środa, 18 czerwca 2014
czwartek, 12 czerwca 2014
Tymczasem w Babilonie
Mosul
w rękach Islamskiego Państwa Iraku i Lewantu, Kirkut w rękach kurdyjskich Peszmergów, Faludża chyba
wciąż nieodzyskana, Lider ISIL -Abu Bakr al-Baghdadi zapowiada marsz na Bagdad, regularna
armia w rozkładzie, a siły specjalne jako jedyne (podobno) zdolne
cokolwiek zdziałac zaczynają sie wykruszać
ze względu na zwykłe zmęczenie (przerzucane są nieustannie z jednego
punktu zapalnego w drugi). Powoli dzieje się to, czego uniknąć w 1991
roku chciał George Bush Senior zatrzymując czołgi przed Bagdadem. Rozpad kraju. W rękach
al Baghdadiego jest już cała iracka prowincja Niniwa, której stolicą jest właśnie
Mosul. Stąd wiedzie prosta droga do Syrii oraz główne szlaki dla irackiej ropy.
Lekko licząc, ekstremiści sunniccy opanowali tereny, na których mieszkają co najmniej 3
miliony ludzi. Jeśli poskładać ten kawałeczek z terenami opanowanymi
przez nich w Syrii ( w rękach ISIL są Deir
ez-Zor i trochę terenów na północy i wschodzie Syrii), robi się
naprawdę groźnie.
Może
gdyby nie wojna domowa w Syrii, to sytuacja nie byłaby aż tak poważna (poza
konsekwencjami ekonomicznymi oczywiście), bo kraj podzieliliby miedzy
siebie szyicki Iran, Syria i Kurdowie (ewentualnie Turcja), ale przy tym bajzlu w
Syrii to sunnickie tereny dzisiejszego Iraku nie maja niestety w regionie stabilnego "pana", a to
prosta droga właśnie do spełnienia sie wizji al-Baghdadiego, czyli powstania sunnickiego kalifatu spod znaku al-Kaidy.
Paradoksalnie jedyna nadzieja na powstrzymanie nowego bin Ladena to... interwencja Iranu.
niedziela, 8 czerwca 2014
Kobiety na linii frontu
Kobiety były obecne na wojnach i w konfliktach zbrojnych na przestrzeni
wieków w niemal każdej kulturze, ale wojaczka zawsze była typowo męskim
zajęciem. Oczywiście trafiały się przypadki, gdy kobiety brały
bezpośredni udział w bitwach, ale czyniły to albo przebrane za mężczyzn
(zdarzało się tak podczas wojny secesyjnej) albo z pozycji
uprzywilejowanej, jako królowe lub charyzmatyczni dowódcy (tutaj
świetnym przykładem jest Joanna d’Arc). Poza takimi wyjątkami rola
kobiet na wojnie sprowadzała się głównie do bycia sanitariuszkami czy
łączniczkami.
Z biegiem czasu, zmianą mentalności, rozwojem
społeczno-kulturowym oraz technologicznym, a co za tym idzie dużo
większą skala konfliktów zbrojnych w XX wieku, kobiety zaczęły w
większym stopniu uczestniczyć w walkach zbrojnych. Zaczęły się pojawiać
kobiety – żołnierki. Jeden z pułków kozackich podczas I wojny światowej
dowodzony był przez kobietę w randze pułkownika, a niejaka Maria
Boczkariowa dowodziła sformowanym w 1917 roku Kobiecym Batalionem
Śmierci, który brał udział nie tylko w walkach na froncie I wojny, ale
również w późniejszych walkach z bolszewikami w obronie Rządu
Tymczasowego.
Podczas drugiej wojny światowej panie w mundurach
można już było spotkać w każdej z armii biorących udział w konflikcie.
Oprócz tradycyjnych funkcji pomocniczych (kierowcą była na przykład
późniejsza królowa brytyjska Elżbieta II) stanowiły one również trzon
obrony przeciwlotniczej zarówno w Anglii jak i w Trzeciej Rzeszy.
Początkowo pozwalano im obsługiwać urządzenia kontrolne uważając, że
sama czynność „pociągnięcia za spust” i zestrzelanie wrogiego lotnika, a
więc w efekcie zabicie go, jest zajęciem zbyt męskim dla kobiety.
Jednakże wzrost natężenia walk sprawiła, że obsługa broni
przeciwlotniczej rozmieszczonej wokół Londynu stopniowo przejmowana była
przez kobiety. Pierwszego zestrzelania damskie dłonie dokonały w
kwietniu 1942 roku. W 1943 roku w wojskach obrony przeciwlotniczej w
Wielkiej Brytanii służyło już 56 tysięcy kobiet (między innymi córka
Winstona Churchilla).
Ogółem na stanowiskach operacyjnych i
bojowych (jak nazwalibyśmy to dzisiaj) służyło w Wielkiej Brytanii i
Niemczech ponad pół miliona kobiet. Ciekawostką jest, że jednym z
motywów dopuszczenia kobiet do takich zadań był fakt, że zadania bojowe
przez nie wykonywane niosły, co prawda ze sobą wysokie ryzyko śmierci,
ale za to praktycznie zerowe szanse dostania się do niewoli. Jak widać
dowództwo bardziej martwiło się żeńskimi jeńcami wojennymi niż martwą
kobiecą obsługą działa przeciwlotniczego. Zresztą nie tylko dowództwo
dostrzegało to zagadnienie, ale o tym za chwilę.
Z chwilą
zakończenia działań wojennych świat zapomniał o doświadczeniach, jakie
przyniosła II wojna w kwestii kobiet i wszystko wróciło do starego
porządku.
Kobiety ponownie zaczęły trafiać do wojska dopiero w
latach 60-tych i 70-tych XX wieku. Jednakże nawet kraj taki jak Izrael, w
którym kobiety są zobowiązane do 2-letniej służby wojskowej wykluczał
wykorzystanie kobiet bezpośrednio na polu walki. Jednym z głównych
argumentów, które wówczas przemawiały dość wyraźnie przeciwko wysyłaniu
kobiet na linię frontu był nie tylko fakt, iż kobieta jest słabsza od
mężczyzny i mniej wytrzymała fizycznie (w świecie cywilnym normy
ISO11228 oraz EN1005 określają wydajność fizyczną kobiety, jako średnio
2/3 wydajności mężczyzny). Innym powodem, może nawet głównym, nie
wysyłania kobiet na linię frontu, było zachowanie żołnierzy płci
męskiej. Okazało się, że mężczyźni widząc zagrożenie dla życia koleżanki
z oddziału czy też ryzyko dostania się do niewoli, zaczynali tracić
kontrolę nad sobą, zapominali o powierzonym jednostce zadaniu, a ich
głównym celem zaczynała być ochrona za wszelką cenę rannej czy
zagrożonej koleżanki. Takie nadopiekuńcze zachowania żołnierzy wpływały
na skuteczność jednostek oraz na wykonywane zadania, co stanowiło
bezpośrednie zagrożenie dla prowadzonych działań wojennych.
Podobne głosy usłyszeć można wśród żołnierzy australijskich, którzy wolą
na misje bojowe nie zabierać ze sobą kobiet w obawie, że instynktowna
chęć ochrony kobiety okaże się w ferworze walki ważniejsza od
powierzonego zadania. O ile, bowiem mężczyznę można wyszkolić i niejako
zaprogramować do zabijania, to o wiele trudniej jest go nauczyć, aby
ignorował w żołnierzu obok kobietę. Zwłaszcza w walce, gdy przestają
często obowiązywać zasady społeczne, a górę biorą instynkty.
Powyższe przykłady oraz badania przeprowadzone w 2009 roku wśród kadetów
West Point i Reserve Officers' Training Corps (ROTC) oraz studentów
kilku uczelni cywilnych, pozwalają wysnuć wniosek, że zwolennikami
służby wojskowej kobiet na stanowiskach bojowych są w większym stopniu
cywile niż sami wojskowi. Czy jest to wniosek słuszny? Pozostawiam to
Wam do rozważenia.
Kobiety były i są obecne w armiach świata od
lat. Ich rola w wojsku z roku na rok rośnie. Pilotują samoloty i
śmigłowce (podobno kobieta za sterami odrzutowca jest bardziej wrażliwa
na przeciążenia od mężczyzny, ale za to o wiele bardziej odporna na
przypadki utraty świadomości z powodu zbyt silnych przeciążeń – są więc
tego „zarówno plusy dodatnie i jak i plusy ujemne” – cytując klasyka),
są psychologami, tłumaczami, negocjatorami, lekarzami, analitykami
wywiadu, logistykami, mechanikami, marynarzami okrętów nawodnych oraz
powoli także tych podwodnych. W Nowej Zelandii mogą nawet wstąpić do SAS
(aczkolwiek żadnej jeszcze nie udało się przejść selekcji, a
pamiętajcie, że Maoryski to naprawdę twarde kobiety). W wielu aspektach
przewyższają mężczyzn i są niezbędne do sprawnego funkcjonowania
nowoczesnych sił zbrojnych. Zwłaszcza w takich konfliktach, jakie
mieliśmy w Iraku i Afganistanie, gdzie kobieta w oddziale była w wielu
przypadkach niezbędna, aby przesłuchać, czy przeszukać afgańską kobietę
czy dziecko. Należy jednak pamiętać, że w kulturze, z której wywodził
się przeciwnik, z którym walczyliśmy przez ostatnią dekadę, kobieta
nigdy nie była i nie będzie traktowana, jako równorzędny żołnierz czy
wojownik, którego nasz wróg będzie darzył szacunkiem. Muzułmanin kobiety
(nawet uzbrojonej) się nie boi i na pewno jej się nie podda. Podejmując
więc decyzje o wysyłaniu kobiet na fronty walki z terroryzmem musimy
mieć tego świadomość.
Wojsko oraz bezpieczeństwo kraju i narodu
są zagadnieniami zbyt ważnymi, aby przeprowadzać na tym polu
jakiekolwiek eksperymenty z włączeniem kobiet do jednostek
pierwszoliniowych. Decyzje te nie mogą być podejmowane odgórnie, przy
kierowaniu się zasadami parytetów i ideami równouprawnienia. Kobieta
powinna mieć jak najbardziej możliwość służenia swojemu krajowi
najlepiej jak potrafi i robiąc to, co robi najlepiej. Jeżeli sprawdza
się na stanowisku dowódcy okrętu to nic nie powinno stać na
przeszkodzie, aby takim dowódca została, ale tym dowódcą powinna zostać
tylko i wyłącznie dlatego, że jest w tym dobra, a nie dlatego, że
kobiety w wojsku to teraz modny temat.
Każda kobieta oraz
mężczyzna przekraczający bramy koszar muszą o sobie zacząć myśleć przede
wszystkim jako o żołnierzach i być przez system traktowani bez różnic w
prawach, ale również bez różnic w wymaganiach. Dobro kraju jest daleko
bardziej istotne niż czyjaś urażona feministyczna czy szowinistyczna
duma i obniżanie jakichkolwiek wymagań stawianych naszym żołnierzom,
które zaowocować mogą spadkiem zdolności bojowych, jest niedopuszczalne.
niedziela, 4 maja 2014
Camerone - bo każda armia ma swoje Termopile
Żołnierzowi - prócz broni, żołdu i dobrych butów itp. - potrzebny jest duch i tradycja,
dzięki której może utożsamiać się z korpusem, w którym służy. O ile w armiach narodowych sprawa jest oczywista - wszyscy walczymy za Ojczyznę, to we francuskiej Legii Cudzoziemskiej jest to trudniejsze. Mimo że Legia jest jednostką armii
francuskiej, to w odwoływaniu sie do tradycji atrybuty narodowe nie wchodza w grę. Nawiązywanie do rycerskiej tradycji Karola Wielkiego,
królewskich muszkieterów i napoleońskich marszałków byłoby
nieporozumieniem. Bonaparte nie jest nikim ważnym dla służących w jej
szeregach Kenijczyków, Marokańczyków czy przybyszów ze Sri Lanki.
Oficerowie muszą wpajać rekrutom coś zupełnie innego - wiedzę o
160-letniej tradycji formacji. I własnie takim elementem tej legionowej tradycji jest Cameron.
Cameron upamiętnia jeden z wojennych
epizodów, który jak groźne memento uświadamia każdemu legioniście, na
jakie ryzyko zdecydował się, podpisując zawodowy kontrakt.
Pod
koniec lat 50-tych XIX stulecia w Meksyku rozgorzała wojna domowa
pomiędzy siłami konserwatywnymi, a liberalnymi. Po trzech latach zmagań
wspierany przez Amerykanów przywódca liberałów Benito Juarez zyskał
przewagę i uzyskał kontrolę nad państwem. Strzały ucichły, ale
wyniszczony wojną kraj nie był w stanie spłacać długów zaciągniętych w
Europie. Jego główni wierzyciele – Wielka Brytania, Francja i Hiszpania
zdecydowali się na interwencję zbrojną. W grudniu 1861 roku wojska
trzech mocarstw opanowały meksykański port Veracruz. Kilka miesięcy
później animozje między sprzymierzonymi doprowadziły do wycofania się
wojsk hiszpańskich i brytyjskich. Francuzi zostali sami. Cesarz Napoleon
III postanowił pójść za ciosem i wzmocnił swoją obecność wojskową w
Meksyku. Planował zdusić oddziały Juareza i obsadzić w stolicy
marionetkowy rząd całkowicie podległy woli Paryża. Benito Juarez nie
zamierzał poddać się bez walki. Zachęcany przez Amerykanów uderzył na
najeźdźców. Walki rozgorzały na nowo.
W marcu 1863 roku do
Veracruz przybyły dwa bataliony Legii Cudzoziemskiej – elitarnej,
najemnej formacji powołanej do życia dokładnie 32 lata wcześniej przez
króla Francji Ludwika Filipa. Legioniści otrzymali rozkaz ochrony linii
zaopatrzeniowej z Veracruz do Puebla, które w tym czasie było oblegane
przez wojska po dowództwem generała Foreya. W kwietniu Francuzi wysłali
doń z Veracruz silnie chroniony konwój z działami, amunicją i pieniędzmi
przeznaczonymi na żołd.
Dowódca legionistów pułkownik Pierre
Jeanningros dowiedział się od indiańskich zwiadowców, że Meksykanie
planują atak na konwój. Postanowił wysłać mu na pomoc oddział swoich
otrzaskanych w boju żołnierzy przyzwyczajonych do walki w trudnych,
pustynnych warunkach.
Zadanie to przekazał legionistom z 3
kompanii 1 Batalionu dowodzonym przez kapitana Jeana Danjou. Zastępcami
kpt. Danjou byli porucznicy Maudet i Vilain. Pod swymi rozkazami mieli
Szwajcarów, Bawarczyków, Prusaków, Wirtemberczyków, Belgów, Duńczyków,
Włochów, Hiszpanów, Nadreńczyków i Francuzów. Przed wstąpieniem do Legii
imali się oni różnych zajęć. Zachowana lista personalna kompanii
wymienia wykonywane wcześniej zawody: student, handlarz żywności,
przedstawiciel wytwórni tytoniu, księgarz, kowal, majtek okrętowy,
wypalacz cegieł, zawodowy żołnierz, siodlarz, drwal, tkacz, poskramiacz
dzikich zwierząt... Teraz byli legionistami. W ciemnoniebieskich
kurtkach, czerwonych pantalonach (chociaż historycy twierdzą, że były
białe) i skórzanych trzewikach maszerowali w szyku ustawionym tak,
jakby były to manewry na placu apelowym. Mieli przy sobie tylko karabiny
i torby z nabojami. Dwa muły niosły zapas żywności, wodę i nieco
amunicji. Wśród legionistów nie zabrakło Polaków. Sierżant Ludwik
Morzycki, był doświadczonym żołnierzem. Urodził się 5 I 1840 r. w La
Clayette w departamencie Saony i Loary. Był synem Ignacego Wincentego
Morzyckiego (powstańca listopadowego) i Klaudyny Marii de Louvier. W
1858 r. Ludwik zaciągnął się w szeregi 2. Pułku Cudzoziemskiego,
podpisując 5-letni angaż. Podczas kampanii afrykańskiej 1858-1859 został
kapralem. Odznaczył się podczas kampanii włoskiej 1859 r. (otrzymał
wtedy sardyński Medal Odwagi Wojskowej i francuski Medal Italii). Po
powrocie do Afryki został sierżantem, a potem sierżantem-furierem. Do
kampanii meksykańskiej zgłosił się na ochotnika. Inny Polak w oddziale,
Leon Górski urodził się w Nimes 1 III 1844 r. Był synem Józefa Polikarpa
Górskiego i Jeanne Louise Champagne. Do Legii zaciągnął się na 3 lata.
Kapitan Danjou był powszechnie znany w Legii ze swej ułomności –
dziesięć lat wcześniej podczas walk w Algierii karabin eksplodował mu w
rękach, skutkiem czego kapitan stracił lewą dłoń. Nie pogodził się ze
swoim kalectwem, kazał dorobić sobie drewnianą protezę, którą
wyprofilowano tak, by pasowała do łoża karabinu i pomalował ją na
brązowo, by sprawiała wrażenie rękawicy. Przełożeni wysoko ceniący
walecznego oficera pozwolili mu pozostać na służbie.
Sześćdziesięciu
pięciu legionistów opuściło obóz o północy 30 kwietnia i udało się
piechotą w stronę miasteczka Palo Verde dokąd dotarli przed siódmą rano.
Tuż przed miasteczkiem minęli opuszczoną hacjendę Camerone, która
składała się z obszernego domu i szeregu budynków gospodarczych
ustawionych wokół dużego podwórza.
W zrujnowanym i spalonym Palo
Verde legioniści nie zastali żywej duszy. Kapitan Danjou wystawił warty
oraz zarządził postój i odpoczynek. Zmęczeni żołnierze zalegli pod
ścianami budynków i zaczęli przygotowywać kawę.
Po kilkunastu
minutach jeden z legionistów zaalarmował kapitana, że od zachodu zbliża
się do Palo Verde duża grupa jeźdźców. Ogniska natychmiast zasypano i
chwycono za broń. Ruiny miasteczka nie zapewniały należytej ochrony,
więc kapitan Danjou zdecydował, że wycofają się do pobliskiej hacjendy.
Meksykańscy kawalerzyści zauważyli legionistów i z miejsca przystąpili
do szarży. Francuzi uformowali czworobok i odpowiedzieli salwą z
karabinów, która ostudziła zapał Meksykanów. Po dotarciu do hacjendy
legioniści zabarykadowali się, zajęli pozycje bojowe i zaczęli razić
napastników celnym ogniem. Na dach budynku wdrapał się bystrooki
sierżant Wincent Morzycki i stamtąd informował kapitana Danjou o ruchach
przeciwnika.
Meksykanie przypuścili szturm, który legioniści
odparli. O godzinie 9:30 do hacjendy podszedł wymachując białą chustką
meksykański porucznik. Poinformował legionistów, że są otoczeni przez
2000 żołnierzy i zaproponował kapitulację. Kłamał – w tym momencie siły
meksykańskie liczyły około ośmiuset spieszonych kawalerzystów.
Kapitan Danjou odrzucił propozycję wiedząc, że w tym momencie wiąże
znaczne siły przeciwnika i zwiększa szanse konwoju z działami na
dotarcie do obleganego Puebla.
Wznowiono walkę. Legioniści
dysponujący ograniczoną ilością amunicji strzelali rzadko, ale bardzo
celnie. Byli wyposażeni w karabiny kapiszonowe wz. 1859. Była to broń
ładowana odprzodowo, a więc nie należała do najbardziej poręcznych i
szybkostrzelnych. Miała jednak inną zaletę – strzelała potężnymi,
niezwykle niebezpiecznymi pociskami typu Minie, wynalezionymi
kilkanaście lat wcześniej przez francuskiego kapitana Claude’a Minie.
Cylindryczno-stożkowe pociski wykonane z ołowiu były prawdziwymi
siewcami śmierci. Rany powodowane przez nie były bardzo ciężkie, w
większości śmiertelne. W dodatku mogły skutecznie razić przeciwnika na
odległość do 500 metrów. Legioniści początkowo trzymali więc napastników
w szachu. Potem jednak szala zwycięstwa zaczęła się przechylać na
stronę Meksykanów.
Ci uzbrojeni byli w różnoraką broń – od
przestarzałych muszkietów po nowoczesne karabiny powtarzalne. No i ich
przewaga liczebna była miażdżąca…
Około południa ośmiuset
kawalerzystów zostało wzmocnionych oddziałem 1200 piechurów pod
dowództwem pułkownika Francisco Milana. Meksykanie przypuścili kolejny,
wściekły szturm na hacjendę. Ich kule posiekały ściany budynków, ale
ogień legionistów nie milkł. Głodni, spragnieni i osmaleni dymem
prochowym walczyli w potwornym upale bez słowa skargi. W tym momencie
wiedzieli już, że nie wyjdą z hacjendy żywi. Co chwila któryś z nich
padał trafiony meksykańską kulą. Kiedy została ich mniej niż połowa
kapitan Danjou wyjął z plecaka ostatnią butelkę wina i obszedł hacjendę.
Każdy z legionistów pociągnął z niej łyk i przysiągł kapitanowi, że
prędzej zginie, niż się podda.
Walka trwała nadal. Meksykańskie
kule siekały ściany hacjendy raz przy razie. Około godziny 13:00 poległ
kapitan Danjou trafiony kulą w pierś. Dowództwo przejął po nim
podporucznik Villain. Po godzinie otrzymał postrzał w głowę. Teraz
dowódcą został podporucznik Maudet.
Każdemu z legionistów
zostało już zaledwie kilkanaście pocisków. Meksykanie podeszli pod
ściany budynków i przez wyrwy i okna wrzucili wiązki płonącej słomy.
Hacjendę zaczął trawić pożar.
O godzinie 17:00 przy życiu
pozostało już tylko dwunastu legionistów: por. Maudet, sierż. Morzycki,
kaprale Berg, Magnin i Maine oraz szeregowcy: Bartholotto, Leonard,
Catteau, Wenzel, Constantin, Kunaszek i Górski. Meksykanie przerwali
ogień ponownie domagając się kapitulacji. Legioniści wierni przysiędze
złożonej swemu poległemu dowódcy odpowiedzieli, że prędzej zginą, niż
się poddadzą, a sierżant Morzycki sklął meksykańskich wysłanników w
trzech językach.
Sytuacja była beznadziejna. Meksykanie przeskoczyli
przez mur i znaleźli się na terenie obejścia, atakowali z wszystkich
stron. Zepchnęli legionistów do corallu. Obrońcy skryli się za stertami
trupów po południowej stronie dziedzińca i nadal prowadzili ogień.
Sierż. Morzycki zginął próbując przedostać się do budynku hacjendy;
chciał zajść wroga od flanki. Trwało to wszystko godzinę. Padli następni
ranni i zabici. Na koniec, w bitewnym amoku, podporucznik Maudet i
pięciu pozostałych przy życiu legionistów nałożyli bagnety na karabiny i
przystąpili do ostatniej, beznadziejnej szarży. Otworzyli drzwi stajni,
wypalili salwą i rzucili się do walki wręcz.
Podporucznik Maudet i
dwóch legionistów natychmiast poległo. Trzech pozostałych stanęło do
siebie plecami i skierowało bagnety ku otaczającym ich kilkuset
Meksykanom. Już mieli zostać rozszarpani na strzępy przez wściekłych
przeciwników, gdy nadbiegł pułkownik Milan.
- Poddajcie się! – krzyknął do legionistów.
- Poddamy się, jeśli pozwolicie nam pochować naszych zabitych i zachować broń – odparł rwącym się głosem jeden z Francuzów.
Meksykański oficer patrzył przez chwilę na trzy osmalone, zakrwawione
postaci chwiejące się na nogach, ale nadal trzymające w dłoniach broń
wymierzoną w jego żołnierzy.
- Ludziom takim jak wy nie odmówię niczego – odparł po chwili.
Przez jedenaście godzin sześćdziesięciu pięciu legionistów odpierało
ataki dwóch tysięcy Meksykanów zabijając i ciężko raniąc ponad trzystu z
nich. Dzięki ich heroicznej walce konwój z działami i amunicją dotarł
bezpiecznie do oddziałów oblegających Pueblo, które wkrótce zostało
zdobyte. Oni sami, a zwłaszcza ich nieustraszony dowódca przeszli do
legendy Legii Cudzoziemskiej stając się symbolem męstwa i walki do
ostatniego naboju i ostatniego żołnierza. Cesarz Napoleon III
zdecydował, że od tamtej pory nazwa Camerone będzie wyszyta na
wszystkich sztandarach cudzoziemskich.
Kiedy chowano ciała obrońców
hacjendy drewniana ręka kapitana Danjou gdzieś się zawieruszyła. Znalazł
ją meksykański wieśniak i dwa lata po bitwie przekazał ją Legii.
Dzisiaj znajduje się ona w muzeum w Aubagne i stanowi najświętszą
relikwię Legii Cudzoziemskiej.
Podczas święta Camerone ręka kapitana
Danjou jest wystawiana na widok publiczny podczas uroczystej parady
cudzoziemskich oddziałów, a niesienie oszklonej szkatuły zawierającej ją
jest największym zaszczytem dla legionisty. (Wielokrotnie nieśli ja
Polacy).
W roku 1892, armia meksykańska wystawiła pod Cameron
pomniczek z inskrypcją: QUOS HIC PLUS LX ADVERSI TOTIUS AGMINIS MOLES
CONSTRAVIT / VITA PRIAM QUAM VIRTUS MILITES DESERVIT GALLICOS. / DIE XXX
MENSI APR. ANNI MDCCCLXIII7. Co w wolnym przekładzie znaczy: „Tu 60
stanęło przeciw całej nieprzyjacielskiej armii, która ich zmiażdżyła.
Życie wcześniej niż odwaga opuściło żołnierzy francuskich. 30 kwietnia
1863”. Dziś w miejscu bitwy (leżącym przy jednej z głównych ulic
miasteczka Villa-Tejeda) stoi mauzoleum. Spoczywają w nim i legioniści, i
Meksykanie. Wybrukowany kamiennymi płytami plac kończy się ścianą, na
której cesarskie orły przyglądają się dobrze znanemu napisowi Virtuti
Militari.
Lest we forget
Gdy wybuchła I wojna światowa, Australia była młodym, zaledwie 13-letnim państwem (stany australijskie zawiązały federację, tworząc Związek Australijski, 1 stycznia 1901 roku). Nowopowstały naród miał ambicje, by zaistnieć na arenie międzynarodowej. W 1915 roku zapadła więc decyzja o przystąpieniu do wojny i wysłaniu do Europy kontyngentu wojska. ANZAC (skrót od Australian New Zealand Army Corps – Australijsko-Nowozelandzki Korpus Ekspedycyjny) wyruszył do ogarniętej wojną Europy. Wkrótce żołnierze w kapeluszach z podwiniętym jednym rondem oraz ich nowozelandzcy koledzy wylądowali w Egipcie. Po krótkim szkoleniu i zgraniu pododdziałów zostali przerzuceni do Turcji na półwysep Gallipoli, którego zdobycie miało umożliwić wojskom Ententy uchwycenie cieśniny Dardanele i otworzyć drogę na Stambuł. Ciekawostką może być fakt, że operację przygotował ówczesny I lord admiralicji, a późniejszy premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill.
Lądowanie pierwszych żołnierzy ANZAC na Gallipoli odbyło się 25 kwietnia 1915 roku o godzinie 4:30. To, co miało z założenia być sprawnie i szybko przeprowadzoną operacją, zamieniło się w trwająca 8 miesięcy batalię, która pochłonęła po obu stronach konfliktu ponad 130 tysięcy zabitych i drugie tyle rannych. Gdy w styczniu 1916 roku Australijczycy opuszczali półwysep Gallipoli, zostawiali za sobą ciała ponad 8000 towarzyszy broni.
Dla młodego narodu, którego państwowość dopiero się kształtowała, był to szok. Szok, który jednak paradoksalnie scementował naród australijski i stał się jedną z ważniejszych podwalin nowoczesnego australijskiego patriotyzmu. Pierwszy, nieoficjalny ANZAC Day obchodzony był już rok później. 25 kwietnia 1916 roku ponad 2000 australijskich oraz nowozelandzkich żołnierzy przemaszerowało ulicami Londynu. Tamtejsze gazety okrzyknęły ich Rycerzami Gallipoli. Uroczystości odbywały się również w Egipcie, gdzie ANZAC stacjonował i oczywiście w samej Australii. Parady, podobne do londyńskiego marszu, odbyły się w każdym australijskim mieście i miasteczku. W niektórych wzięli nawet udział, wciąż kurujący się w szpitalach, ranni w bitwie weterani. Obwożono ich samochodami pod czułą opieką pielęgniarek. Do końca wojny dzień ten był okazją do organizowania patriotycznych spotkań, parad, festynów i uroczystości połączonych z akcjami rekrutacyjnymi.
W latach 20-tych XX wieku ANZAC Day stał się okazją do uczczenia pamięci nie tylko ofiar operacji dardanelskiej (bo tak bitwę pod Gallipoli nazywają Anglicy) ale również wszystkich 60.000 poległych w I wojnie światowej Australijczyków. W 1927 roku ANZAC Day stał się ogólnokrajowym świętem, a w latach 30-tych XX wieku na stałe wszedł do kalendarza świąt państwowych. Uroczyste marsze i apele poległych odbywały się nawet podczas II wojny światowej, chociaż groźba japońskiego nalotu uniemożliwiała uczestnictwo większej liczby ludności. Z oczywistych przyczyn zgromadzenia były wówczas zabronione.
Dziś ANZAC Day to nie tylko święto 25. kwietnia i dzień wolny od pracy. ANZAC oraz bitwa pod Gallipoli obecne są także w kulturze oraz… kuchni. W 1981 roku znany z filmu „Truman Show” reżyser – Peter Weir nakręcił film o wydarzeniach z 1915 roku. W roli głównej wystąpił młody wówczas Mel Gibson. Na znanej i popularnej także (a może przede wszystkim) w Polsce, płycie zespołu Sabaton „The Art of War”, oprócz słynnego „40: 1” znajdziemy również utwór „Cliffs of Gallipoli”. Do dnia dzisiejszego zaś przysmakiem dzieci i dorosłych są ciastka pieczone według dokładnie tej samej receptury jak te, które żony i matki pakowały do plecaków żołnierzy wyruszających na Wielka Wojnę. Ciastka zwane są Anzac Biscuits.
Australijczycy ANZAC świętują dwojako. Uroczystości zaczynają się wczesnym rankiem, tuż przed wschodem słońca. Tradycja ceremonii o wschodzie słońca (tzw. Dawn Service) ma swoje źródło w zwyczajach żołnierskich, które przestrzegane i kultywowane są w Armii Australijskiej do dnia dzisiejszego. Dla wojska tkwiącego na pozycjach obronnych to pora, która wymaga największego skupienia, koncentracji i trzeźwości umysłu. Zmęczone czuwaniem oczy często tuż przed wschodem słońca, gdy pierwsze słabe promienie światła zaczynają zalewać ziemie, niejednokrotnie tworzą złudzenia optyczne. To właśnie przed świtem wróg najczęściej przypuszcza atak wykorzystując zmęczenie i głęboki sen obrońców. Lądowanie pierwszych żołnierzy ANZAC na brzegach Gallipoli także odbyło się o tej porze. Poranne uroczystości, poza kilkoma przypadkami mającymi charakter obchodów oficjalnych, przeznaczone są tylko i wyłącznie dla weteranów.
Na kilkadziesiąt minut przed wschodem słońca w Klubach Weterana (tzw. R.S.L. – Returned and Services League of Australia) w każdym mieście i dzielnicy, przy pomnikach, na cmentarzach wojskowych i innych miejscach pamięci spotykają się ci, którzy walczyli na wszystkich wojnach, jakie Australia w swej krótkiej historii toczyła. Obowiązkowym elementem takiego spotkania jest dwuminutowa cisza ku czci wszystkich poległych kolegów i towarzyszy broni. Śpiewane są również hymny (australijski, nowozelandzki i królewski), składane wieńce i kwiaty.
Po uroczystościach porannych, około godziny 9.00, odbywają się ogólnodostępne już dla mieszkańców parady i przemarsze ulicami miast. Biorą w nich udział zarówno weterani, jak i oddziały ADF (Australian Defence Forces), a także skauci i kadeci (Cadets to coś w rodzaju naszego Strzelca – zmilitaryzowana forma harcerstwa dla dzieci do lat 16-tu, nad którą opiekę i patronat sprawują poszczególne jednostki wojskowe). Każdy weteran, który otrzymał w swoim życiu jakiekolwiek odznaczenie wojskowe lub wojenne (w przeciwieństwie do Polski, Australia za misje afgańską oraz iracką nadaje swoim żołnierzom odznaczenia jak za kampanie wojenne) i ma je przypięte w ten dzień do piersi, podróżuje wszelkimi środkami komunikacji publicznej za darmo. Ludzie podchodzą do żołnierzy i weteranów, których tego dnia na ulicach mnóstwo, ściskając im ręce i dziękując. Każdy, czy to weteran, żołnierz czy cywil nosi tego dnia wpięty na widocznym miejscu, kwiat rozmarynu. Rozmaryn rośnie dziko właśnie na półwyspie Gallipoli, dlatego stał się symbolem ANZAC Day.
Jakkolwiek uroczystości o wschodzie słońca przeznaczone są w głównej mierze dla weteranów, to jest jednak kilka miejsc gdzie w ceremoniach tych uczestniczyć mogą wszyscy. Takim miejscem jest chociażby ANZAC War Memorial w Canberze oraz pełniący rolę grobu nieznanego żołnierza cenotaf ku czci poległych w Sydney.
Właśnie w uroczystościach w Sydney miałem przyjemność uczestniczyć w tym roku. Mimo, iż dzień był chłodny i pochmurny (późniejsza parada ulicami miasta odbyła się w ulewnym deszczu) plac, na którym znajduje się monument, był pełen ludzi już o 4.30 rano. Wśród tłumu, oprócz żołnierzy i marynarzy służby czynnej oraz weteranów dominowali ludzie młodzi. Średnia wieku oscylowała wokół 30-35 lat. Mnóstwo było także młodzieży, a nawet dzieci, których w języku potocznym zaliczylibyśmy do tzw. „gimbazy” – 12-14 lat. Nikt z nich przez dwie godziny trwania uroczystości nie spojrzał nawet raz na telefon komórkowy. Wszyscy w ten piątkowy chłodny poranek grzecznie wstawali i siadali zgodnie z wytycznymi prowadzącego ceremonię, śpiewali hymn australijski i królewski, słuchali hymnu nowozelandzkiego. Śmiali się i klaskali, gdy orkiestra zagrała „Waltzing Matilda”. W milczeniu i skupieniu oddawali hołd poległym 2 minutami ciszy.
Przy wejściu na plac minąłem chłopaka w wieku 25-28 lat. W odświętnym garniturze (takim jakie mężczyźni zakładają na swój ślub), z wpiętym w klapę rozmarynem. Stał skromnie, z boku przeglądając program uroczystości rozdawany nieopodal przez żołnierzy. Co zwracało uwagę w tym młodym chłopaku? Przypięty obok rozmarynu Medal for Gallantry (medal za odwagę) – trzecie, co do ważności odznaczenie w Armii Australijskiej.
Australijczycy to radosny i serdeczny naród. Lubiący i potrafiący się bawić. Naród o jakże krótkiej historii, a jednocześnie o jakże wielkim przywiązaniu do swojego kraju. Nie potrzebują ustaw i kampanii promocyjnych, aby wywieszać, nosić i malować (a nawet tatuować sobie) flagę australijska. Nie potrzebują zachęty, aby będąc w Europie obowiązkowo odwiedzić Gallipoli. Robią to naturalnie, po prostu. Nie wiem, czy ma na to wpływ brak wojen toczonych na ich terenie czy ilość dni słonecznych w ciągu roku. Ale ludzie, których, na co dzień dzielą nie tylko poglądy polityczne i status społeczny czy materialny, ale również religia, obyczaje, pochodzenie i kolor skóry potrafią w ten dzień stanąć w jednym szeregu i powiedzieć „Lest we forget” (Obyśmy nie zapomnieli).
niedziela, 27 kwietnia 2014
GROM na Ukrainę?
Czy fakt, że najczęściej spotykaną w Sieci reakcją na wieść o zatrzymaniu, przez prorosyjskich separatystów na Ukrainie, członków misji OBWE (w tym polskiego oficera) jest: "Czemu politycy nie wysyłają GROM-u?" świadczy o braku wiedzy i naiwnosci politycznej Polaków? O tym, że nie rozumieją oni spraw związanych z bezpieczeństwem państwa?
Rozumieją. Czasami nawet lepiej niż decydenci. Więcej czytają, dokładniej śledzą wydarzenia, potrafią czytać miedzy wierszami i wyciągać wnioski.
Problem tkwi gdzie indziej.
Polacy,
ci zwykli szarzy fejsbukowicze, po prostu bardzo potrzebują sukcesu.
Nie wiem... dowartościowania, dowodu na to, że są z GROMu dumni nie na
darmo... jakiegoś
powodu do satysfakcji. Wiem, że to nie o to chodzi i że sytuacja jest bardziej
skomplikowana (i oni też to wiedzą), ale ludzie po prostu chcą przeżyć
moment, w którym światu opada szczęka na wieść o tym, że Polska okazała się
"krajem z jajami" i że zrobiła coś odważnego, śmiałego i odniosła
sukces. Chcą sukcesu na miare akcji Izraelczyków z Entebbe i remisu na
Wembley. Czegoś, co da im poczucie, że wbrew wszystkim znakom na niebie i ziemi, żyja w silnym państwie. W państwie, które nie przeprasza za to, że istnieje. Jakkolwiek te marzenia są nierealne, to sytuacje taka, jak z polskim oficerem na Ukrainie są zapalnikiem, który te pragnienia pozwala artykuować.
Pragnienie bycia z czegoś zwyczajnie dumnym jest tak wielkie, że
przyćmiewa ludziom rozsądek. Ludziom tak bardzo dzisiaj brakuje
poczucia, że ich kraj potrafi tupnąc nogą, że zapominają, o fakcie, że nie bardzo
ma czym dziś tupać.
Od
ładnych kilku lat promocja wojska opiera się w Polsce głównie na "specjalsach".
Zrobiliśmy sobie z Wojsk Specjalnych logo na plakat rekrutacyjny i napis na dropsa (znaczy krówkę), a teraz dziwimy sie, że zwykli zjadacze chleba i ogadacze
Teleekspressu widzą w tych, tak reklamowanych SOF złoty środek na
wszelkie problemy.
No i wbrew pozorom Polacy nie zapomnieli o śmierci Piotra Stańczaka.
sobota, 26 kwietnia 2014
O butach, mundurach i kombinezonach
Na gali wręczenia „Buzdyganów”, jeden z laureatów, paramedyk JWK Lubliniec, "Wir" pojawił się w wyjściowym mundurze i czarnych butach polowych, na grubej trekkingowej podeszwie. O to "nieregulaminowe obuwie" oraz "brak szacunku dla munduru" wybuchła w Sieci (oraz poza nią) prawdziwa batalia. Wszyscy się Wira o te nieszczesne trekkingi czepiają. Mnie natomiast zastanawia, czy na powitanie amerykańskich spadochroniarzy z 173. Brygady, gen. Lech Majewski (bądź co
bądź Dowódca Generalny Rodzajów Sił Zbrojnych) do Świdwina przyleciał
pilotując samolot osobiście, że na oficjalnej uroczystości o charakterze międzynarodowym wystąpił w kombinezonie jakby właśnie zza sterów Miga-21 wysiadł? Hełmofonu pod pachą tylko brakuje. I okularów w stylu TopGun.
Może i nawet tak było. Może sam CASĘ do Świdwina pilotował, ale jeżeli już, to mogli z drugim pilotem
przynajmniej jednakowe podkoszulki ubrać.
To tyle w kwestii regulaminu i jego przestrzegania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























