środa, 29 kwietnia 2020
Okularnik z DELTA FORCE
Do Delty powrócił w 1986 roku i został w niej do 1992 roku zaliczając miedzy innymi Operacje Pustynna Tarcza oraz Pustynna Burza. Lata 1992-1996 spędził w JSOC – Joint Special Operations Command zajmując się tam planowaniem
poniedziałek, 27 kwietnia 2020
Operacja" Pewna śmierć"
Na początku tego stulecia Sierra
Leone było miejscem jakby żywcem wziętym z sennego koszmaru. Dziesięcioletnia wojna domowa zamieniła tę niegdyś bogatą brytyjską kolonię w krainę głodu,
rozpaczy, bandytyzmu i odrąbanych kończyn. W rękach rządu znajdowała się tylko
stolica Freetown. W dżungli poza miastem rządziły grupy rebeliantów.
Jedna z
nich nosiła nazwę West Side Boys.
W 1999 roku Rada Bezpieczeństwa ONZ
postanowiła wysłać do Sierra Leone kontyngent wojskowy, którego trzon, z racji, iż była to kiedyś brytyjska kolonia stanowili Brytyjczycy. Po zabezpieczeniu Freetown
oraz portu lotniczego Lungi
i ewakuacji obcokrajowców, kontyngent skupił się na szkoleniu i odtwarzaniu
potencjału obronnego armii rządowej. Początkowo było to 6 tysięcy żołnierzy,
potem liczba wzrosła do 13 tysięcy.
Dnia 25 sierpnia 2000 roku
12-osobowy brytyjski patrol Royal Irish Regiment pod dowództwem majora Alana
Marshalla wpadł w zasadzkę przygotowaną przez West Side Boys. Trzy Land Rovery
WMIK (Weapon Mounted Insatallation Kit)
z Brytyjczykami i towarzyszącym im sierraleońskim oficerem łącznikowym zostały
otoczone przez kilkudziesięciu uzbrojonych po zęby bandytów. Major Marshall
kazał swoim ludziom odłożyć broń. Bandyci poprowadzili ich przez dżunglę do
swojej siedziby – wioski Geberi Bana.
Wiadomość o porwaniu żołnierzy
szybko dotarła do Freetown, a stamtąd do Londynu. Powołany przez premiera
Blaira sztab kryzysowy natychmiast zdecydował o wysłaniu do Sierra Leone
kontyngentu sił specjalnych. W jego skład wchodziło 72 komandosów SAS (Szwadron
D) i SBS oraz 90 żołnierzy z elitarnego 1. Pułku Spadochronowego.
Kiedy Brytyjczycy wylądowali w
Freetown natychmiast przewieziono ich do jednej z baz poza miastem. Chodziło o
to, by wiadomość o ich przybyciu nie dotarła do West Side Boys.
W tym samym czasie zakładnicy
przechodzili piekło na ziemi. Byli non stop bici i torturowani, poddawani
pozorowanym egzekucjom, pozbawiani snu i jedzenia. Najgorzej traktowany był
sierraleoński porucznik Musa Bangura, którego bandyci uznali za zdrajcę.
Trzymali go w dole kloacznym, z którego co jakiś czas był wyciągany i bity do
nieprzytomności.
Po czterech dniach od porwania
dowódca Royal Irish Regiment pułkownik Simon Fordham rozpoczął negocjacje z
bandytami. Przywódca bandy – 24-letni Foday Kallay- tytułujący się stopniem „brygadiera” zgodził się zwolnić pięciu
zakładników w zamian za telefon satelitarny i trochę żywności. Przekazany
telefon pozwolił później dokładnie namierzyć miejsce przebywania terrorystów.
Niemniej człowiek podający się za rzecznika West Side Boys – niejaki „Pułkownik Kambodża” wydzwaniał potem z niego do BBC składając różnorakie
żądania. Pułkownik Fordham zażądał również spotkania z zakładnikami, by upewnić się, że
żyją. Kiedy podał rękę jednemu z nich (był to kapitan Flaherty z łączności),
żołnierz ukradkiem przekazał mu zwitek papieru. Była to dokładna mapa obozu z
zaznaczonym miejscem przetrzymywania zakładników. Pułkownik Fordham po powrocie
do Freetown natychmiast przekazał ją dowódcy komandosów.
Obóz rebeliantów składał się z
dwóch części przedzielonych błotnistą i śmierdzącą rzeką o nazwie Rokel Creek.
Właściwie były to dwie wioski o nazwach Magbeni i Geberi Bana. Zakładnicy byli
przetrzymywani w Geberi Bana pełniącej funkcję kwatery głównej bandytów,
podczas gdy Magbeni służyła im za koszary – tam pobudowali baraki, w których
nocowali
Wkrótce dwa zespoły SBS na
pontonach ruszyły rzeką Rokel i po dwóch
dniach dotarł do Magbeni. Zamaskowani zwiadowcy rozlokowali się w tropikalnym
lesie dosłownie kilkanaście metrów od chat bandytów. Stamtąd na bieżąco
informowali dowództwo o każdym ruchu West Side Boys..
Zakładnicy byli traktowani coraz
gorzej. Istniało spore prawdopodobieństwo, że psychopaci wkrótce porąbią ich
maczetami na kawałki.
Komandosi i spadochroniarze mając
do dyspozycji dokładną mapę zbudowali w bazie wierne kopie wiosek Magbeni i
Geberi Bana, gdzie bezustannie ćwiczyli wszystkie możliwe scenariusze ataku.
Dużym problemem było opracowanie
sposobu dotarcia do nich. Do wiosek prowadziły wprawdzie dwie drogi, ale obie
najeżone były posterunkami bandytów. Ryzyko dekonspiracji było zbyt duże.
Kilkudziesięciokilometrowy marsz przez dżunglę również odpadał. Rozważano opcję
dotarcia do celu za pomocą pontonów – okazało się jednak, że poziom wody w Rokel
Creek o tej porze roku jest zbyt niski. Pozostał więc atak z powietrza.
Desant ze śmigłowców niósł ze sobą
duże ryzyko. Zaalarmowani hukiem wirników bandyci mogli przecież w mgnieniu oka
zastrzelić zakładników. Ponadto w ich arsenale były także granatniki, którymi
mogli zestrzelić śmigłowce. Mimo to zdecydowano się podjąć ryzyko – zastosować taktykę
shock and awe.
Gdy tylko Premier Tony Blair dał
zielone światło do siłowego rozwiązania kryzysu, o godzinie 6:16 rano 10
września 2000 roku z lotniska w Freetown poderwało się siedem śmigłowców:
Trzy Chinooki HC2 z RAF Special Forces 7 Squadron - na pokładzie dwóch z nich byli komandosi
SAS/SBS, trzeci wiózł wsparcie z 1 Paras (1 batalionu 1. Pułku Spadochronowego);
trzy maszyny szturmowe Lynx Mk7 z 657. Squadron AAC uzbrojone m.in. w karabiny
M134 minugun oraz należący do „sił lokalnych” Mi-24-Hind pilotowany przez
południowoafrykańskiego najemnika Nealla Ellisa.
Dwa Chinooki zawisły nad Geberi
Bana na wysokości kilkunastu metrów,
a komandosi SAS i SBS zjechali na ziemię na linach. Jednocześnie z dżungli
wypadli zwiadowcy SBS i otoczyli chatę z zakładnikami.
W tym samym czasie trzeci Chinook
ze spadochroniarzami wylądował na polanie kilkaset metrów za wioską Magbeni na
drugim brzegu rzeki. Trzy śmigłowce Lynx oraz Mi-24 bezpardonowo otworzyły
ogień do baraków, w których spali West Side Boys.
W Geberi Bana rozpętało się piekło.
Przebudzeni bandyci wybiegali z chat z kałasznikowami w rękach prosto pod kule
komandosów. Ci nawet nie celowali. To nie była walka – to była masakra. Żaden z
bandytów nie prosił o litość i nikt im litości nie okazywał. Komandosi
strzelali niemalże z przyłożenia. W kilku miejscach doszło do walki wręcz.
Na drugim brzegu rzeki śmigłowce
szturmowe systematycznie równały z ziemią baraki bandytów. Kiedy skończyły, do
Magbeni wkroczyli spadochroniarze, by dokończyć robotę.
Już w pierwszych minutach walki
zakładnicy zostali wyciągnięci z chaty i przeniesieni na pokład jednego ze
śmigłowców. Ten natychmiast wystartował i przewiózł sześciu Brytyjczyków i
sierraleońskiego oficera na pokład HMS „Sir Percivale” zakotwiczonego w pobliżu
Freetown, gdzie czekał na nich personel medyczny z 16. RAMC - Royal Army Medical Corps
.
Czyszczenie obu wiosek z niedobitków
West Side Boys trwało około godziny. Rannych zostało dwunastu Brytyjczyków.
Najciężej ranny żołnierz SAS, Brian Tinnion zmarł po przewiezieniu do szpitala.
Na koniec żołnierze otrzymali
niespodziewany bonus – spod zwału trupów w Geberi Bana wyciągnęli żywego
przywódcę bandytów Fodaya Kallaya. Został przekazany rządowi Sierra Leone i
obecnie odsiaduje wyrok 50 lat więzienia. Jeżeli jeszcze żyje…
Operacja „Barras”, nazwana przez
uczestniczących w niej żołnierzy operacją „Pewna Śmierć” była największą pod
względem zaangażowanych środków operacją uwolnienia zakładników w powojennej
historii Wielkiej Brytanii.
Decyzyjnym rezultatem operacji było
natomiast utworzenie kilka lat później jednostek zabezpieczających operacje
specjalne - SFSG (Special Forces Support
Group).
Na początku tego stulecia Sierra
Leone było miejscem jakby żywcem wziętym z sennego koszmaru. Dziesięcioletnia wojna domowa zamieniła tę niegdyś bogatą brytyjską kolonię w krainę głodu,
rozpaczy, bandytyzmu i odrąbanych kończyn. W rękach rządu znajdowała się tylko
stolica Freetown. W dżungli poza miastem rządziły grupy rebeliantów. a komandosi SAS i SBS zjechali na ziemię na linach. Jednocześnie z dżungli wypadli zwiadowcy SBS i otoczyli chatę z zakładnikami.
niedziela, 19 stycznia 2020
Bo my, psy, musimy trzymać się razem
„Psy” – te z 1992 roku, to film bez wątpienia kultowy. Powiedzenia z
filmu na stałe weszły do języka potocznego, sceny z bohaterami do
dzisiaj goszczą w popkulturze, a kadry z filmu w memach, czy
komentarzach. Film, mimo że obejrzany wielokrotnie, nadal puszczany był
jako tło męskich wieczorów przy kieliszku. Coś w tle musiało grać, coś,
co nie było Shazzą i Boysami z jednej strony, a Illusionem i Pearl
Jamem z drugiej… „Psy” do flaszki zawsze były idealne.
Po „Psach”
przyszła „Ostatnia krew”, która już była bardziej gangsterska, bardziej
skomplikowana, zamotana, było w niej więcej wpadek realizatorskich i
mniej klimatu… ale nadal robiła robotę. Zwłaszcza Wolf, Jugosławia i
siła nabywcza skrzynki Johnny Walkera…
Czy w porównaniu z tymi dwoma
filmami „Psy 3 – W imię zasad” zostanie filmem kultowym? Czy będą go
sobie faceci puszczać „do wódki” i cytować teksty? Nie. Zdecydowanie
nie. Tutaj kultowości nie ma… co jest? Dobrze zrobione kino
gangsterskie, kino akcji, świetna realizacja (chociaż wprawne oczy
wychwycą wtopy, gdy broń służbowa jednego z policjantów w jednej chwili
jest Waltherem P99, aby za chwile stać się Glockiem). Niemniej warsztat
ekipy realizatorskiej widać…jak jest rozpierducha to ją czuć.
W
filmie rządzi i urzeka gra aktorska. Kreacje zarówno "tych starych", Lindy, Pazury, Frycza (jest wręcz genialny) czy Baki, jak i młodych aktorów to naprawdę
mistrzostwo. Nawet Fabijański, którego nie trawie, bo uważam go za
nowego Karolaka („jest wszędzie”!) robi świetną robotę. Debiutanci, jak
Dominika Walo (zagrać rolę kobiecą u Pasikowskiego i nie zostać
przegapionym to już z definicji wyzwanie), Aleksandra Linda (tak, córka
Bogusia), czy Jan Napieralski (grający syna „Nowego”) też dają się
zauważyć i zapamiętać!
Oprócz tego mnóstwo nawiązań do poprzednich
części – chociaż, paradoksalnie, bez przesytu. Nastrój nostalgii,
smutku. To w końcu film o starych ludziach, których nikt już nie
pamięta, których nikt już nie chce, a którzy jednak wciąż mają coś do
powiedzenia i rachunki do wyrównania… i którzy są o tyle groźni, że nie
mają już nic do stracenia…
Jeżeli ktoś spodziewał się poziomu
pierwszych Psów, to się zawiedzie… to historia z innych czasów
opowiedziana w innych realiach. Świetna, ale w inny sposób.
Co jest
słabą stroną filmu? Scenariusz. Historia zbyt płytka, zbyt
przewidywalna, mająca sporo dziur i nielogiczności… nadrabiająca co
prawda elementami będącymi przejawem stylu Pasikowskiego… ale
jednak…mogło tu być lepiej, z większym smakiem, wyrafinowaniem i
intrygą… Jest za łopatologicznie, za dziurawo i sztampowo… niemniej
ogląda się fajnie…
Początkowo chciałem też napisać, że Pasikowski
zbyt wielkimi garściami czerpie z Vegi (na szczęście z jego świetnego
okresu dwóch pierwszych Pitbulli), wplatając do historii prawdziwe
wydarzenia z pierwszych stron gazet, ale po namyśle doszedłem do
wniosku, że to Pasikowski był w tym trendzie pierwszy wplatając w Psach
chociażby strzelaninę w Motelu George.
Reasumując… powstały "Psy"na miarę
naszych czasów… Spełniające wymogi współczesnego widza historią prostą,
żeby się nie pogubił, efektami wizualnymi, które robią wrażenie,
hukiem, wybuchami i seriami z pekaśki, a ci źli na końcu giną…
Świat pierwszej części "Psów" był inny, bardziej wielowymiarowy i cholernie bardziej niejednoznaczny. Ale i pozafilmowa rzeczywistość była wówczas inna.
Niemniej… jak spojrzeć na Psy 3 jako na obraz tego, jak postawy
bohaterów z pierwszej części potraktowały czas i życie, co zrobiły z
idealisty Morawca, z ubeka Franza, czy też z odcinającego
głowy wrogom najemnika, Wolfa - to ten film jest doskonałym zamknięciem
tej historii…
niedziela, 24 listopada 2019
Long Range Desert Group
Long Range Desert Group ( LRDG – pustynny zwiad dalekiego zasięgu) - pierwotnie zwany Long Range Patrol (LRP), to jednostka powstała w Egipcie w czerwcu 1940 utworzona z pomysłu majora Ralpha A. Bagnolda, za zgodą i na rozkaz generała Archibalda Wavella.
Ich podstawowym zadaniem był daleki zwiad, rekonesans oraz działania dywersyjne poza liniami wroga w Afryce Północnej. Na początku większość żołnierzy LRDG pochodziła z Nowej Zelandii, ale wkrótce dołączyli do nich Rodezyjczycy oraz ochotnicy z Wielkiej Brytanii, oraz innych zakątków Imperium. LRDG nigdy nie liczyła więcej niż 350 ludzi, z których wszyscy byli ochotnikami.
Ponieważ żołnierze LRDG byli ekspertami w pustynnej nawigacji byli często wykorzystywani jako przewodnicy przy działaniach Special Air Service (SAS), czy też do przemycania agentów wywiadu za linie wroga. Intensywność wykorzystania LRDG była tak duża, że od grudnia 1940 do kwietnia 1943 roku jednostka ta miała jedynie 15 dni wolnego.
Za ich największy samodzielny sukces uważa się operacje Caravan – atak na lotnisko oraz włoskie koszary w mieści Barka. Co prawda Caravan miała być jedynie częścią operacji „Agreement”, czyli skoordynowanego ataku na Benghazi (operacja Bigamy), oazę Jalo (operacja Nicety) oraz Barkę (operacja Caravan), ale jako jedyna osiągnęła sukces.
Jednostki szwadronu B ( w sile dwóch półpatroli – łącznie G1 i T1 liczyły 47 ludzi na 12 ciężarówkach Chevrolet i w 5 Jeepach), pod dowództwem majora Johna Richarda Easonsmitha, opuściły egipskie miasto Fajum i po przejechaniu 1,155 mil (1,859 km) dotarły do jednego z głównych miast włoskiej administracji kolonialnej w Afryce, Barki. Atak LRDG zniszczył na lotnisku 32 samoloty (wg Włochów 16 zniszczonych i 7 uszkodzonych) oraz koszary.
Najważniejszą jednak operacją przeprowadzona przez LRDG było „Road Watch”, czyli bieżący monitoring ruchu na drodze z Trypolisu do Benghazi przekazywany do centrali wywiadu brytyjskiego.
Po zwycięstwie w Afryce Północnej, LRDG zostały skierowane do działań na Bałkanach i na wsypach greckich, gdy jednak po zakończeniu działań w Europie dowództwo LRDG wystąpiło z prośba o skierowanie ich w rejon Pacyfiku, do walk z Japończykami, prośba została odrzucona. Ostatecznie Long Range Desert Groups zostały rozwiązane w sierpniu 1945 roku…
![]() |
wtorek, 29 października 2019
Operacja "Kayla Mueller"
W Waszyngtonie była 17:00 w sobotę, a w bazie Irbil w Kurdyjskim Okręgu
Autonomicznym na terenie Iraku dochodziła północ i zaczynała się
niedziela 27 października, gdy na pokłady 8 śmigłowców MH-60 Blackhawk
oraz MH-47 Chinook wsiadło 70 ludzi i pies. Mieli przed sobą ponad 720 km lotu nad terenami kontrolowanymi przez Irak, Syrią, Turcję oraz
Rosję.
Ludźmi tymi byli operatorzy szwadronu A CAG (Combat Applications Group) – znanego szerzej jako 1st SFOD – D, Delta Force albo The Unit.
Szwadron A Delty to oddział, który ma na koncie m.in. pościg za bin Ladenem w Tora Bora, dorwanie synów Husajna, czy też uwolnienie naszego Jerzego Kosa Iraku. To w szwadronie A służyli Larry Vickers, Thomas Greer, aka 'Dalton Fury”, czy też John "Shrek" McPhee, zwany Szeryfem Bagdadu.
Teraz operatorom Delty towarzyszyli, jako osłona i QRF rangersi z 75th Ranger Regiment, a za sterami śmigieł siedzieli Nightstalkers z 160th Special Operations Aviation Regiment. Pies natomiast podobno wabił się Conan.
Tak rozpoczęła się operacja „Kayla Mueller” – kryptonim nadany ku pamięci Amerykanki, która została porwana i zamordowana przez terrorystów z ISIS, a której celem było Kill lor Capture lidera ISIS, Abu Bakr al-Baghdadiego.
Dystans, jaki musiał pokonać zespół, lecąc nad wrogim w sumie terytorium
(aczkolwiek Rosjanie zostali o przelocie oddziału uprzedzeni), był
większy niż ten, który pokonali komandosi DEVGRU podczas operacji
„Neptun Spear”, która zakończyła się zabiciem UBLa. Piloci 160th SOAR
(A) pobili kolejny rekord.
Ponieważ zasięg operacyjny śmigłowca MH-47 Chinook to ok 400mil (640 km), a MH-60 to prawie 700km, do wsparcia operacji wysłano dwa tankowce MC-130J Commando II. Pomimo zapewnień Prezydenta D. Trumpa, że śmigłowce po wykonaniu zadania wróciły tą samą droga do Iraku nie jest pewne czy nie odleciały ku bliższemu lądowisku jak, chociażby baza RAF w Akrotiri na Cyprze.
Podczas trwającego ok. 70 minut lotu na niskiej wysokości, nad nieznanym terytorium, śmigłowcom parasol powietrzny zapewniały myśliwce F-15E Strike Eagle. Mimo to maszyny kilkukrotnie zostały ostrzelane z ziemi.
Po przybyciu na miejsce, do akcji najpierw wkroczyły MH-60M Black Hawk w konfiguracji DAP (Direct Air Penetrator) z podwieszonymi na pylonach działkami M-230 (tymi samymi, które montowane są na śmigłowcach Apache). Od ognia ze śmigłowców poniosło śmierć 9 terrorystów, a ich efekt widać na zdjęciu.
Po oczyszczeniu terenu pozostałe maszyny wysadziły grupę szturmową. Otoczony i wezwany do poddania się Abu Bakr al-Baghdadi milczał, aczkolwiek kilkoro dorosłych i 11 dzieci na wezwanie Amerykanów opuściło obiekt. Komandosi przystąpili do szturmu, w wyniku którego zginęło dalszych 5 członków ISIS, a wystraszony i zdesperowany Abu Bakr al-Baghdadi uciekł w głąb wykopanego tunelu i tam się wraz z trójka dzieci wysadził.
W operacji nie zginał żaden z żołnierzy JSOC, niestety pies Conan został ranny (podobno stracił łapę). Grupa szturmowa jeszcze przez kilka godzin przeszukiwała pomieszczenia, wzięto także dwóch jeńców. Po ich ewakuacji pozostałości zrównały z ziemią myśliwce bombardujące F-15E Strike Eagle.
poniedziałek, 5 listopada 2018
Burzowe wrota
![]() |
| Jedno z ostatnich zdjęć żołnierzy 6. kompanii 2. batalionu 104. pułku |
Podczas
tzw. 2. Wojny Czeczeńskiej rozpoczętej w sierpniu 1999 r. rajdem
przywódcy rebeliantów czeczeńskich Szamila Basajewa na rosyjski Dagestan
doszło do pamiętnego wydarzenia.
29 lutego 2000 roku, Rosjanie
zwyciężyli w bitwie o Szatoj. Jednak dwóm sporym kolumnom bojowników
czeczeńskich udało się przebić z okrążenia. Jedna, pod dowództwem
Gełajewa przedzierała się w kierunku północno-zachodnim
na wieś Komsomolskoje. Druga, pod dowództwem Saudyjczyka Chattaba (byli w
niej Idris, Abu Walid, Szamil Basajew) w liczbie około 2500 (dane
rosyjskie, raczej przesadzone) obrała kierunek północno-wschodni przez
Ułus-Kert. Na ich drodze rosyjskie dowództwo ustawiło 2. batalion 104.
pułku desantowego-spadochronoweg o
76. Dywizji Powietrznodesantowej z Pskowa z zadaniem: nie przepuścić
separatystów! Dowódca 104. pułku płk Melentiew rozkazał dowódcy 6-tej
kompanii mjr. Mołodowowi zająć wzgórze Isty-Kord. Kompania zajęła wzgórze
776, a na Isty-Kord wysłała 12-osobowe rozpoznanie.
Następnego dnia
około 12.30 zostało ono zaatakowane przez Czeczenów i odrzucone na
wzgórze 776. W stoczonej we mgle potyczce zginął dowódca kompanii,
35-letni Siergiej Mołodow, a dwóch zwiadowców zostało rannych. Dowództwo
kompanii objął kapitan Roman Sokołow, jednak głównym dowódcą obrony był
36-letni dowódca 2. batalionu - podpułkownik Jewtiuchin. Rozkazał on
spadochroniarzom okopać się na wzgórzu 776 i stamtąd odpierał ataki
Czeczenów oraz arabskich mudżahedinów.
Na wsparcie z powietrza nie
można było liczyć z powodu gęstej mgły. Do wieczora 29 lutego kompania
miała 33 zabitych ( z 90 ludzi początkowego stanu). Po trzech
nieudanych atakach Czeczeni zaczęli przegrupowanie i ściągnęli posiłki z
innych rejonów (nie tylko o wzgórze 776 tego dnia toczyły się walki).
Chattab wydał rozkaz atakowania wzgórza do skutku. Szturmy następowały
co godzina, co pół. Coraz mniej żołnierzy było w stanie je odpierać. Na
pomoc obleganym pośpieszyły inne kompanie batalionu, jednak wpadły w
zasadzkę i nie mogły dotrzeć do celu. Jedynie około godziny 3-ej w nocy
15 żołnierzy z 4-ej kompanii na czele z dowódca kompanii Aleksandrem
Dostałowem udało się (zresztą wbrew rozkazom dowództwa) przebić do
obrońców. Cała piętnastka tej nocy poległa.
Około 6 rano wzgórze
wobec braku „siły żywej przeciwnika” zaczęli opanowywać mudżahedini.
Wobec tego 28-letni kapitan Wiktor Romanow po śmierci dowódcy pułkownika
Jewtiuchina przez radio skierował ogień artylerii na siebie. Ostanie
jego słowa to " lewo piędziesiąt, żegnajcie "mużyki" ".
Z 90
desantników, do rana dożyło 6, w tym 4 ciężko rannych. Zakrwawionych i
ogłuszonych Czeczeni nie zauważyli i nie dobili. Dwóch z ocalałej
szóstki nie miało nawet zadraśnięcia. Roman Chistołubow (po raz pierwszy
brał udział w walce) i Aleksiej Komarow. Bardzo ciekawe są ich
wspomnienia. Walka trwała nieomal non stop przez około 24 h. Od
pierwszego szturmu aż do przejścia sił Chattaba przez opanowane wzgórze
na tereny niekontrolowane przez wojska Federacji. Pod koniec walczono
(ponoć) saperkami jak skończyła się amunicja. Jewtiuchin poprosił o
posiłki zbyt późno. Najbliższy pułk stał 5 km od ich pozycji jednak taka
odległość w górach to kilka kilkanaście godzin.
Według radiowych komunikatów czeczeńskich stracili oni około 350 ludzi.
W Rosji, pomimo porażki 6 Kompanii, która przecież nie obroniła wzgórza
776, zagłada prawie wszystkich jej żołnierzy nabrała cech heroicznego
mitu. Jej żołnierze stali się w Rosji wojenną legendą.
W Pskowie
ufundowano pomnik upamiętniający 6 kompanię 2. Batalionu 104. pułku.
Żołnierze tej jednostki zostali pośmiertnie wyróżnieni najwyższymi
rosyjskimi odznaczeniami wojskowymi. Aż 22 z nich otrzymało Order
Bohatera Federacji Rosyjskiej. Dla porównania podczas trwającej 10 lat
interwencji radzieckiej w Afganistanie poprzedzający go Order Bohatera
Związku Radzieckiego dostało tylko 65 wojskowych.
W 2006 roku powstał 4-odcinkowy mini-serial telewizyjny opowiadający o walkach 6. kompanii na wzgórzu 776
Jako ciekawostkę natomias należy dodać, że motyw wezwania artylerii na własne pozycje przypomina czyn polskiego chorążego Kunysza z 9. pułku 3. DP WP - 19.IX.1944r. W domu przy ul. Idźkowskiego 4 na warszawskim Czerniakowie, wobec okrążenia i beznadziejności położenia przywołał na siebie ogień artylerii zza Wisły ginąc sam, ale i zabijając pewną liczbę Niemców.
Subskrybuj:
Posty (Atom)























