poniedziałek, 9 lipca 2018

MIlion zza oceanu

Gdy wiosną 1944 roku, polski działacz emigracyjny Mieczysław Haiman wysłał do 796 polskich parafii w USA ankiety z pytaniem o liczbę wiernych, osób zmobilizowanych i tych, którzy polegli na służbie, odpowiedziało mu 538 parafii. Dało to niezmiernie rzadką na tle innych grup etnicznych możliwość oszacowania skali mobilizacji. Ankieta Haimana pokazała, że ponad milion żołnierzy w armii USA był polskiego pochodzenia.
Jak na tak ogromna liczbę Polaków, z których sporo było emigrantami w pierwszym albo drugim pokoleniu, młodymi ludźmi wciąż myślącymi i mówiącymi po polsku, walczących na frontach II wojny światowej w amerykańskich mundurach to temat ten dotychczas jakby w polskiej świadomości historycznej nie istniał. Odnieść można również wrażenie, że temat ten nie istniał także w świadomości Polonii amerykańskiej.
W piątek 6 lipca gdańskie Muzeum II Wojny Światowej z inicjatywy oraz przy ogromnej współpracy Stowarzyszenia Historycznego Wielka Czerwona Jedynka zaprosiło zwiedzających na otwarcie szczególnej wystawy. Ekspozycja nosząca nazwę: „Milion zza oceanu” poświęcona jest amerykańskim żołnierzom o polsko brzmiących nazwiskach, którzy, walczyli, zwyciężali, odznaczali się bohaterskimi czynami i ginęli podczas bitew i kampanii II wojny.
W słoneczne piątkowe popołudnie pod muzeum zaparkowały amerykańskie drugowojenne pojazdy wojskowe, a wchodzących do gmachu gdańszczan witał punkt rekrutacyjny US Army. 
Samą wystawę, którą można będzie zwiedzać do 31 października 2018 roku otworzył dyrektor Muzeum dr Karol Nawrocki. Odczytano również list Wiceministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Jarosława Sellina.
Co ciekawe to piątkowe otwarcie wystawy Milion zza oceanu należałoby nazwać raczej polska premierą, gdyż 6 miesięcy temu ekspozycja ta miała swój debiut właśnie zza oceanem, w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku. Tam również otwierał ja dyrektor Muzeum II Wojny, Karol Nawrocki. Ekspozycja podróżowała następnie po Stanach odwiedzając bliskie polskiej społeczności w USA miejsca, miasta odraz nekropolie, m.in. w rodzinnym mieście asa myśliwskiego z II wojny oraz wojny koreańskiej, pułkownika Francisa „Gabby” Gabreskiego. 
Zainteresowanie, jaki wzbudziła sprawiło, że istnieją już plany otworzenia podobnej wystawy o Amerykanach polskiego pochodzenia, jako części ekspozycji w amerykańskim Muzeum Narodowym II Wojny Światowej w Nowym Orleanie.
Na zwiedzających po raz pierwszy wystawę oczekiwała diorama prezentowana przez rekonstruktorów, a przedstawiająca, niemal wyjętą z Szeregowca Ryana scenę z życia okopowego. Po tym żywym wprowadzeniu w epokę następowała podróż przez życiorysy, historie, epizody ciekawostki, niezwykłe biografie zwyczajnych ludzi oraz oczywiście eksponaty, z których jednym był oryginalny mundur RAF Witolda Urbanowicza.
Dzięki zaangażowaniu pomysłodawców i współtwórców wystawy, Piotra Langenfelda oraz Michała Kowalskiego ze Stowarzyszenia Wielka Czerwona Jedynka, a także przy niewątpliwej pomocy
i współpracy Muzeum II Wojny Światowej udało się nie tylko dotrzeć do instytucji zagranicznych, muzeów, fundacji oraz przede wszystkim rodzin weteranów, co pozwoliło na zaprezentowanie naprawdę ciekawych i nieznanych bliżej biogramów. O ile bowiem, o Witoldzie Urbanowiczu słyszeli chyba wszyscy, o żołnierzu 3 Armii generał Pattona, Leonie Niemczyku również, to już mało kto zna takie nazwiska jak Teodor Dobol, Philip Streczyk czy też wspomniany wcześniej, „Gabby” Gabreski. Mało kto wie, że najbardziej odznaczonym amerykańskim żołnierzem Ii wojny był Polak i że to polska stopa, chociaż w amerykańskim bucie, pierwsza od czasów rzymskich przekroczyła w walce rzekę Ren. 
Nieobecny niestety podczas uroczystości otwarcia wystawy jej główny pomysłodawca, Piotr Langenfeld podczas rozmowy telefonicznej powiedział: „Wystawa jest w dużej mierze wynikiem poszukiwań naszego stowarzyszenia, które za jeden z celów statutowych stawia sobie zbieranie informacji, biogramów o Amerykanach polskiego pochodzenia,
a także Polakach służących w siłach zbrojnych USA, tak w czasie 2 wojny światowej jak i po jej zakończeniu. Udział i zaangażowanie Polonii w siłach zbrojnych USA, a także jego skala oraz następstwa dla społeczności polskiej w USA po wojnie, nie były dotychczas ani szeroko omawiane, ani przedstawiane. Tymczasem, jak inne mniejszości narodowościowe i Polacy wnieśli swój wkład w amerykański wysiłek wojenny. Ba, wielu z nich zapisało się w historii, oraz w dziejach swoich jednostek, jak chociażby bohaterowie słynnej 1 Dywizji Piechoty, Big Red One, Teodor Dobol czy Philip Streczyk. Inni, już jako wysocy rangą oficerowie lobbowali za przyjęciem Polski do NATO. Niektóre biogramy to opowieści niesamowite, niewiarygodne i wręcz idealnie nadające się na film wojenny.” 
Może po świetnych „Szyfrach wojny” poświęconych udziałowi Indian Nawaho w walkach na Pacyfiku oraz równie znanej „Czarnej eskadrze” o afroamerykańskich pilotach myśliwskich, powstanie kiedyś film o Polakach z US Army. Sama wystawa natomiast, zaintryguje, zaciekawi i zainspiruje pasjonatów w historii do zgłębiania tego tematu nie tylko na poziomie historiograficznym i naukowym. A jest co zgłębiać – ich było ponad milion.




 





niedziela, 13 maja 2018

Australijski WOT

Regional Force Surveillance Units (RFSUs) - trzy jednostki, każda wielkości batalionu, składające się w 90% z rezerwistów, które prowadzą regularne patrole północnych terenów Australii - rezerwiści podczas tych patroli zaliczają swoje "weekendowe" szkolenia.
Według stanu na grudzień 2014 roku RFSUs składało się z 200 żołnierzy służby czynnej i ponad 1300 rezerwistów.
Zanim powstały Regional Force Surveillance Units takie patrole prowadził SASR.
I pisząc "rezerwiści" nie mam na myśli rezerwy w naszym tego słowa znaczeniu - czyli PO odbyciu służby w jednostkach operacyjnych, po zetce czy po zakończeniu kontraktu, nie... to cywile.
Po zakończeniu służby czynnej w oddziałach regularnych ADF przechodzi się też do rezerwy ale na 5 lat do tzw. Standby Reserve - tacy rezerwiści nie są wzywani na ŻADNE szkolenia, a mogą być jedynie zmobilizowani w czasie wojny lub ogólnonarodowego zagrożenia... na stanowiska administracyjne i zabezpieczenia. Prawdziwa Army Reserve czyli High Readiness Reserve oraz Reserve Response Force składają się z ...weekendowych żołnierzy.
The Reserve Response Force szkolą się przez minimum 20 dni w roku, a maksimum to 100 dni w roku, High Readiness Reserve to minimum 32 dni na rok - max też 100, a w wyjątkowych wypadkach i za specjalną zgoda można to wydłużyć do 150 na rok.
Unitarka w ADF to 80 dniowy kurs. Jest też kurs zaawansowany, na który trafiają m.in kandydaci na komandosów w ramach rekrutacji bezpośredniej cywili DRS (Special Forces Direct Recruitment Scheme) - trwa on kolejne 72 dni i w założeniu, po jego ukończeniu ma się wiedzę i umiejętności porównywalne z piechurem po 2 latach normalnej służby...
Army Reserve to wojsko na pół etatu - oni wszyscy maja swoje cywilne etaty, a żołnierzami są w czasie wolnym - niektórzy pracują w cywilu na pół etatu, a drugie pół etatu są żołnierzami. Dostają za to, na początek, jakieś 20kilka tysięcy AUD na rok - oczywiście nie płacąc od tego podatku.

czwartek, 10 maja 2018

Zetka lekarstwem na rurki

Ponieważ przez Facebooka zaś (nadużywanie "zaś" podobno świadczy o naleciałościach górnośląskich😆) przetacza się fala memów o przywróceniu Zasadniczej Służby Wojskowej... no to zaś 😉 się wypowiem :)

Zwolennicy zasadniczej służby wojskowej dzielą się w moim odczuciu na dwa obozy. Jeden to pokolenie starsze. Pokolenie, które samo doświadczyło „plusów dodatnich” oraz „plusów ujemnych” zasadniczej służby wojskowej i ze zrozumiałych względów ma do tego fragmentu swojego życiorysu ogromną nostalgię. Wiadomo nie od dziś, że nie ma większej przyjaźni niż koledzy z wojska i lepszych wspomnień, jak to, co „myśmy ze szwagrem w wojsku robili”. „Jeżeli ja mogłem/musiałem iść do woja, to dzisiejsza młodzież też powinna!” Taka trochę filozofia spod znaku „za moich czasów to…”.

Druga grupa opowiadająca się za służbą zasadniczą to ludzie nazwani przeze mnie roboczo „anty-rurkarze”. Są to młodzi ludzie (mężczyźni i kobiety, chociaż więcej chyba wśród nich przedstawicielek płci pięknej), którym w obecnym społeczeństwie przeszkadza nadmierne ich (moim zresztą też, ale ja jestem z ubiegłego stulecia) sfeminizowanie… Chodzi o metroseksualność współczesnych chłopaków. Upatrują oni w obowiązkowej służbie wojskowej panaceum na chłopców w jeansach-rurkach. Uważają, że to obowiązkiem armii jest wychować chłopców na mężczyzn i patriotów, którzy przecież w „rurkach” chodzić nie będą. Są przekonani, że jeżeli fan Justina Biebera poszedłby do wojska, to opuściłby koszary jako dumny fan co najmniej Sabatonu. Zapominają jednak, że podstawowym zadaniem wojska jest obrona kraju, a nie stylizowanie młodych ludzi.

Istnieją naprawdę niewielkie szanse, że chłopak, który mając 19 lat i w sumie dość ukształtowaną już osobowość i charakter nagle diametralnie zmieni się przez 6, 12 czy 18 miesięcy służby wojskowej. To na rodzicach spoczywa obowiązek wychowania młodego człowieka, to oni muszą dopilnować, aby ich dzieci nie były wychowywane przez Internet i ulicę. To szkoła musi uczyć i wpajać wartości obywatelskie i patriotyczne, a nie jedynie „realizować program”. Mam wrażenie, że zasadnicza służba wojskowa jest tutaj traktowana trochę jak „złoty środek”, który wszystko powinien naprawić, … gdyby był. Jego brak jest za to powodem tabunu „chłopców w rurkach” na polskich ulicach.

Obydwu frakcjom zwolenników przywrócenia ZSW brakuje jednego wspólnego elementu. Szczegółowej koncepcji, jak tego dokonać. Głośno krzyczą „przywróćmy”, ale cichną lub wręcz milkną gdy padają pytania: „no dobrze, ale jak?” Nie uświadczysz od nich zdecydowanych i konkretnych odpowiedzi na temat ilości poborowych, którzy mieliby zasilić polskie siły zbrojne. Czy to miałaby być 20-tysięczna, 50-tysięczna czy wreszcie jak za czasów świetności LWP 400-tysięczna armia? Jak to wojsko z poboru umieścić w strukturach WP? Jako osobne jednostki czy też wymieszać z zawodowym? Przypominam, że jeżeli potencjalny poborowy będzie miał stopień szeregowego, to automatycznie szeregowym zawodowym należałoby dać stopień co najmniej starszego szeregowego, a starszym szeregowym – kaprala. Mielibyśmy największą złożoną z kaprali armię na planecie Ziemia. No i gdzie są jakieś wolne koszary, w których poborowi mogliby zostać umieszczeni? Od kilku ładnych przecież lat w związku ze zmniejszeniem stanu osobowego armii mienie wojskowe jest wyprzedawane. A jeszcze nie słyszałem, żeby gdzieś w kraju wybudowano od podstaw nowoczesne koszary, które spełniałyby standardy obowiązujące na świecie w drugiej połowie XX stulecia.

Wojsko z poboru, tak jak czarno-biała telewizja i silnik dwusuwowy, odchodzą do lamusa. Tym, którzy służyli, pozostają fajne wspomnienia oraz koledzy z wojska, na których zawsze można liczyć. Są oczywiście kraje, gdzie ten model wyśmienicie się sprawdza, ale również zauważyć należy, że świadomość obywatelska w tych krajach stoi na zupełnie innym poziomie. Tak, mam tu na myśli Izrael. Zamiast więc tracić energię na próby reaktywowania czegoś, co w obecnej sytuacji politycznej nie ma racji bytu, sugerowałbym skupić się na tym, jak wychować naszą młodzież na wartościowych obywateli, na których ojczyzna będzie mogła liczyć bez względu na krój spodni. Bo to nie szata czyni cię Polakiem, ale to co masz w sercu.

PS. Chłopak w „rurkach” może pierwszy chwycić za broń, a zatwardziały zwolennik służby wojskowej dla każdego, może nie wyjść spod łóżka.

Żołnierz batalionu Parasol Krzysztof Kamil Baczyński, gdyby żył dzisiaj, byłby pewnie awangardowym artystą i kto wie,… pewnie chodziłby w „rurkach”.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Smoleńsk 8 lat później

Z okazji jutrzejszej rocznicy zadam, po raz kolejny to samo pytanie. Pytanie na które nadal nie znalazłem racjonalnej odpowiedzi:
Dlaczego ci, wydawałoby się mądrzy
i wykształceni Generałowie, doświadczeni żołnierze, zasłużeni działacze... elita Narodu, chciałoby się rzec, jak te przysłowiowe barany wleźli WSZYSCY do jednego samolotu?!
Kurde, ja znam małżeństwa, które na wakacje latają osobnymi samolotami, żeby zminimalizować ryzyko osierocenia dzieci... a tu proszę... żadnemu nie przyszło do głowy, żeby może pociągiem jechać... i nieważne czy był to wypadek, błąd pilota, zamach czy zderzenie z UFO.
Ich tam nie powinno tylu być!
Podejrzewam, że gdyby Prezydent był wtedy w dobrych stosunkach z Premierem, to szefa rządu też byśmy w Smoleńsku stracili...

Pozostaje tylko dziękować opatrzności, że do dyspozycji 36. SPLT nie było Airbusa A380, bo pewnie cały Sejm by sie zabrał na wycieczkę...

A dlaczego ta cholerna katastrofa smoleńska się za nami ciągnie jak smród
za śmieciarką?

Hipotetyczna sytuacja:
Na obchody rocznicy zakończenia II wojny światowej (czy tez z jakiegoś innego powodu) do Berlina leci sobie prezydent Putin z powiedzmy Ławrowem. Pech chce, że pod Poznaniem samolot się rozbija. Wszyscy giną.

Pytanie pierwsze: Jak szybko teren katastrofy jest otoczony kordonem przez Rosjan?

Pytanie drugie: Po ilu maksymalnie godzinach wszystko z terenu katastrofy poznańskiej (wrak, zwłoki, oraz okoliczne brzozy) są w drodze do Moskwy?

środa, 24 stycznia 2018

Wstąp do armii... mówili



Od zawsze marzyła się mu służba wojskowa. Podczas kwalifikacji ogólnowojskowej otrzymał kategorie zdrowia A i zdeklarował gotowość do wstąpienia do Wojska Polskiego, a nawet chęć zostania żołnierzem zawodowym. W 2004 roku podczas Komisji Wojskowej ponownie otrzymał kat. zdrowia „A” jednakże armia musiała poczekać aż ukończy szkołę średnią i zda maturę. Wciąż bowiem uczęszczał do zasadniczej szkoły zawodowej, po której chciał uczyć się dalej w szkole średniej.

Po zdanej maturze otrzymał powołanie do zasadniczej służby wojskowej, która odbył jako saper w jednej z brygad zmechanizowanych. Jego sumienna praca oraz służba na rzecz kompani, batalionu, brygady, została nagrodzona przez dowódcę pochwałą. Żołnierzem był zdyscyplinowanym, bezkonfliktowym, niesprawiającym problemów. Chciał realizować swoje marzenia. Wkrótce – jak mu się wówczas zdawało – los się do niego uśmiechnął.  Otrzymał bowiem szanse ukończenia kursu podoficerskiego dla rezerwy. Po jego ukończeniu postanowił, że nie zmarnuje pieniędzy zainwestowanych w jego osobę przez Siły Zbrojne. Chciał rozpocząć służbę zawodową. Jak jednak dobrze wiemy, aby ubiegać się o etat  w służbie czynnej, podoficer rezerwy sam musi znaleźć sobie miejsce w jakiejkolwiek jednostce wojskowej w kraju. Niby jasne, niby proste, niby fair. Jednak nie do końca, albowiem tutaj zaczyna się jego prawdziwa epopeja. Większość stanowisk w jednostkach jest zarezerwowana dla żołnierzy zawodowych - starszych szeregowych, których macierzyste jednostki wysyłają się na kursy podoficerskie. Zdarzają się niekiedy wolne etaty, ale z reguły szybko są obstawiane przez tzw. ZIP-y (ziomków i przyjaciół) – żeby nie użyć słowa „plecak”. Szanse dla kogoś takiego jak nasz bohater są niewielkie. Paradoksalnie, pomimo dość poważnej i poszukiwanej w naszych jednostkach – w tym specjalnych i elitarnych, specjalizacji sapera, nie mógł on znaleźć miejsca w żadnej jednostce wojskowej. A przyznać trzeba że nie szukał jedynie w zasięgu wygodnego dojazdu z domu, czy tez własnego województwa. W zasadzie był zdecydowany podjąć służbę, w jakiejkolwiek jednostce wojskowej, o ile dana mu będzie szansa. Za swoim miejscem w szeregach Wojska Polskiego zjeździł cały kraj, szukał przez znajomych przez media społecznościowe i pocztę pantoflową. Pukał dosłownie do bram każdej napotkanej JW od logistyki po komandosów, od radiotechników do czołgistów. W trakcie swojej pogoni za marzeniem, od 2012 roku przemierzył niemal cała Polskę, zaliczał kwalifikacje z ocenami pozytywnymi, przechodził szereg rozmów z dowódcami, kadrowymi, ciągle słysząc teksty typu „odezwiemy się do pana”, „na pewno coś dla pana znajdziemy”, „tak, bierzemy pana pańskie dokumenty, są porządku, wysyłamy do departamentu kadr”, po czym często dowiadywał się, że jest zwyczajny blef ze strony dowódców i S1 jednostek, a takowe zapewnienia i obietnice, albo okazywało się, że nigdy nie miały miejsca i zapewne coś mu się zdawało.

Ten tekst nie powstał z przestrogi, lecz z zapytaniem, dlaczego w tym kraju, gdzie wciąż mówi się o zwiększaniu potencjału i siły obronnej kraju, o budowaniu Wojsk Obrony Terytorialnej, pozostawia się takich ludzi, który chcą służyć w wojsku na lodzie? Po co inwestuje się i marnuje pieniądze podatnika, oferując ludziom tego typu kursy, jeśli potem pozostawia się ich bez szans na służbę, bez jakiejkolwiek pomocy czy porady? Bohater tej historii często w WKU odprawiany był z kwitkiem, bowiem ludzie w tam pracujący, nie za bardzo wiedzieli, co zrobić z młodym, wysportowanym, wyszkolonym i inteligentnym podoficerem rezerwy o dość wrażliwej w naszych czasach specjalności saper, gdy ten zgłaszał swoją chęć odbycia wszelakich szkoleń, a nawet chciał wstąpić do NSR. Ludzie, których podstawowym zadaniem w Wojsku Polskim powinna być rekrutacja wartościowych  i potrzebnych Siłom Zbrojnym osób nie byli w stanie zaproponować naszemu bohaterowi niczego. Nawet służby w NSR. Od instytucji, które w czasach armii zawodowej winny stanowić coś na miarę biur rekrutacyjnych słyszał zwykle: „no wie pan, na dziś nie mamy nic z pańska specjalnością” i był zwyczajnie zbywany jak upierdliwy klient w Biedronce. W zapewniających że są „Zawsze blisko”, tworzących się  właśnie (czytaj: prowadzących zaciąg i rekrutację) Wojskach Obrony Terytorialnej również nie otrzymał wiele pomocy, gdyż pomimo wysłania tony swoich dokumentów oraz tuzina rozmów kwalifikacyjnych etat z reguły otrzymywał ktoś inny – nawet gorzej przygotowany merytorycznie i formalnie.

Dziś nasz bohater zapewne wybierze drogę do Legii Cudzoziemskiej, gdyż nadal chce nosić mundur, nadal chce służyć w armii, chce się rozwijać, podnosić swoje kwalifikacje, szkoda tylko, że już pod inna flagą.

Nie nazwę go zdrajcą, nie nazwę go najemnikiem, bo każdy człowiek ma prawo do szczęścia,
i powinien do niego dążyć. Każdy zasługuje na to żeby dać mu szanse. On naszej armii daje szanse od lat, armia jemu? Nie dała żadnej.

Prawdopodobnie wsiadając do samolotu do Francji jeszcze stanie na schodkach i obejrzy się za siebie – z nadzieją, że jednak dane mu będzie założyć polski mundur….

piątek, 24 listopada 2017

Mural...

Od paru dni, zaglądając na FB widzę to zdjęcie, co najmniej 3 lub 4 razy podczas jednego tylko przewinięcia głównej strony Facebooka – tzw. feed’u
„Powstańczy” mural z Łomianek to ewidentnie hit Internetu i żywy przykład indolencji historycznej decydentów… oraz tych, którzy dla nich pracują.
Niestety, ale uważam, że ten żenujący poziom wiedzy historycznej młodego pokolenia (cholera, czy ja właśnie uznałem się za to „starsze pokolenie”? Damn it! No cóż – tempus fugit i tego nie zmienisz…), to w dużej mierze NASZA wina...
Ależ, dlaczego - zapyta jeden z drugim! Jak to moja wina? Ja się nie poczuwam…
Ano tak. Nikt nikogo za rękę nie złapał i nikt nikogo personalnie nie obwinia, ale to, że obecna młodzież wie o naszej historii tylko to, co wyczyta na kwejku i na demotywatorach, zobaczy na memach to efekt naszego zaniedbania edukacyjnego sprzed kilku lat.
Paradoksalnie, nawet za komuny (socjalizmu mniej lub bardziej realnego) – ustroju z definicji internacjonalistycznego ogromna wagę przywiązywano do wychowania patriotycznego, do kształtowania postaw obywatelskich.
Potem przyszła wolność, demokracja, a wkrótce po niej moda na „integracje europejską”. Patriotyzm przestał być modny, wypadł z obiegu, nauka historii przestała być potrzebna. Polacy tradycyjnie popadli z jednej skrajności w druga. Przestano wywieszać flagi, zajęto się robieniem biznesów i składaniem wniosków o dotacje europejskie… przestano czytać książki, a w szkołach spadła ilość godzin historii… nawet na uczelniach wyższych pojawiły się kierunki naukowe „Integracja europejska”. Polskość nie była może w odwrocie, ale stanowczo przestała być modna a już na pewni jej publiczne okazywanie i zainteresowanie historia kraju stało się passe…
Jak jednak wszyscy wiemy - natura nie znosi próżni i wkrótce brak oficjalnego zaangażowania w kształtowanie postaw patriotycznych zastąpił ten nieoficjalny - drugiego obiegu? Ułatwiło to pojawienie się takich narzędzi jak Neostrada, która Internet z medium quasi-elitarnego sprowadziła pod przysłowiowe strzechy. Globalna siec ze strumienia wymiany opinii wiadomości i informacji stała się rynsztokiem, w którym obok złotych rybek i diamentów płynęło i płynie całe gówno tego świata…
I właśnie z tego rynsztoka zmuszeni byli czerpać wiedze przedstawiciele pokolenia, które kilka lat temu wkroczyło w dorosłość… niektórzy nazywają ich Millenialsami inni – tacy jak ja – Dziećmi Neo… to są właśnie ludzie, o których edukacji zapomnieliśmy zajęci sobą, własnymi karierami i wnioskami o dotacje… pierwsze pokolenie ludzi, których w całości niemal wychował dany im na Gwiazdkę przez rodziców Internet… memy, demoty i kwejki… o z nich czerpali i czerpią nadal wiedze o świecie i na nich budowali i nadal budują swoje postawy, poglądy i opinie… Oni czuli podświadomą potrzebę zdobycia tej wiedzy, ale nikt im jej nie miał czasu przekazać…wiec zdobyli sobie ja sami … i mamy, co mamy… trudno się potem dziwić, że powstają tak kretyńskie murale, a dzieciarnia nosi na koszulkach, czapkach i kurtkach hasła naszywki i przekazy, których genezy i znaczenia nie rozumie i nie zna… Bo i po co? Przecież Internet akceptuje tylko to co chwytliwe… przyciągające wzrok i uwagę. Ważna jest forma – treść już nie bardzo…
Efekty? Przykłady?
Młode – dwudziestokilkuletnie małżeństwo podczas zwiedzania z kilkuletnim synkiem muzeum na ORP Błyskawica nie potrafi wyjaśnić synowi co oznacza skrót ORP…
Nastolatek spoglądający na wystawiony w gablocie mundur admirała Karwety rzuca "dowcipnie": Oj ktoś nie dbał o mundur...
Młody ociec oprowadzając synka po pikniku militarnym, z mądrą mina mentora, na Rosomaka oraz na armatohaubice Dana mówi czołgi…
Sami sobie ich wychowaliśmy… a raczej wychował za nas Internet…

poniedziałek, 30 października 2017

Tekst, za który Facebook dal mi bana na 24h

#kangurzaperspektywa
Polska nie jest ani krajem Nowego Świata (gdzie każdy jest imigrantem, bo każdy skądś przyjechał) ani krajem, który miał w przeszłości kolonie. Kraje posiadające niegdyś kolonie miały dziesiątki jak nie setki lat (Brytyjczycy siedzieli w Indiach i Pakistanie 400 lat!) na oswojenie się z multikulturowością... Przez te lata rodzili się biali Brytyjczycy, którzy nigdy nie byli w Wielkiej Brytanii - rodzili się i umierali w koloniach wśród Hindusów, muzułmanów, Zulusów czy też Indian. Wojsko służyło w krajach kolonialnych, niby u siebie, a jednak wśród obcych, często rdzenni mieszkańcy kolonii za zasługi nadawane mieli przywileje i osiedlali się w kraju, który ich skolonizował (Gurkhowie, hinduscy Pandici). Te procesy, a co za tym idzie, stopniowe oswajanie się ze współistnieniem z innymi kulturami na wspólnej płaszczyźnie jednej państwowości trwało lata.

Polska w tym czasie albo nie istniała, albo walczyła o zachowanie tożsamości narodowej i niepodległości. Nas te procesy ominęły. Mimo paru okazji i dużych chęci nie dorobiliśmy się własnych posiadłości zamorskich. Nie mieliśmy więc szansy na wykształcenie świadomości multikulturowej.

Zarówno za czasów I Rzeczypospolitej (tej Obojga Narodów), jak i w 20-leciu międzywojennym byliśmy krajem wielonarodowym, ale raz, że w okresie przedrozbiorowym nie istniało de facto coś takiego jak poczucie przynależności narodowej, a dwa, to w tej wielonarodowości nie było nigdy żadnej egzotyki (no może poza Żydami czy Tatarami). Ot, Białorusini, Niemcy, trochę Litwinów, Ukraińcy i Rosjanie – generalnie wspólny krąg kulturowy.

Po drugiej wojnie światowej natomiast, staliśmy się krajem niemal jednolitym etnicznie, a Żelazna Kurtyna i brak swobodnej możliwości podróżowania poza Blok Wschodni jeszcze tę jednolitość zabetonował izolując nas od wszelakiej egzotyki i kultur naprawdę odmiennych od naszej. Teraz każą nam w ciągu kilku lat zmienić mentalność społeczeństwa na taką, której wykształcenie krajom takim jak Francja, Anglia, Niemcy, Holandia, Portugalia czy Hiszpania zajęło stulecia. W Polsce mężczyzna w turbanie czy kobieta z nikabie lub burce nie tyle wzbudzi wrogość, co zwykłą ciekawość. Przecież jeszcze 10-12 lat temu ludzie oglądali się za murzynami na ulicy. Nie dlatego, że byli rasistami czy ksenofobami, ale dlatego, że murzyna to oni dotychczas w telewizji widzieli!

Po 1989 roku, a w szczególności po wejściu naszego kraju do Unii sporo się zmieniło, Polacy na szerszą skale zaczęli podróżować, emigrować, poznawać nowe kultury, jednak dla sporej części społeczeństwa źródłem wiedzy o Islamie i muzułmanach (nie „muslimach”!) nadal pozostają media – TV, prasa oraz Internet. A jaki obraz islamu przez ostatnie lata przeważał w mediach? Zamachy terrorystyczne (11 września 2001, londyńskie metro, Madryt, Paryż i wiele innych), rebelie, demonstracje zwolenników szariatu, sceny egzekucji – obcinania głów, palenia żywcem, topienia. To przede wszystkim pokazywano Polakom, jako współczesny Islam. Do tego dochodziły ofiary śmiertelne oraz ranni żołnierze polskich misji wojskowych, misji, w których walczyli z islamistami. Taki obraz „krwiożerczych” muzułmanów wykreowały w Polsce zarówno media, jak i sami muzułmanie zarówno ci z rejonów objętych działaniami zbrojnymi, z rejonów kontrolowanych przez talibów, al-Kaidę i Państwo Islamskie bojownicy Proroka, jak i ci osiedleni już w krajach zachodnich emigranci, którzy nagle postanowili zostać „samotnymi wilkami dżihadu”.
To właśnie dzięki nim i ich kreacji w mediach wyznawcy Allacha są dzisiaj w kraju na Wisła odbierani i postrzegani tak a nie inaczej.

Chciałbym się mylić, ale od jakiegoś czasu mam wrażenie, że ogromna część społeczeństwa w mojej kochanej Ojczyźnie podświadomie lub z pełna premedytacja pragnie, aby ktoś – jakiś uchodźca/imigrant/ islamista/ciapaty (swoją droga skąd wyście wytrzasnęli to określenie?! Czy ludzie z Bilskiego Wschodu są w ciapki, żeby ich ciapatymi określać – co oni? Lamparty? Chorowaliście jak na plastyce w szkole kolory przerabiano?) Więc pragną oni– ci rodacy moi ukochani, aby ktoś z grupy określanej ww. określeniami wreszcie dokonał jakiegoś zbrodniczego czynu, gwałtu na osobie lub społeczeństwie polskim, akt terroru jakikolwiek na terenie Rzplitej popełnił. Aby mogli oni z pełną satysfakcja wykrzyczeć w mediach, skądinąd społecznościowych: „Azaliż czyż racji nie mieliśmy zawczasu przed ta hołotą bisurmańską ostrzegając?!” Z niecierpliwością na akt taki wyczekują i z satysfakcja opiewać go będą, gdy taki – opaczności nie dopuść – nastąpi. Widać to było chociażby po żalu, jaki spomiędzy wersetów pism zaangażowanych wyciekał, że sławetne Rimini, gdzie polska para nieopisanej tragedii doznała, gdzieś pod Ustką nie leży, bo z używania sobie nad jakimś kurortem we Włoszech, którego połowa pismaków niezależnych wskazać na mapie bez Googla nie potrafi satysfakcji żadnej a i kapitał propagandowy znikomy…

My wręcz czekamy na jakiś fundamentalistyczny zamach w naszym kraju… pragniemy go… chcemy pokazać jak to nasza młodzież światła i zdyscyplinowana z najazdem bisurmańskim sobie poradzi… husaria ortalionowa tupta z niecierpliwością, stópkami w glany obutymi przebiera, ręce na kijach baseballowych zaciska, a tu nic…kicha, pustka, smuta wielka… z żalu Hindusów bić zostaje, bo Syryjczyka ani widu ani słychu…

Jest tez jednak druga strona medalu – ci, którzy w każdym wypadku drogowym, pobitej żonie czy molestowanym mężu, zgwałconej dziewczynie czy zadźganym nożem chłopaku, okradzionej babci czy zamordowanym listonoszu – słowem w każdej ofierze każdej kryminalnej, bestialskiej i bandyckiej aktywności najniższych – rynsztokowych chciałoby się rzec, elementów społeczeństwa wypatrują białorasowej, inkwizycyjnej, nazistowskiej wręcz brutalności. Wyczekują wręcz aż jakiś rodzimy – biały przecież – a jak biały to zapewne katolik – zabije, zamorduje, zgwałci lub pobije… w sumie kogokolwiek byleby z jakimś pseudo patriotycznym okrzykiem na ustach,…bo to im z kolei da oręż w walce z tymi pierwszymi… ze to nie tylko „ci ciapaci,” ale nasi rdzenni narodowi też… i nie tylko „też”, ale może nawet „przede wszystkim”! Tak jak jak ci pierwsi szukają dowodu na racjonalność swoich rasowych lęków, tak ci drudzy doszukują się znamion terroryzmu w każdym wpisie do kroniki kryminalnej... I smutno się robi, gdy człowiek pomyśli, że obie te strony czekają w utęsknieniem na śmierć przypadkowych ludzi, aby móc dowieść swych racji…