspominałem może wzbudzić jedynie ciekawość, uśmiechy ewentualnie szepty w pociągu czy autobusie. Polacy obgadują nawet siebie nawzajem, więc mając przez osobę dziewczynę w burce będą to robić tym bardziej. Przynajmniej na początku, dopóki się z takimi widokami na ulicach nie oswoją. Asymilacja to jednak coś dużo poważniejszego od niejedzenia schabowego w barze mlecznym i niepicia wódki na imieninach u sąsiada. Dziennikarka australijskiego wydania magazynu "60 Minut" poprosiła kiedyś na ulicy muzułmańskiej dzielnicy Sydney - Lakemby, młodego chłopaka - muzułmanina, URODZONEGO już w Australii o to, żeby powiedział, co jest dla niego najważniejsze i czy Australia (w której, przypominam, chłopak się urodził!) jest dla niego ojczyzną. Wiecie, co usłyszała? Najważniejszy jest Allach, na drugim miejscu są współwyznawcy Islamu, na trzecim miejscu jest kraj, z którego pochodzą jego rodzice, a swój de facto dom - Australię umieścił na czwartym miejscu Tacy ludzie już nawet nie uchodźcy czy emigranci, ale ich potomkowie - teraz pakują nagminnie plecaki i jada walczyć w Syrii dla ISIS, bo to jest dla nich ważniejsza Ojczyzna niż kraj, w którym się urodzili czy kraj, który wyciągnął pomocną dłoń do ich rodziców.
Kto przybędzie z uchodźcami?
A jak już jesteśmy przy walce za swój kraj. W Internecie, co chwile można oglądać zdjęcia czy też relacje filmowe z międzynarodowych ćwiczeń armii sojuszniczych krajów NATO. Krajów, z których spora cześć ma społeczeństwa multikulturowe. Może ja patrzę nieuważnie, ale poza wojskami USA (gdzie czarnoskórzy żołnierze walczyli już w wojnie secesyjnej), to jakoś ciężko mi wśród wojaków współczesnej Europy dostrzec tureckiego Niemca w mundurze Bundeswehry, Hindusa albo Pakistańczyka w uniformie British Army, czy też Algierczyka lub Malijczyka w szeregach Armii Francuskiej. Mimo wielorakich kultur zamieszkujących te państwa ich obrona to wciąż domena ich białych mieszkańców. Cytując klasyka chciałoby się zapytać: przypadek?
Inna sprawa, o której w Europie mało się w tej chwili mówi to opłaty od certyfikacji jedzenia. Muzułmanie nie jedzą tego, co nie jest halal. A za certyfikacje firmy produkujące żywność muszą płacić mułłom. Płacić spore pieniądze, które raz, że niewiadomo wie gdzie potem idą (wątpię, żeby finansowano z tego żłobki – ostatnio słyszałem, że za pieniądze z certyfikacji halal w Australii powstaje meczet w… Indonezji), a dwa, że te koszty producenci wliczają sobie potem w ceny produktów, ceny, które płacimy my, ludzie niemający nic wspólnego z Islamem. W takim multikulturowym z definicji kraju jak Australia jedzenie koszerne można spotkać tylko w wybranych sklepach i tylko w przeznaczonym do tego dziale, tak samo produkty polskie (KRAKUSA np.), chorwackie czy angielskie, ale jedzenie halal jest dosłownie wszędzie i naprawdę konia z rzędem temu, kto znajdzie w osiedlowym markecie coś, co NIE JEST halal (poza bekonem). Ostatnio sam słyszałem, jak muzułmanka dopytywała się przy kasie, czy napój energetyczny jest halal.
Wracając na koniec do Europy. Dzieciak, którego ciało morze wyrzuciło na brzeg, mimo że ta sprawa została "podpięta" przez media oraz władze pod falę uchodźców z Syrii i krajów Meghrebu był podobno Kurdem. Kurdem, którego rodzina zwiewała z Turcji (gdzie wojny nie ma) do Grecji. Turcja Kurdów od lat bombarduje i pacyfikuje, a Husajn gazował i mordował. I robili to na długo przed tzw. arabską wiosną, której owoce teraz zbiera Europa. A jednak zdjęcie dzieciaka zostało plakatem-symbolem obecnej "wędrówki ludów" z Syrii czy Erytrei na Stary Kontynent. Gdyby ojciec rodziny wsadził ich na ponton na tureckiej plaży 6 miesięcy temu, to nikt by nawet nie kichnął nad ich tragedią. Tak wiec widać jasno, że ta wędrówka ludów to nie tylko ludzie uciekający spod noża ISIS (aczkolwiek ich pewnie jest najwięcej). Ruszyła fala i teraz każdy, kto ma na tyle kasy, żeby zapłacić przemytnikom będzie się chciał pod nią podczepić. Jedni będą uciekinierami, a inni ich będą udawać. O czym to świadczy i czym to grozi? Ano właśnie o tym, że w tej masie ludzkiej szturmującej południowe granice Europy są nie tylko uchodźcy z Syrii, ludzie uciekający przez ISIS, FSA czy al-Kaidą albo Assadem... Ta masa ma w sobie różnych ludzi, różnego pochodzenia, o różnych motywacjach i różnych zamiarach. Dlatego tak bardzo potrzebna jest rozwago i zdecydowanie w działaniu władz Europy. Pomagać potrzebującym trzeba jak najbardziej, bo to nasz ludzki obowiązek, ale na Boga sprawdzać, kto skąd i po co. I w pierwszej kolejności przyjmować kobiety i dzieci. Zdrowi mężczyźni jakby przez los nie było doświadczeni mogą w obozach przejściowych posiedzieć deczko dłużej celem weryfikacji. Bo w tej rzece ludzi potrzebujących pomocy może się bardzo łatwo ukryć kilka niezłych drapieżników.
czwartek, 6 sierpnia 2015
Katyń w Baltimore
W
Harbor East - nowej (ale nieodległej od pięknego centrum zwanego Inner
Harbor), dzielnicy jednego z najstarszych miast Wschodniego Wybrzeża
Stanów Zjednoczonych - Baltimore, na rondzie między ulicami Felicia,
President i Aliceanna, przed reprezentacyjnym hotelem Marriott
„Waterfront", stoi niezwykły monument. Nie jest wielki, raczej trzeba go
wypatrywać pomiędzy wieżowcami, lecz ściąga
wzrok olśniewającym blaskiem, unikalną formą i dedykacją. Na granitowym
obramowaniu fontanny wybija się jedno słowo i jedna data: KATYŃ 1940.
Pomysłodawcą uczczenia w Baltimore pamięci ofiar zbrodni katyńskiej był
emerytowany oficer armii amerykańskiej, major Clement A. Knefel.
Stacjonował w Niemczech w amerykańskiej strefie okupacyjnej, o zbrodni
dowiedział się podczas Procesu Norymberskiego. Powziął myśl o
ufundowaniu tablicy pamiątkowej dla uczczenia żołnierzy sojuszniczej
polskiej armii, zamordowanych w Katyńskim Lesie.
Pieniądze
rozpoczął zbierać, jako emeryt wojskowy na początku lat 70-tych
ubiegłego wieku. Czy łatwo jest nam wyobrazić sobie starszego pana,
który na tzw. Polskim Festiwalu (inaczej mówiąc - festynie), przy
stoliku pod parasolem ustawionym w Paterson Park, sprzedaje
własnoręcznie przyrządzone kanapki i napoje? Czy łatwo sobie uzmysłowić,
jakie wrażenie robiła opowieść starego żołnierza o tej masakrze, na
nieznających wojny w swoim kraju mieszkańcach Baltimore?
Po
dziesięciu latach samotnej zbiórki i kwestowania wśród organizacji
weteranów wojennych, major Knefel zwrócił się o pomoc do marylandzkiego
Oddziału Kongresu Polonii Amerykańskiej. Powstał Komitet Katyński,
którego był on pierwszym przewodniczącym, a honorowe przewodnictwo
objęła Barbara Mikulski - senator US polskiego pochodzenia.
Komitet
zaangażował wszystkie siły w celu zwieńczenia pomysłu majora. Władze
miasta ofiarowały teren oraz przygotowały go pod pomnik. Z pomocą
finansową pośpieszył urząd Gubernatora Stanu Maryland, gmina żydowska i
inne związki wyznaniowe oraz rzesze prywatnych darczyńców.
Monumentalną wizję pomnika stworzył artysta-rzeźbiarz Andrzej Pityński.
Jest to jego honorowy wkład w dzieło upamiętnienia naszej historii.
Rzeźba wyobraża bijący ku niebu płomień, w który wkomponowane są polskie
symbole i postacie historyczne.
Wykonanie odlewu rzeźby
zlecono Gliwickim Zakładom Urządzeń Technicznych. Niektóre elementy
pomnika zamawiane były we Francji, Anglii, Niemczech, a nawet w
Australii. Uroczystość odsłonięcia odbyła się w słoneczny, lecz zimny i
bardzo wietrzny 19go listopada 2000 roku.
Wśród zaproszonych
gości niestety nie było już człowieka, od którego wszystko się zaczęło.
Major Knefel zmarł w 1998 roku i nie zobaczył imponującego efektu swej
skromnej inicjatywy.
środa, 5 sierpnia 2015
Co zrobić z tymi poje*anymi Polakami?
Tekst znaleziony w Internetach. Napisany podobno 3 lata temu z okazji rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego i tradycyjnej narodowej kłótni z tej okazji nad jego sensem i celowością. Można się z nim zgadzać, można nie zgadzać, ale trzeba przyznać, że autor zastosował ciekawą retorykę...
No to tera wam powiem, dlaczego głośne i dumne celebrowanie Powstania
nam się opłaci. Nie – dlaczego powinniśmy je czcić, nie – dlaczego jest
to słuszne i chwalebne, ale właśnie – dlaczego nam to się opłaci. Tak
po inżyniersku.
Bo jakoś nam wyszło, że przez tysiąc lat zostaliśmy Polakami w Polsce,
pośrodku Wielkiej Niziny Europejskiej. W samym przeciągu. Ni w chuj, ni w
dupę to nam wyszło, ale innej Polski nie mamy. Dokładnie między
Wschodem i Zachodem tkwimy jak noga wciśnięta pomiędzy drzwi a framugę.
Niewygodnie nam z tym jak cholera, z obu stron ciśnie, sąsiadom też
nie pasujemy, bo muchy lecą, i ani im wejść, ani wyjść, ani się położyć,
ale trwamy tak, bo naprawdę nie mamy dokąd stąd się wynieść. Za dużo
nas, żeby się rozproszyć w diasporach, jak kiedyś Żydzi, za bardzo się
różnimy od innych, by się roztopić w tłumie i zniknąć.
Nie możemy być drugimi Czechami, bo nikt nas nigdy nie potraktował i nie będzie traktował jak Czechów. Na miękką opresję kulturową w stylu Habsburgów raczej nie możemy liczyć.
Nie możemy być drugimi Czechami, bo nikt nas nigdy nie potraktował i nie będzie traktował jak Czechów. Na miękką opresję kulturową w stylu Habsburgów raczej nie możemy liczyć.
I choć jesteśmy największą zakałą i zawalidrogą Europy, jakoś nam się
udaje to skromne klepisko utrzymać przy sobie. A przecież nie mamy
żadnych atutów, argumentów, siły ani racjonalnych podstaw, by sądzić, że
tak będzie nadal. O tym, że zbudujemy taką samodzielną potęgę
militarna, by być bezpiecznym zarówno od tych z lewa jak z tych z prawa,
możemy zapomnieć. Śmiech na sali.
Wiemy też, że stworzenie twardego sojuszu z jednym, przeciwko drugiemu też nas w efekcie unicestwi.
W istocie więc nie mamy broni ani żadnych szans. Dlaczego więc wciąż tu jesteśmy? Co mogło powstrzymać Rusków w 1956 i 1980? Przecież nie nasze czołgi. Co mogło skłonić Stalina, żeby osobistymi poprawkami złagodził treść peerelowskiej konstytucji napisanej przez naszych nadgorliwych renegatów? Dlaczego pozwolili nam być najweselszym barakiem w obozie i nie dokręcili tak śruby, jak w okolicznych barakach?
W istocie więc nie mamy broni ani żadnych szans. Dlaczego więc wciąż tu jesteśmy? Co mogło powstrzymać Rusków w 1956 i 1980? Przecież nie nasze czołgi. Co mogło skłonić Stalina, żeby osobistymi poprawkami złagodził treść peerelowskiej konstytucji napisanej przez naszych nadgorliwych renegatów? Dlaczego pozwolili nam być najweselszym barakiem w obozie i nie dokręcili tak śruby, jak w okolicznych barakach?
Jaki występuje związek między zaciekłym zwalczaniem mitu Powstania
przez Michnikoidów a ich stałym szukaniem obrony przed Polakami
zagranicą? Jaki to jaskrawy kolor ostrzegawczy nosimy na plecach, że
działa jak ostrzeżenie? Ależ oczywiście, że Powstanie Warszawskie.
Naszą, kurwa, popieprzoną niepoczytalność. Nasz mit totalnej
nieobliczalności. Nasze, kurwa, szaleństwo.
Patrząc na mapy sztabowe to gołym okiem widać, ze militarnie
strategiczne cele można tu zdobyć najpóźniej w tydzień. To jest bułka z
masłem.Tylko co potem? Co zrobić
z tymi pojebanymi Polakami? Tu się nie da jak w Danii czy innej Francji
rozwiesić obwieszczeń po placach z nowymi rozporządzeniami i wszyscy
rozejdą się do chałup. Nawet jak się rozejdą, to będą knuć, wichrzyć,
kombinować, coś majstrować po piwnicach, spotykać się po mieszkaniach i
oczeretach. I terror ich nie powstrzyma. Wręcz przeciwnie. Im bardziej
się im dokręca śrubę, tym bardziej im odbija szajba.
A w ostateczności, to są w stanie rozjebać wszystko. Naprawdę
wszystko i jeszcze więcej. Słyszeliście o Powstaniu Warszawskim? Oni
tam, kurwa nie mieli broni, a przez dwa miesiące doborowe jednostki bały
się do nich zbliżyć na odległość strzału. Niemcy rozjebali im całe
miasto w pizdu, do fundamentów, a oni nie dali sobie luzu. Trzeba było z
dużym nakładem sił i środków ich wszystkich pozabijać. Dasz wiarę? Dwa
miesiące trzeba było ich bombardować, ostrzeliwać, rozjeżdżać czołgami,
palić miotaczami płomieni, żeby opanować sytuację. Na samym zapleczu
frontu! To nieobliczalne świry są, ci Polacy.
Jak tam w tej Polsce usiedzieć? Ani tam spokoju, ani wygody. Jak spać
stale z pistoletem pod poduszką? Jak chodzić po ulicach? Jak się
urządzić na dłuższą metę, gdy te pojeby to zniszczą, nie kombinując
zanadto, czy to im się opłaca? Sami zginą, a nam spokojnie żyć tam nie
dadzą. Przecież nie da się przez dziesięciolecia siedzieć w czołgu, jak w
jakimś Afganistanie? Bo te pojeby będą ginąć setkami a nie odpuszczą.
Taką to informacją o nas dla świata, porozwieszaną na wszystkich naszych granicach jest Powstanie Warszawskie. To taka tabliczka na furtce z napisem: „Uwaga, możliwość występowania wkurwionych Polaków w znacznych ilościach”.
Taką to informacją o nas dla świata, porozwieszaną na wszystkich naszych granicach jest Powstanie Warszawskie. To taka tabliczka na furtce z napisem: „Uwaga, możliwość występowania wkurwionych Polaków w znacznych ilościach”.
My w zasadzie nie musimy już nic robić. Powstańcy zapłacili już cenę
tej polisy z nawiązką. Fakt, drogo wyszło jak cholera. Ale tylko tak
droga polisa może działać.
Niestety, wszyscy o niej zapomną, gdy i my przestaniemy pamiętać. Z
pewnością przestanie działać, gdy my zaczniemy Powstania się wstydzić.
Wtedy już na pewno ta cała krew pójdzie na marne. Pewnie, że nie zrobili
tego specjalnie. Nie chcieli przecież umierać. Nikt nie chce. Ale skoro
tak już wyszło, to może nie marnujmy tego ich poświęcenia, ich walki,
przez pozbawianie jej sensu?
Celebrując nadal głośno i z dumą Powstanie dajemy znać, że to nie
było wszystko dawno i nieprawda. Że cos z tego nadal w nas żyje. Że
rozumiemy, co zrobili i że nam też jeszcze całkiem rura nie zmiękła.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


