poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Operacja" Pewna śmierć"

Na początku tego stulecia Sierra Leone było miejscem jakby żywcem wziętym z sennego koszmaru. Dziesięcioletnia wojna domowa zamieniła tę niegdyś bogatą brytyjską kolonię w krainę głodu, rozpaczy, bandytyzmu i odrąbanych kończyn. W rękach rządu znajdowała się tylko stolica Freetown. W dżungli poza miastem rządziły grupy rebeliantów. 
Jedna z nich nosiła nazwę West Side Boys.
W 1999 roku Rada Bezpieczeństwa ONZ postanowiła wysłać do Sierra Leone kontyngent wojskowy, którego trzon, z racji, iż była to kiedyś brytyjska kolonia stanowili Brytyjczycy. Po zabezpieczeniu Freetown oraz portu lotniczego Lungi
i ewakuacji obcokrajowców, kontyngent skupił się na szkoleniu i odtwarzaniu potencjału obronnego armii rządowej. Początkowo było to 6 tysięcy żołnierzy, potem liczba wzrosła do 13 tysięcy.
Dnia 25 sierpnia 2000 roku 12-osobowy brytyjski patrol Royal Irish Regiment pod dowództwem majora Alana Marshalla wpadł w zasadzkę przygotowaną przez West Side Boys. Trzy Land Rovery WMIK (Weapon Mounted Insatallation  Kit) z Brytyjczykami i towarzyszącym im sierraleońskim oficerem łącznikowym zostały otoczone przez kilkudziesięciu uzbrojonych po zęby bandytów. Major Marshall kazał swoim ludziom odłożyć broń. Bandyci poprowadzili ich przez dżunglę do swojej siedziby – wioski Geberi Bana.
Wiadomość o porwaniu żołnierzy szybko dotarła do Freetown, a stamtąd do Londynu. Powołany przez premiera Blaira sztab kryzysowy natychmiast zdecydował o wysłaniu do Sierra Leone kontyngentu sił specjalnych. W jego skład wchodziło 72 komandosów SAS (Szwadron D) i SBS oraz 90 żołnierzy z elitarnego 1. Pułku Spadochronowego.
Kiedy Brytyjczycy wylądowali w Freetown natychmiast przewieziono ich do jednej z baz poza miastem. Chodziło o to, by wiadomość o ich przybyciu nie dotarła do West Side Boys.
W tym samym czasie zakładnicy przechodzili piekło na ziemi. Byli non stop bici i torturowani, poddawani pozorowanym egzekucjom, pozbawiani snu i jedzenia. Najgorzej traktowany był sierraleoński porucznik Musa Bangura, którego bandyci uznali za zdrajcę. Trzymali go w dole kloacznym, z którego co jakiś czas był wyciągany i bity do nieprzytomności.
Po czterech dniach od porwania dowódca Royal Irish Regiment pułkownik Simon Fordham rozpoczął negocjacje z bandytami. Przywódca bandy – 24-letni Foday Kallay- tytułujący się stopniem  „brygadiera” zgodził się zwolnić pięciu zakładników w zamian za telefon satelitarny i trochę żywności. Przekazany telefon pozwolił później dokładnie namierzyć miejsce przebywania terrorystów. Niemniej człowiek podający się za rzecznika West Side Boys – niejaki „Pułkownik Kambodża” wydzwaniał potem z niego do BBC składając różnorakie żądania. Pułkownik Fordham zażądał również  spotkania z zakładnikami, by upewnić się, że żyją. Kiedy podał rękę jednemu z nich (był to kapitan Flaherty z łączności), żołnierz ukradkiem przekazał mu zwitek papieru. Była to dokładna mapa obozu z zaznaczonym miejscem przetrzymywania zakładników. Pułkownik Fordham po powrocie do Freetown natychmiast przekazał ją dowódcy komandosów.
Obóz rebeliantów składał się z dwóch części przedzielonych błotnistą i śmierdzącą rzeką o nazwie Rokel Creek. Właściwie były to dwie wioski o nazwach Magbeni i Geberi Bana. Zakładnicy byli przetrzymywani w Geberi Bana pełniącej funkcję kwatery głównej bandytów, podczas gdy Magbeni służyła im za koszary – tam pobudowali baraki, w których nocowali
Wkrótce dwa zespoły SBS na pontonach ruszyły rzeką Rokel  i po dwóch dniach dotarł do Magbeni. Zamaskowani zwiadowcy rozlokowali się w tropikalnym lesie dosłownie kilkanaście metrów od chat bandytów. Stamtąd na bieżąco informowali dowództwo o każdym ruchu West Side Boys..
Zakładnicy byli traktowani coraz gorzej. Istniało spore prawdopodobieństwo, że psychopaci wkrótce porąbią ich maczetami na kawałki.
Komandosi i spadochroniarze mając do dyspozycji dokładną mapę zbudowali w bazie wierne kopie wiosek Magbeni i Geberi Bana, gdzie bezustannie ćwiczyli wszystkie możliwe scenariusze ataku.
Dużym problemem było opracowanie sposobu dotarcia do nich. Do wiosek prowadziły wprawdzie dwie drogi, ale obie najeżone były posterunkami bandytów. Ryzyko dekonspiracji było zbyt duże. Kilkudziesięciokilometrowy marsz przez dżunglę również odpadał. Rozważano opcję dotarcia do celu za pomocą pontonów – okazało się jednak, że poziom wody w Rokel Creek o tej porze roku jest zbyt niski. Pozostał więc atak z powietrza.
Desant ze śmigłowców niósł ze sobą duże ryzyko. Zaalarmowani hukiem wirników bandyci mogli przecież w mgnieniu oka zastrzelić zakładników. Ponadto w ich arsenale były także granatniki, którymi mogli zestrzelić śmigłowce. Mimo to zdecydowano się podjąć ryzyko – zastosować taktykę shock and awe.
Gdy tylko Premier Tony Blair dał zielone światło do siłowego rozwiązania kryzysu, o godzinie 6:16 rano 10 września 2000 roku z lotniska w Freetown poderwało się siedem śmigłowców:
Trzy Chinooki HC2 z  RAF Special Forces 7 Squadron  - na pokładzie dwóch z nich byli komandosi SAS/SBS, trzeci wiózł wsparcie z 1 Paras (1 batalionu 1. Pułku Spadochronowego); trzy maszyny szturmowe Lynx Mk7 z 657. Squadron AAC uzbrojone m.in. w karabiny M134 minugun oraz należący do „sił lokalnych” Mi-24-Hind pilotowany przez południowoafrykańskiego najemnika Nealla Ellisa.
Dwa Chinooki zawisły nad Geberi Bana na wysokości kilkunastu metrów,
a komandosi SAS i SBS zjechali na ziemię na linach. Jednocześnie z dżungli wypadli zwiadowcy SBS i otoczyli chatę z zakładnikami.
W tym samym czasie trzeci Chinook ze spadochroniarzami wylądował na polanie kilkaset metrów za wioską Magbeni na drugim brzegu rzeki. Trzy śmigłowce Lynx oraz Mi-24 bezpardonowo otworzyły ogień do baraków, w których spali West Side Boys.
W Geberi Bana rozpętało się piekło. Przebudzeni bandyci wybiegali z chat z kałasznikowami w rękach prosto pod kule komandosów. Ci nawet nie celowali. To nie była walka – to była masakra. Żaden z bandytów nie prosił o litość i nikt im litości nie okazywał. Komandosi strzelali niemalże z przyłożenia. W kilku miejscach doszło do walki wręcz.
Na drugim brzegu rzeki śmigłowce szturmowe systematycznie równały z ziemią baraki bandytów. Kiedy skończyły, do Magbeni wkroczyli spadochroniarze, by dokończyć robotę.
Już w pierwszych minutach walki zakładnicy zostali wyciągnięci z chaty i przeniesieni na pokład jednego ze śmigłowców. Ten natychmiast wystartował i przewiózł sześciu Brytyjczyków i sierraleońskiego oficera na pokład HMS „Sir Percivale” zakotwiczonego w pobliżu Freetown, gdzie czekał na nich personel  medyczny z 16. RAMC - Royal Army Medical Corps  .
Czyszczenie obu wiosek z niedobitków West Side Boys trwało około godziny. Rannych zostało dwunastu Brytyjczyków. Najciężej ranny żołnierz SAS, Brian Tinnion zmarł po przewiezieniu do szpitala.
Na koniec żołnierze otrzymali niespodziewany bonus – spod zwału trupów w Geberi Bana wyciągnęli żywego przywódcę bandytów Fodaya Kallaya. Został przekazany rządowi Sierra Leone i obecnie odsiaduje wyrok 50 lat więzienia. Jeżeli jeszcze żyje…
Operacja „Barras”, nazwana przez uczestniczących w niej żołnierzy operacją „Pewna Śmierć” była największą pod względem zaangażowanych środków operacją uwolnienia zakładników w powojennej historii Wielkiej Brytanii.

Decyzyjnym rezultatem operacji było natomiast utworzenie kilka lat później jednostek zabezpieczających operacje specjalne  - SFSG (Special Forces Support Group).

niedziela, 19 stycznia 2020

Bo my, psy, musimy trzymać się razem

„Psy” – te z 1992 roku, to film bez wątpienia kultowy. Powiedzenia z filmu na stałe weszły do języka potocznego, sceny z bohaterami do dzisiaj goszczą w popkulturze, a kadry z filmu w memach, czy komentarzach. Film, mimo że obejrzany wielokrotnie, nadal puszczany był jako tło męskich wieczorów przy kieliszku. Coś w tle musiało grać, coś, co nie było Shazzą i Boysami z jednej strony, a Illusionem i Pearl Jamem z drugiej… „Psy” do flaszki zawsze były idealne.
Po „Psach” przyszła „Ostatnia krew”, która już była bardziej gangsterska, bardziej skomplikowana, zamotana, było w niej więcej wpadek realizatorskich i mniej klimatu… ale nadal robiła robotę. Zwłaszcza Wolf, Jugosławia i siła nabywcza skrzynki Johnny Walkera…
Czy w porównaniu z tymi dwoma filmami „Psy 3 – W imię zasad” zostanie filmem kultowym? Czy będą go sobie faceci puszczać „do wódki” i cytować teksty? Nie. Zdecydowanie nie. Tutaj kultowości nie ma… co jest? Dobrze zrobione kino gangsterskie, kino akcji, świetna realizacja (chociaż wprawne oczy wychwycą wtopy, gdy broń służbowa jednego z policjantów w jednej chwili jest Waltherem P99, aby za chwile stać się Glockiem). Niemniej warsztat ekipy realizatorskiej widać…jak jest rozpierducha to ją czuć.
W filmie rządzi i urzeka gra aktorska. Kreacje zarówno "tych starych", Lindy, Pazury, Frycza (jest wręcz genialny) czy Baki, jak i młodych aktorów to naprawdę mistrzostwo. Nawet Fabijański, którego nie trawie, bo uważam go za nowego Karolaka („jest wszędzie”!) robi świetną robotę. Debiutanci, jak Dominika Walo (zagrać rolę kobiecą u Pasikowskiego i nie zostać przegapionym to już z definicji wyzwanie), Aleksandra Linda (tak, córka Bogusia), czy Jan Napieralski (grający syna „Nowego”) też dają się zauważyć i zapamiętać!
Oprócz tego mnóstwo nawiązań do poprzednich części – chociaż, paradoksalnie, bez przesytu. Nastrój nostalgii, smutku. To w końcu film o starych ludziach, których nikt już nie pamięta, których nikt już nie chce, a którzy jednak wciąż mają coś do powiedzenia i rachunki do wyrównania… i którzy są o tyle groźni, że nie mają już nic do stracenia…
Jeżeli ktoś spodziewał się poziomu pierwszych Psów, to się zawiedzie… to historia z innych czasów opowiedziana w innych realiach. Świetna, ale w inny sposób.
Co jest słabą stroną filmu? Scenariusz. Historia zbyt płytka, zbyt przewidywalna, mająca sporo dziur i nielogiczności… nadrabiająca co prawda elementami będącymi przejawem stylu Pasikowskiego… ale jednak…mogło tu być lepiej, z większym smakiem, wyrafinowaniem i intrygą… Jest za łopatologicznie, za dziurawo i sztampowo… niemniej ogląda się fajnie…
Początkowo chciałem też napisać, że Pasikowski zbyt wielkimi garściami czerpie z Vegi (na szczęście z jego świetnego okresu dwóch pierwszych Pitbulli), wplatając do historii prawdziwe wydarzenia z pierwszych stron gazet, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że to Pasikowski był w tym trendzie pierwszy wplatając w Psach chociażby strzelaninę w Motelu George.
Reasumując… powstały "Psy"na miarę naszych czasów… Spełniające wymogi współczesnego widza historią prostą, żeby się nie pogubił, efektami wizualnymi, które robią wrażenie, hukiem, wybuchami i seriami z pekaśki, a ci źli na końcu giną…
Świat pierwszej części "Psów" był inny, bardziej wielowymiarowy i cholernie bardziej niejednoznaczny. Ale i pozafilmowa rzeczywistość była wówczas inna.
Niemniej… jak spojrzeć na Psy 3 jako na obraz tego, jak postawy bohaterów z pierwszej części potraktowały czas i życie, co zrobiły z idealisty Morawca, z ubeka Franza, czy też z odcinającego głowy wrogom najemnika, Wolfa - to ten film jest doskonałym zamknięciem tej historii…

niedziela, 24 listopada 2019

Long Range Desert Group



 Long Range Desert Group ( LRDG – pustynny zwiad dalekiego zasięgu) - pierwotnie zwany Long Range Patrol (LRP), to jednostka powstała w Egipcie w czerwcu 1940 utworzona z pomysłu majora Ralpha A. Bagnolda, za zgodą i na rozkaz generała Archibalda Wavella. 

 

Ich podstawowym zadaniem był daleki zwiad, rekonesans oraz działania dywersyjne poza liniami wroga w Afryce Północnej. Na początku większość żołnierzy LRDG pochodziła z Nowej Zelandii, ale wkrótce dołączyli do nich Rodezyjczycy oraz ochotnicy z Wielkiej Brytanii, oraz innych zakątków Imperium. LRDG nigdy nie liczyła więcej niż 350 ludzi, z których wszyscy byli ochotnikami. 

Ponieważ  żołnierze LRDG byli ekspertami w pustynnej nawigacji byli często wykorzystywani jako przewodnicy przy działaniach Special Air Service (SAS), czy też do przemycania agentów wywiadu za linie wroga. Intensywność wykorzystania LRDG była tak duża, że od grudnia 1940 do kwietnia 1943 roku jednostka ta miała jedynie 15 dni wolnego. 

Za ich największy samodzielny sukces  uważa się operacje Caravan – atak na lotnisko oraz włoskie koszary w mieści Barka. Co prawda Caravan miała być jedynie częścią operacji „Agreement”, czyli skoordynowanego ataku na Benghazi (operacja Bigamy), oazę Jalo (operacja Nicety) oraz Barkę (operacja Caravan), ale jako jedyna osiągnęła sukces.

Jednostki szwadronu B ( w sile dwóch półpatroli – łącznie G1 i T1 liczyły 47 ludzi na 12 ciężarówkach Chevrolet i w 5 Jeepach), pod dowództwem majora Johna Richarda Easonsmitha, opuściły egipskie miasto Fajum i po przejechaniu 1,155 mil (1,859 km) dotarły do jednego z głównych miast włoskiej administracji kolonialnej w Afryce, Barki. Atak LRDG zniszczył na lotnisku 32 samoloty (wg Włochów 16 zniszczonych i 7 uszkodzonych) oraz koszary.

Najważniejszą jednak operacją przeprowadzona przez LRDG było „Road Watch”, czyli bieżący monitoring ruchu na drodze z Trypolisu do Benghazi przekazywany do  centrali wywiadu brytyjskiego.

Po zwycięstwie w Afryce Północnej, LRDG zostały skierowane do działań na Bałkanach i na wsypach greckich, gdy jednak po zakończeniu działań w Europie dowództwo LRDG wystąpiło z prośba o skierowanie ich w rejon Pacyfiku, do walk z Japończykami, prośba została odrzucona. Ostatecznie Long Range Desert Groups zostały rozwiązane w sierpniu 1945 roku…

 

wtorek, 29 października 2019

Operacja "Kayla Mueller"


W Waszyngtonie była 17:00 w sobotę, a w bazie Irbil w Kurdyjskim Okręgu Autonomicznym na terenie Iraku dochodziła północ i zaczynała się niedziela 27 października, gdy na pokłady 8 śmigłowców MH-60 Blackhawk oraz MH-47 Chinook wsiadło 70 ludzi i pies. Mieli przed sobą ponad 720 km lotu nad terenami kontrolowanymi przez Irak, Syrią, Turcję oraz Rosję.

Ludźmi tymi byli operatorzy szwadronu A CAG (Combat Applications Group) – znanego szerzej jako 1st SFOD – D, Delta Force albo The Unit.

Szwadron A Delty to oddział, który ma na koncie m.in. pościg za bin Ladenem w Tora Bora, dorwanie synów Husajna, czy też uwolnienie naszego Jerzego Kosa Iraku. To w szwadronie A służyli Larry Vickers, Thomas Greer, aka 'Dalton Fury”, czy też John "Shrek" McPhee, zwany Szeryfem Bagdadu.

Teraz operatorom Delty towarzyszyli, jako osłona i QRF rangersi z 75th Ranger Regiment, a za sterami śmigieł siedzieli Nightstalkers z 160th Special Operations Aviation Regiment. Pies natomiast podobno wabił się Conan.

Tak rozpoczęła się operacja „Kayla Mueller” – kryptonim nadany ku pamięci Amerykanki, która została porwana i zamordowana przez terrorystów z ISIS, a której celem było Kill lor Capture lidera ISIS, Abu Bakr al-Baghdadiego.

Dystans, jaki musiał pokonać zespół, lecąc nad wrogim w sumie terytorium (aczkolwiek Rosjanie zostali o przelocie oddziału uprzedzeni), był większy niż ten, który pokonali komandosi DEVGRU podczas operacji „Neptun Spear”, która zakończyła się zabiciem UBLa. Piloci 160th SOAR (A) pobili kolejny rekord.

  Ponieważ zasięg operacyjny śmigłowca MH-47 Chinook to ok 400mil (640 km), a MH-60 to prawie 700km, do wsparcia operacji wysłano dwa tankowce MC-130J Commando II. Pomimo zapewnień Prezydenta D. Trumpa, że śmigłowce po wykonaniu zadania wróciły tą samą droga do Iraku nie jest pewne czy nie odleciały ku bliższemu lądowisku jak, chociażby baza RAF w Akrotiri na Cyprze.

Podczas trwającego ok. 70 minut lotu na niskiej wysokości, nad nieznanym terytorium, śmigłowcom parasol powietrzny zapewniały myśliwce F-15E Strike Eagle. Mimo to maszyny kilkukrotnie zostały ostrzelane z ziemi.

Po przybyciu na miejsce, do akcji najpierw wkroczyły MH-60M Black Hawk w konfiguracji DAP (Direct Air Penetrator) z podwieszonymi na pylonach działkami M-230 (tymi samymi, które montowane są na śmigłowcach Apache). Od ognia ze śmigłowców poniosło śmierć 9 terrorystów, a ich efekt widać na zdjęciu.

Po oczyszczeniu terenu pozostałe maszyny wysadziły grupę szturmową. Otoczony i wezwany do poddania się Abu Bakr al-Baghdadi milczał, aczkolwiek kilkoro dorosłych i 11 dzieci na wezwanie Amerykanów opuściło obiekt. Komandosi przystąpili do szturmu, w wyniku którego zginęło dalszych 5 członków ISIS, a wystraszony i zdesperowany Abu Bakr al-Baghdadi uciekł w głąb wykopanego tunelu i tam się wraz z trójka dzieci wysadził.

W operacji nie zginał żaden z żołnierzy JSOC, niestety pies Conan został ranny (podobno stracił łapę). Grupa szturmowa jeszcze przez kilka godzin przeszukiwała pomieszczenia, wzięto także dwóch jeńców. Po ich ewakuacji pozostałości zrównały z ziemią myśliwce bombardujące F-15E Strike Eagle.

 


 

poniedziałek, 5 listopada 2018

Burzowe wrota

Jedno z ostatnich zdjęć żołnierzy 6. kompanii 2. batalionu 104. pułku

Podczas tzw. 2. Wojny Czeczeńskiej rozpoczętej w sierpniu 1999 r. rajdem przywódcy rebeliantów czeczeńskich Szamila Basajewa na rosyjski Dagestan doszło do pamiętnego wydarzenia.
29 lutego 2000 roku, Rosjanie zwyciężyli w bitwie o Szatoj. Jednak dwóm sporym kolumnom bojowników czeczeńskich udało się przebić z okrążenia. Jedna, pod dowództwem Gełajewa przedzierała się w kierunku północno-zachodnim na wieś Komsomolskoje. Druga, pod dowództwem Saudyjczyka Chattaba (byli w niej Idris, Abu Walid, Szamil Basajew) w liczbie około 2500 (dane rosyjskie, raczej przesadzone) obrała kierunek północno-wschodni przez Ułus-Kert. Na ich drodze rosyjskie dowództwo ustawiło 2. batalion 104. pułku desantowego-spadochronowego 76. Dywizji Powietrznodesantowej z Pskowa z zadaniem: nie przepuścić separatystów! Dowódca 104. pułku płk Melentiew rozkazał dowódcy 6-tej kompanii mjr. Mołodowowi zająć wzgórze Isty-Kord. Kompania zajęła wzgórze 776, a na Isty-Kord wysłała 12-osobowe rozpoznanie.
Następnego dnia około 12.30 zostało ono zaatakowane przez Czeczenów i odrzucone na wzgórze 776. W stoczonej we mgle potyczce zginął dowódca kompanii, 35-letni Siergiej Mołodow, a dwóch zwiadowców zostało rannych. Dowództwo kompanii objął kapitan Roman Sokołow, jednak głównym dowódcą obrony był 36-letni dowódca 2. batalionu - podpułkownik Jewtiuchin. Rozkazał on spadochroniarzom okopać się na wzgórzu 776 i stamtąd odpierał ataki Czeczenów oraz arabskich mudżahedinów.
Na wsparcie z powietrza nie można było liczyć z powodu gęstej mgły. Do wieczora 29 lutego kompania miała 33 zabitych ( z 90 ludzi początkowego stanu). Po trzech nieudanych atakach Czeczeni zaczęli przegrupowanie i ściągnęli posiłki z innych rejonów (nie tylko o wzgórze 776 tego dnia toczyły się walki). Chattab wydał rozkaz atakowania wzgórza do skutku. Szturmy następowały co godzina, co pół. Coraz mniej żołnierzy było w stanie je odpierać. Na pomoc obleganym pośpieszyły inne kompanie batalionu, jednak wpadły w zasadzkę i nie mogły dotrzeć do celu. Jedynie około godziny 3-ej w nocy 15 żołnierzy z 4-ej kompanii na czele z dowódca kompanii Aleksandrem Dostałowem udało się (zresztą wbrew rozkazom dowództwa) przebić do obrońców. Cała piętnastka tej nocy poległa.
Około 6 rano wzgórze wobec braku „siły żywej przeciwnika” zaczęli opanowywać mudżahedini. Wobec tego 28-letni kapitan Wiktor Romanow po śmierci dowódcy pułkownika Jewtiuchina przez radio skierował ogień artylerii na siebie. Ostanie jego słowa to " lewo piędziesiąt, żegnajcie "mużyki" ".

Z 90 desantników, do rana dożyło 6, w tym 4 ciężko rannych. Zakrwawionych i ogłuszonych Czeczeni nie zauważyli i nie dobili. Dwóch z ocalałej szóstki nie miało nawet zadraśnięcia. Roman Chistołubow (po raz pierwszy brał udział w walce) i Aleksiej Komarow. Bardzo ciekawe są ich wspomnienia. Walka trwała nieomal non stop przez około 24 h. Od pierwszego szturmu aż do przejścia sił Chattaba przez opanowane wzgórze na tereny niekontrolowane przez wojska Federacji. Pod koniec walczono (ponoć) saperkami jak skończyła się amunicja. Jewtiuchin poprosił o posiłki zbyt późno. Najbliższy pułk stał 5 km od ich pozycji jednak taka odległość w górach to kilka kilkanaście godzin.

Według radiowych komunikatów czeczeńskich stracili oni około 350 ludzi.

W Rosji, pomimo porażki 6 Kompanii, która przecież nie obroniła wzgórza 776, zagłada prawie wszystkich jej żołnierzy nabrała cech heroicznego mitu. Jej żołnierze stali się w Rosji wojenną legendą.
W Pskowie ufundowano pomnik upamiętniający 6 kompanię 2. Batalionu 104. pułku. Żołnierze tej jednostki zostali pośmiertnie wyróżnieni najwyższymi rosyjskimi odznaczeniami wojskowymi. Aż 22 z nich otrzymało Order Bohatera Federacji Rosyjskiej. Dla porównania podczas trwającej 10 lat interwencji radzieckiej w Afganistanie poprzedzający go Order Bohatera Związku Radzieckiego dostało tylko 65 wojskowych.

W 2006 roku powstał 4-odcinkowy mini-serial telewizyjny opowiadający o walkach 6. kompanii na wzgórzu 776

Jako ciekawostkę natomias należy dodać, że motyw wezwania artylerii na własne pozycje przypomina czyn polskiego chorążego Kunysza z 9. pułku 3. DP WP - 19.IX.1944r. W domu przy ul. Idźkowskiego 4 na warszawskim Czerniakowie, wobec okrążenia i beznadziejności położenia przywołał na siebie ogień artylerii zza Wisły ginąc sam, ale i zabijając pewną liczbę Niemców.


sobota, 27 października 2018

Ostatnia szarża...

Jednym z mało dziś znanych w świecie wydarzeń I wojny światowej była bitwa, która rozegrała się 31 października 1917 roku w Beer Szewa (miasto leżące dziś na terytorium Izraela). Ta niewielka wówczas miejscowość była ważnym lokalnym ośrodkiem administracyjnym. Tam też mieścił się garnizon armii tureckiej oraz duża grupa oficerów niemieckich, na czele z dowodzącym generałem Friedrichem Freiherr Kress von Kressenstein. Egipskie Siły Ekspedycyjne (czyli po prostu Brytyjczycy) wcześniej kilkakrotnie bezskutecznie próbowały przełamać turecką obronę w Gazie i zdobyć miasto. Turecka obrona, wspierana przez Niemców, była jednak bardzo silna, ataki 60 Londyńskiej Dywizji były skutecznie odpierane za pomocą dział, niewiele pomogło wsparcie 74 Dywizji. Turcy i Niemcy byli przekonani o swojej militarnej dominacji w tym rejonie, a zdobycie miasta uważali za po prostu niemożliwe. Jednakże Brytyjczycy nie rezygnowali. Niestety wszystkie ich oddziały zajęte były walkami o obiekty w dalszej okolicy, przy Beer Szewa pozostały tylko dwie jednostki australijskie w liczbie zaledwie 800 żołnierzy z 4 i 12 Regimentu Australijskiego 4 lekkiej Brygady Kawalerii pod dowództwem generała Allenby. Problem polegał na tym, że konie potrzebowały ogromnych ilości paszy i wody, których w pobliskich oazach po prostu nie było. Atak musiał się więc odbyć szybko, każdy dzień zwłoki mógłby spowodować śmierć wielu zwierząt.
Mimo pośpiechu atak był dość szczegółowo przygotowany: miał odbyć się z zaskoczenia, późnym popołudniem. Żołnierze otrzymali instrukcję, gdzie sugerowano atak bagnetami jako bronią tylko do kłucia. Bagnety nie miały być osadzone na karabinach, lecz trzymane w ręku, dzięki czemu możliwe było używanie obu rąk do trzymania wodzy i lepsze było panowanie nad końmi. Zbrojmistrze otrzymali rozkaz naostrzenia wszystkich bagnetów. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że walka i zdobycie miasta da wojsku zapasy żywności i wody, niezbędne do przeżycia.
Bitwa zaczęła się od przygotowania artyleryjskiego i zdobycia siłami piechoty jednego ze wzgórz, z którego Turcy mogliby ogniem zatrzymać szarżę. Sama szarża odbyła się na dystansie prawie 4 kilometrów, przy czym kawalerzyści kilkakrotnie znaleźli się w ogniu karabinów, dział i ciężkich karabinów maszynowych. Dzięki galopowi straty były jednak nie tak wielkie, niż gdyby atak odbywać się miał innymi metodami. Turcy zresztą się tego spodziewali, oczekując, że zbliżające się wojsko zsiądzie z koni i zacznie walczyć pieszo. Tak się jednak nie stało. Morale Turków zostało złamane widokiem błyskawicznego, frontalnego konnego ataku wprost na ich pozycje, widziane były wśród nich objawy paniki i niezdyscyplinowania. Po przeskoczeniu zasieków i trzymetrowej głębokości okopów kawalerzyści zaatakowali namioty przeciwnika, rozpoczęły się pojedyncze walki wręcz. Miasto zostało zdobyte, przy czym Turkom nie udało się w odwrocie zniszczyć wszystkich studni.
Była to, jak dziś się nazywa, ostatnia uwieńczona sukcesem konna szarża w wojennej historii Wielkiej Brytanii. Szarża desperacka, pod względem bohaterstwa podobna do tej pod Samosierrą: żołnierze dosiadali swych koni uzbrojeni wyłącznie w bagnety, przeciw sobie mając 4000 Turków uzbrojonych nie tylko w karabiny, ale i artylerię. Dotarcie na miejsce i szarża była rajdem przez przez łącznie 4 kilometry rozpalonego piasku. Był to rajd na koniach, które będąc na pustyni od ponad dwóch dni pozostawały bez wody...
Dziś wprawdzie na obrzeżach miasta istnieje nadal cmentarz z grobami ponad 31 brytyjskich i australijskich kawalerzystów, którzy padli w tej bitwie, ale tak naprawdę mało kto pamiętał o tym wydarzeniu, nawet w Australii i Izraelu. Tymczasem ten zwycięski atak miał ogromne znaczenie strategiczne - otworzył Brytyjczykom drogę do Jeruzalem i Damaszku, pozwolił im zająć i utrzymać pod kontrolą przez kolejne lata tereny dzisiejszego Izraela i stał się początkiem końca Imperium Otomańskiego. Po I wojnie światowej Liga Narodów zgodziła się na stworzenie Mandatu Palestyny pod brytyjskim protektoratem, a w roku 1948, po podziale Palestyny, państwo Izrael mogło proklamować niepodległość. Gdyby więc nie ta szarża, to być może te tereny pozostałyby do dziś pod władaniem Turków, a założenie Izraela byłoby niemożliwe. Dlatego też w 2008 roku prezydent Izraela Szimon Peres dokonał odsłonięcia pomnika dłuta Petera Corlett, przedstawiającego australijskiego kawalerzystę w szarży.


poniedziałek, 9 lipca 2018

MIlion zza oceanu

Gdy wiosną 1944 roku, polski działacz emigracyjny Mieczysław Haiman wysłał do 796 polskich parafii w USA ankiety z pytaniem o liczbę wiernych, osób zmobilizowanych i tych, którzy polegli na służbie, odpowiedziało mu 538 parafii. Dało to niezmiernie rzadką na tle innych grup etnicznych możliwość oszacowania skali mobilizacji. Ankieta Haimana pokazała, że ponad milion żołnierzy w armii USA był polskiego pochodzenia.
Jak na tak ogromna liczbę Polaków, z których sporo było emigrantami w pierwszym albo drugim pokoleniu, młodymi ludźmi wciąż myślącymi i mówiącymi po polsku, walczących na frontach II wojny światowej w amerykańskich mundurach to temat ten dotychczas jakby w polskiej świadomości historycznej nie istniał. Odnieść można również wrażenie, że temat ten nie istniał także w świadomości Polonii amerykańskiej.
W piątek 6 lipca gdańskie Muzeum II Wojny Światowej z inicjatywy oraz przy ogromnej współpracy Stowarzyszenia Historycznego Wielka Czerwona Jedynka zaprosiło zwiedzających na otwarcie szczególnej wystawy. Ekspozycja nosząca nazwę: „Milion zza oceanu” poświęcona jest amerykańskim żołnierzom o polsko brzmiących nazwiskach, którzy, walczyli, zwyciężali, odznaczali się bohaterskimi czynami i ginęli podczas bitew i kampanii II wojny.
W słoneczne piątkowe popołudnie pod muzeum zaparkowały amerykańskie drugowojenne pojazdy wojskowe, a wchodzących do gmachu gdańszczan witał punkt rekrutacyjny US Army. 
Samą wystawę, którą można będzie zwiedzać do 31 października 2018 roku otworzył dyrektor Muzeum dr Karol Nawrocki. Odczytano również list Wiceministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Jarosława Sellina.
Co ciekawe to piątkowe otwarcie wystawy Milion zza oceanu należałoby nazwać raczej polska premierą, gdyż 6 miesięcy temu ekspozycja ta miała swój debiut właśnie zza oceanem, w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku. Tam również otwierał ja dyrektor Muzeum II Wojny, Karol Nawrocki. Ekspozycja podróżowała następnie po Stanach odwiedzając bliskie polskiej społeczności w USA miejsca, miasta odraz nekropolie, m.in. w rodzinnym mieście asa myśliwskiego z II wojny oraz wojny koreańskiej, pułkownika Francisa „Gabby” Gabreskiego. 
Zainteresowanie, jaki wzbudziła sprawiło, że istnieją już plany otworzenia podobnej wystawy o Amerykanach polskiego pochodzenia, jako części ekspozycji w amerykańskim Muzeum Narodowym II Wojny Światowej w Nowym Orleanie.
Na zwiedzających po raz pierwszy wystawę oczekiwała diorama prezentowana przez rekonstruktorów, a przedstawiająca, niemal wyjętą z Szeregowca Ryana scenę z życia okopowego. Po tym żywym wprowadzeniu w epokę następowała podróż przez życiorysy, historie, epizody ciekawostki, niezwykłe biografie zwyczajnych ludzi oraz oczywiście eksponaty, z których jednym był oryginalny mundur RAF Witolda Urbanowicza.
Dzięki zaangażowaniu pomysłodawców i współtwórców wystawy, Piotra Langenfelda oraz Michała Kowalskiego ze Stowarzyszenia Wielka Czerwona Jedynka, a także przy niewątpliwej pomocy
i współpracy Muzeum II Wojny Światowej udało się nie tylko dotrzeć do instytucji zagranicznych, muzeów, fundacji oraz przede wszystkim rodzin weteranów, co pozwoliło na zaprezentowanie naprawdę ciekawych i nieznanych bliżej biogramów. O ile bowiem, o Witoldzie Urbanowiczu słyszeli chyba wszyscy, o żołnierzu 3 Armii generał Pattona, Leonie Niemczyku również, to już mało kto zna takie nazwiska jak Teodor Dobol, Philip Streczyk czy też wspomniany wcześniej, „Gabby” Gabreski. Mało kto wie, że najbardziej odznaczonym amerykańskim żołnierzem Ii wojny był Polak i że to polska stopa, chociaż w amerykańskim bucie, pierwsza od czasów rzymskich przekroczyła w walce rzekę Ren. 
Nieobecny niestety podczas uroczystości otwarcia wystawy jej główny pomysłodawca, Piotr Langenfeld podczas rozmowy telefonicznej powiedział: „Wystawa jest w dużej mierze wynikiem poszukiwań naszego stowarzyszenia, które za jeden z celów statutowych stawia sobie zbieranie informacji, biogramów o Amerykanach polskiego pochodzenia,
a także Polakach służących w siłach zbrojnych USA, tak w czasie 2 wojny światowej jak i po jej zakończeniu. Udział i zaangażowanie Polonii w siłach zbrojnych USA, a także jego skala oraz następstwa dla społeczności polskiej w USA po wojnie, nie były dotychczas ani szeroko omawiane, ani przedstawiane. Tymczasem, jak inne mniejszości narodowościowe i Polacy wnieśli swój wkład w amerykański wysiłek wojenny. Ba, wielu z nich zapisało się w historii, oraz w dziejach swoich jednostek, jak chociażby bohaterowie słynnej 1 Dywizji Piechoty, Big Red One, Teodor Dobol czy Philip Streczyk. Inni, już jako wysocy rangą oficerowie lobbowali za przyjęciem Polski do NATO. Niektóre biogramy to opowieści niesamowite, niewiarygodne i wręcz idealnie nadające się na film wojenny.” 
Może po świetnych „Szyfrach wojny” poświęconych udziałowi Indian Nawaho w walkach na Pacyfiku oraz równie znanej „Czarnej eskadrze” o afroamerykańskich pilotach myśliwskich, powstanie kiedyś film o Polakach z US Army. Sama wystawa natomiast, zaintryguje, zaciekawi i zainspiruje pasjonatów w historii do zgłębiania tego tematu nie tylko na poziomie historiograficznym i naukowym. A jest co zgłębiać – ich było ponad milion.