niedziela, 4 maja 2014
Camerone - bo każda armia ma swoje Termopile
Żołnierzowi - prócz broni, żołdu i dobrych butów itp. - potrzebny jest duch i tradycja,
dzięki której może utożsamiać się z korpusem, w którym służy. O ile w armiach narodowych sprawa jest oczywista - wszyscy walczymy za Ojczyznę, to we francuskiej Legii Cudzoziemskiej jest to trudniejsze. Mimo że Legia jest jednostką armii
francuskiej, to w odwoływaniu sie do tradycji atrybuty narodowe nie wchodza w grę. Nawiązywanie do rycerskiej tradycji Karola Wielkiego,
królewskich muszkieterów i napoleońskich marszałków byłoby
nieporozumieniem. Bonaparte nie jest nikim ważnym dla służących w jej
szeregach Kenijczyków, Marokańczyków czy przybyszów ze Sri Lanki.
Oficerowie muszą wpajać rekrutom coś zupełnie innego - wiedzę o
160-letniej tradycji formacji. I własnie takim elementem tej legionowej tradycji jest Cameron.
Lest we forget
Gdy wybuchła I wojna światowa, Australia była młodym, zaledwie 13-letnim państwem (stany australijskie zawiązały federację, tworząc Związek Australijski, 1 stycznia 1901 roku). Nowopowstały naród miał ambicje, by zaistnieć na arenie międzynarodowej. W 1915 roku zapadła więc decyzja o przystąpieniu do wojny i wysłaniu do Europy kontyngentu wojska. ANZAC (skrót od Australian New Zealand Army Corps – Australijsko-Nowozelandzki Korpus Ekspedycyjny) wyruszył do ogarniętej wojną Europy. Wkrótce żołnierze w kapeluszach z podwiniętym jednym rondem oraz ich nowozelandzcy koledzy wylądowali w Egipcie. Po krótkim szkoleniu i zgraniu pododdziałów zostali przerzuceni do Turcji na półwysep Gallipoli, którego zdobycie miało umożliwić wojskom Ententy uchwycenie cieśniny Dardanele i otworzyć drogę na Stambuł. Ciekawostką może być fakt, że operację przygotował ówczesny I lord admiralicji, a późniejszy premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill.
Lądowanie pierwszych żołnierzy ANZAC na Gallipoli odbyło się 25 kwietnia 1915 roku o godzinie 4:30. To, co miało z założenia być sprawnie i szybko przeprowadzoną operacją, zamieniło się w trwająca 8 miesięcy batalię, która pochłonęła po obu stronach konfliktu ponad 130 tysięcy zabitych i drugie tyle rannych. Gdy w styczniu 1916 roku Australijczycy opuszczali półwysep Gallipoli, zostawiali za sobą ciała ponad 8000 towarzyszy broni.
Dla młodego narodu, którego państwowość dopiero się kształtowała, był to szok. Szok, który jednak paradoksalnie scementował naród australijski i stał się jedną z ważniejszych podwalin nowoczesnego australijskiego patriotyzmu. Pierwszy, nieoficjalny ANZAC Day obchodzony był już rok później. 25 kwietnia 1916 roku ponad 2000 australijskich oraz nowozelandzkich żołnierzy przemaszerowało ulicami Londynu. Tamtejsze gazety okrzyknęły ich Rycerzami Gallipoli. Uroczystości odbywały się również w Egipcie, gdzie ANZAC stacjonował i oczywiście w samej Australii. Parady, podobne do londyńskiego marszu, odbyły się w każdym australijskim mieście i miasteczku. W niektórych wzięli nawet udział, wciąż kurujący się w szpitalach, ranni w bitwie weterani. Obwożono ich samochodami pod czułą opieką pielęgniarek. Do końca wojny dzień ten był okazją do organizowania patriotycznych spotkań, parad, festynów i uroczystości połączonych z akcjami rekrutacyjnymi.
W latach 20-tych XX wieku ANZAC Day stał się okazją do uczczenia pamięci nie tylko ofiar operacji dardanelskiej (bo tak bitwę pod Gallipoli nazywają Anglicy) ale również wszystkich 60.000 poległych w I wojnie światowej Australijczyków. W 1927 roku ANZAC Day stał się ogólnokrajowym świętem, a w latach 30-tych XX wieku na stałe wszedł do kalendarza świąt państwowych. Uroczyste marsze i apele poległych odbywały się nawet podczas II wojny światowej, chociaż groźba japońskiego nalotu uniemożliwiała uczestnictwo większej liczby ludności. Z oczywistych przyczyn zgromadzenia były wówczas zabronione.
Dziś ANZAC Day to nie tylko święto 25. kwietnia i dzień wolny od pracy. ANZAC oraz bitwa pod Gallipoli obecne są także w kulturze oraz… kuchni. W 1981 roku znany z filmu „Truman Show” reżyser – Peter Weir nakręcił film o wydarzeniach z 1915 roku. W roli głównej wystąpił młody wówczas Mel Gibson. Na znanej i popularnej także (a może przede wszystkim) w Polsce, płycie zespołu Sabaton „The Art of War”, oprócz słynnego „40: 1” znajdziemy również utwór „Cliffs of Gallipoli”. Do dnia dzisiejszego zaś przysmakiem dzieci i dorosłych są ciastka pieczone według dokładnie tej samej receptury jak te, które żony i matki pakowały do plecaków żołnierzy wyruszających na Wielka Wojnę. Ciastka zwane są Anzac Biscuits.
Australijczycy ANZAC świętują dwojako. Uroczystości zaczynają się wczesnym rankiem, tuż przed wschodem słońca. Tradycja ceremonii o wschodzie słońca (tzw. Dawn Service) ma swoje źródło w zwyczajach żołnierskich, które przestrzegane i kultywowane są w Armii Australijskiej do dnia dzisiejszego. Dla wojska tkwiącego na pozycjach obronnych to pora, która wymaga największego skupienia, koncentracji i trzeźwości umysłu. Zmęczone czuwaniem oczy często tuż przed wschodem słońca, gdy pierwsze słabe promienie światła zaczynają zalewać ziemie, niejednokrotnie tworzą złudzenia optyczne. To właśnie przed świtem wróg najczęściej przypuszcza atak wykorzystując zmęczenie i głęboki sen obrońców. Lądowanie pierwszych żołnierzy ANZAC na brzegach Gallipoli także odbyło się o tej porze. Poranne uroczystości, poza kilkoma przypadkami mającymi charakter obchodów oficjalnych, przeznaczone są tylko i wyłącznie dla weteranów.
Na kilkadziesiąt minut przed wschodem słońca w Klubach Weterana (tzw. R.S.L. – Returned and Services League of Australia) w każdym mieście i dzielnicy, przy pomnikach, na cmentarzach wojskowych i innych miejscach pamięci spotykają się ci, którzy walczyli na wszystkich wojnach, jakie Australia w swej krótkiej historii toczyła. Obowiązkowym elementem takiego spotkania jest dwuminutowa cisza ku czci wszystkich poległych kolegów i towarzyszy broni. Śpiewane są również hymny (australijski, nowozelandzki i królewski), składane wieńce i kwiaty.
Po uroczystościach porannych, około godziny 9.00, odbywają się ogólnodostępne już dla mieszkańców parady i przemarsze ulicami miast. Biorą w nich udział zarówno weterani, jak i oddziały ADF (Australian Defence Forces), a także skauci i kadeci (Cadets to coś w rodzaju naszego Strzelca – zmilitaryzowana forma harcerstwa dla dzieci do lat 16-tu, nad którą opiekę i patronat sprawują poszczególne jednostki wojskowe). Każdy weteran, który otrzymał w swoim życiu jakiekolwiek odznaczenie wojskowe lub wojenne (w przeciwieństwie do Polski, Australia za misje afgańską oraz iracką nadaje swoim żołnierzom odznaczenia jak za kampanie wojenne) i ma je przypięte w ten dzień do piersi, podróżuje wszelkimi środkami komunikacji publicznej za darmo. Ludzie podchodzą do żołnierzy i weteranów, których tego dnia na ulicach mnóstwo, ściskając im ręce i dziękując. Każdy, czy to weteran, żołnierz czy cywil nosi tego dnia wpięty na widocznym miejscu, kwiat rozmarynu. Rozmaryn rośnie dziko właśnie na półwyspie Gallipoli, dlatego stał się symbolem ANZAC Day.
Jakkolwiek uroczystości o wschodzie słońca przeznaczone są w głównej mierze dla weteranów, to jest jednak kilka miejsc gdzie w ceremoniach tych uczestniczyć mogą wszyscy. Takim miejscem jest chociażby ANZAC War Memorial w Canberze oraz pełniący rolę grobu nieznanego żołnierza cenotaf ku czci poległych w Sydney.
Właśnie w uroczystościach w Sydney miałem przyjemność uczestniczyć w tym roku. Mimo, iż dzień był chłodny i pochmurny (późniejsza parada ulicami miasta odbyła się w ulewnym deszczu) plac, na którym znajduje się monument, był pełen ludzi już o 4.30 rano. Wśród tłumu, oprócz żołnierzy i marynarzy służby czynnej oraz weteranów dominowali ludzie młodzi. Średnia wieku oscylowała wokół 30-35 lat. Mnóstwo było także młodzieży, a nawet dzieci, których w języku potocznym zaliczylibyśmy do tzw. „gimbazy” – 12-14 lat. Nikt z nich przez dwie godziny trwania uroczystości nie spojrzał nawet raz na telefon komórkowy. Wszyscy w ten piątkowy chłodny poranek grzecznie wstawali i siadali zgodnie z wytycznymi prowadzącego ceremonię, śpiewali hymn australijski i królewski, słuchali hymnu nowozelandzkiego. Śmiali się i klaskali, gdy orkiestra zagrała „Waltzing Matilda”. W milczeniu i skupieniu oddawali hołd poległym 2 minutami ciszy.
Przy wejściu na plac minąłem chłopaka w wieku 25-28 lat. W odświętnym garniturze (takim jakie mężczyźni zakładają na swój ślub), z wpiętym w klapę rozmarynem. Stał skromnie, z boku przeglądając program uroczystości rozdawany nieopodal przez żołnierzy. Co zwracało uwagę w tym młodym chłopaku? Przypięty obok rozmarynu Medal for Gallantry (medal za odwagę) – trzecie, co do ważności odznaczenie w Armii Australijskiej.
Australijczycy to radosny i serdeczny naród. Lubiący i potrafiący się bawić. Naród o jakże krótkiej historii, a jednocześnie o jakże wielkim przywiązaniu do swojego kraju. Nie potrzebują ustaw i kampanii promocyjnych, aby wywieszać, nosić i malować (a nawet tatuować sobie) flagę australijska. Nie potrzebują zachęty, aby będąc w Europie obowiązkowo odwiedzić Gallipoli. Robią to naturalnie, po prostu. Nie wiem, czy ma na to wpływ brak wojen toczonych na ich terenie czy ilość dni słonecznych w ciągu roku. Ale ludzie, których, na co dzień dzielą nie tylko poglądy polityczne i status społeczny czy materialny, ale również religia, obyczaje, pochodzenie i kolor skóry potrafią w ten dzień stanąć w jednym szeregu i powiedzieć „Lest we forget” (Obyśmy nie zapomnieli).
niedziela, 27 kwietnia 2014
GROM na Ukrainę?
Czy fakt, że najczęściej spotykaną w Sieci reakcją na wieść o zatrzymaniu, przez prorosyjskich separatystów na Ukrainie, członków misji OBWE (w tym polskiego oficera) jest: "Czemu politycy nie wysyłają GROM-u?" świadczy o braku wiedzy i naiwnosci politycznej Polaków? O tym, że nie rozumieją oni spraw związanych z bezpieczeństwem państwa?
Rozumieją. Czasami nawet lepiej niż decydenci. Więcej czytają, dokładniej śledzą wydarzenia, potrafią czytać miedzy wierszami i wyciągać wnioski.
Problem tkwi gdzie indziej.
Polacy,
ci zwykli szarzy fejsbukowicze, po prostu bardzo potrzebują sukcesu.
Nie wiem... dowartościowania, dowodu na to, że są z GROMu dumni nie na
darmo... jakiegoś
powodu do satysfakcji. Wiem, że to nie o to chodzi i że sytuacja jest bardziej
skomplikowana (i oni też to wiedzą), ale ludzie po prostu chcą przeżyć
moment, w którym światu opada szczęka na wieść o tym, że Polska okazała się
"krajem z jajami" i że zrobiła coś odważnego, śmiałego i odniosła
sukces. Chcą sukcesu na miare akcji Izraelczyków z Entebbe i remisu na
Wembley. Czegoś, co da im poczucie, że wbrew wszystkim znakom na niebie i ziemi, żyja w silnym państwie. W państwie, które nie przeprasza za to, że istnieje. Jakkolwiek te marzenia są nierealne, to sytuacje taka, jak z polskim oficerem na Ukrainie są zapalnikiem, który te pragnienia pozwala artykuować.
Pragnienie bycia z czegoś zwyczajnie dumnym jest tak wielkie, że
przyćmiewa ludziom rozsądek. Ludziom tak bardzo dzisiaj brakuje
poczucia, że ich kraj potrafi tupnąc nogą, że zapominają, o fakcie, że nie bardzo
ma czym dziś tupać.
Od
ładnych kilku lat promocja wojska opiera się w Polsce głównie na "specjalsach".
Zrobiliśmy sobie z Wojsk Specjalnych logo na plakat rekrutacyjny i napis na dropsa (znaczy krówkę), a teraz dziwimy sie, że zwykli zjadacze chleba i ogadacze
Teleekspressu widzą w tych, tak reklamowanych SOF złoty środek na
wszelkie problemy.
No i wbrew pozorom Polacy nie zapomnieli o śmierci Piotra Stańczaka.
sobota, 26 kwietnia 2014
O butach, mundurach i kombinezonach
Na gali wręczenia „Buzdyganów”, jeden z laureatów, paramedyk JWK Lubliniec, "Wir" pojawił się w wyjściowym mundurze i czarnych butach polowych, na grubej trekkingowej podeszwie. O to "nieregulaminowe obuwie" oraz "brak szacunku dla munduru" wybuchła w Sieci (oraz poza nią) prawdziwa batalia. Wszyscy się Wira o te nieszczesne trekkingi czepiają. Mnie natomiast zastanawia, czy na powitanie amerykańskich spadochroniarzy z 173. Brygady, gen. Lech Majewski (bądź co
bądź Dowódca Generalny Rodzajów Sił Zbrojnych) do Świdwina przyleciał
pilotując samolot osobiście, że na oficjalnej uroczystości o charakterze międzynarodowym wystąpił w kombinezonie jakby właśnie zza sterów Miga-21 wysiadł? Hełmofonu pod pachą tylko brakuje. I okularów w stylu TopGun.
Może i nawet tak było. Może sam CASĘ do Świdwina pilotował, ale jeżeli już, to mogli z drugim pilotem
przynajmniej jednakowe podkoszulki ubrać.
To tyle w kwestii regulaminu i jego przestrzegania.
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
28 lat po Czarnobylu
26 kwietnia 1986 w reaktorze jądrowym bloku energetycznego nr 4 elektrowni atomowej w Czarnobylu, w wyniku przegrzania reaktora doszło do wybuchu wodoru, pożaru, oraz rozprzestrzenienia substancji promieniotwórczych. Była to największa katastrofa w historii energetyki jądrowej i jedna z największych katastrof przemysłowych XX wieku.
sobota, 19 kwietnia 2014
Fregaty
Tym, którzy tak bardzo wyśmiewają ORP "Kazimierz Pułaski" oraz ORP "Tadeusz Kosciuszko", jako złom przekazany przez Stany... to, co ostatnio odwiedziło port w Gdyni czyli turecka (Turcja to druga po USA armia NATO) fregata TCG "Gaziantep" to przecież nic innego jak stary amerykański USS "Clifton Sprague" (FFG-16)... fregata klasy Oliver Hazard Perry, która Amerykanie przekazali Turcji w 1997 roku.
Zdjęcie górne to TCG "Gaziantep"
Zdjęcie dolne to ORP "Tadeusz Kosciuszko"
ŚWIĄTECZNIE ;)
Wybucha wojna. Ogłaszają mobilizację. Niedźwiedź i zając, najlepsi
kumple idą się stawić na komisję wojskową. Siadają razem na korytarzu,
kolejni rekruci są przydzielani do odpowiednich jednostek. Nadeszła pora
na niedźwiedzia. Po wejściu do pokoju generał pokazuje mu zdjęcie
samolotu:
-Niedźwiedź, wiesz co to jest?
-Nie mam pojęcia, nigdy czegoś takiego nie widziałem.
Na następnym zdjęciu widnieje czołg:
-A to, wiesz co to?
-Eee no to jest czołg.
-Wspaniale, a umiesz go obsłużyć?
-Niestety nie.
Wojskowy otwiera szafkę stojąca obok i wyjmuje karabin.
-A co powiesz mi o tym?
-AK 47, kaliber 7.62mm, szybkostrzelność teoretyczna...
-Dobrze, wystarczy, do piechoty.
Niedźwiedź wychodzi z pokoju, podbiega do niego zając:
-I jak było?
-Jestem w piechocie. Słuchaj na początku pokażą ci zdjęcia jakiegoś
sprzętu. Mów , że nie wiesz co to jest. Na koniec wyjmą z jedynej tam
stojącej szafy karabin. Powiedz, że umiesz z niego strzelać i będziemy
razem w piechocie.
Przychodzi kolej zająca. Zdjęcie samolotu:
-Wiesz co to jest?
-Nie mam pojęcia.
Zdjęcie czołgu:
-A to?
-Też nie.
Zdenerwowany generał krzyczy:
-To co ty do cholery wiesz?!
-Wiem, że w szafie trzymacie kałacha.
-Dobrze zając, do wywiadu."
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























