niedziela, 24 listopada 2019

Long Range Desert Group



 Long Range Desert Group ( LRDG – pustynny zwiad dalekiego zasięgu) - pierwotnie zwany Long Range Patrol (LRP), to jednostka powstała w Egipcie w czerwcu 1940 utworzona z pomysłu majora Ralpha A. Bagnolda, za zgodą i na rozkaz generała Archibalda Wavella. 

 

Ich podstawowym zadaniem był daleki zwiad, rekonesans oraz działania dywersyjne poza liniami wroga w Afryce Północnej. Na początku większość żołnierzy LRDG pochodziła z Nowej Zelandii, ale wkrótce dołączyli do nich Rodezyjczycy oraz ochotnicy z Wielkiej Brytanii, oraz innych zakątków Imperium. LRDG nigdy nie liczyła więcej niż 350 ludzi, z których wszyscy byli ochotnikami. 

Ponieważ  żołnierze LRDG byli ekspertami w pustynnej nawigacji byli często wykorzystywani jako przewodnicy przy działaniach Special Air Service (SAS), czy też do przemycania agentów wywiadu za linie wroga. Intensywność wykorzystania LRDG była tak duża, że od grudnia 1940 do kwietnia 1943 roku jednostka ta miała jedynie 15 dni wolnego. 

Za ich największy samodzielny sukces  uważa się operacje Caravan – atak na lotnisko oraz włoskie koszary w mieści Barka. Co prawda Caravan miała być jedynie częścią operacji „Agreement”, czyli skoordynowanego ataku na Benghazi (operacja Bigamy), oazę Jalo (operacja Nicety) oraz Barkę (operacja Caravan), ale jako jedyna osiągnęła sukces.

Jednostki szwadronu B ( w sile dwóch półpatroli – łącznie G1 i T1 liczyły 47 ludzi na 12 ciężarówkach Chevrolet i w 5 Jeepach), pod dowództwem majora Johna Richarda Easonsmitha, opuściły egipskie miasto Fajum i po przejechaniu 1,155 mil (1,859 km) dotarły do jednego z głównych miast włoskiej administracji kolonialnej w Afryce, Barki. Atak LRDG zniszczył na lotnisku 32 samoloty (wg Włochów 16 zniszczonych i 7 uszkodzonych) oraz koszary.

Najważniejszą jednak operacją przeprowadzona przez LRDG było „Road Watch”, czyli bieżący monitoring ruchu na drodze z Trypolisu do Benghazi przekazywany do  centrali wywiadu brytyjskiego.

Po zwycięstwie w Afryce Północnej, LRDG zostały skierowane do działań na Bałkanach i na wsypach greckich, gdy jednak po zakończeniu działań w Europie dowództwo LRDG wystąpiło z prośba o skierowanie ich w rejon Pacyfiku, do walk z Japończykami, prośba została odrzucona. Ostatecznie Long Range Desert Groups zostały rozwiązane w sierpniu 1945 roku…

 

wtorek, 29 października 2019

Operacja "Kayla Mueller"


W Waszyngtonie była 17:00 w sobotę, a w bazie Irbil w Kurdyjskim Okręgu Autonomicznym na terenie Iraku dochodziła północ i zaczynała się niedziela 27 października, gdy na pokłady 8 śmigłowców MH-60 Blackhawk oraz MH-47 Chinook wsiadło 70 ludzi i pies. Mieli przed sobą ponad 720 km lotu nad terenami kontrolowanymi przez Irak, Syrią, Turcję oraz Rosję.

Ludźmi tymi byli operatorzy szwadronu A CAG (Combat Applications Group) – znanego szerzej jako 1st SFOD – D, Delta Force albo The Unit.

Szwadron A Delty to oddział, który ma na koncie m.in. pościg za bin Ladenem w Tora Bora, dorwanie synów Husajna, czy też uwolnienie naszego Jerzego Kosa Iraku. To w szwadronie A służyli Larry Vickers, Thomas Greer, aka 'Dalton Fury”, czy też John "Shrek" McPhee, zwany Szeryfem Bagdadu.

Teraz operatorom Delty towarzyszyli, jako osłona i QRF rangersi z 75th Ranger Regiment, a za sterami śmigieł siedzieli Nightstalkers z 160th Special Operations Aviation Regiment. Pies natomiast podobno wabił się Conan.

Tak rozpoczęła się operacja „Kayla Mueller” – kryptonim nadany ku pamięci Amerykanki, która została porwana i zamordowana przez terrorystów z ISIS, a której celem było Kill lor Capture lidera ISIS, Abu Bakr al-Baghdadiego.

Dystans, jaki musiał pokonać zespół, lecąc nad wrogim w sumie terytorium (aczkolwiek Rosjanie zostali o przelocie oddziału uprzedzeni), był większy niż ten, który pokonali komandosi DEVGRU podczas operacji „Neptun Spear”, która zakończyła się zabiciem UBLa. Piloci 160th SOAR (A) pobili kolejny rekord.

  Ponieważ zasięg operacyjny śmigłowca MH-47 Chinook to ok 400mil (640 km), a MH-60 to prawie 700km, do wsparcia operacji wysłano dwa tankowce MC-130J Commando II. Pomimo zapewnień Prezydenta D. Trumpa, że śmigłowce po wykonaniu zadania wróciły tą samą droga do Iraku nie jest pewne czy nie odleciały ku bliższemu lądowisku jak, chociażby baza RAF w Akrotiri na Cyprze.

Podczas trwającego ok. 70 minut lotu na niskiej wysokości, nad nieznanym terytorium, śmigłowcom parasol powietrzny zapewniały myśliwce F-15E Strike Eagle. Mimo to maszyny kilkukrotnie zostały ostrzelane z ziemi.

Po przybyciu na miejsce, do akcji najpierw wkroczyły MH-60M Black Hawk w konfiguracji DAP (Direct Air Penetrator) z podwieszonymi na pylonach działkami M-230 (tymi samymi, które montowane są na śmigłowcach Apache). Od ognia ze śmigłowców poniosło śmierć 9 terrorystów, a ich efekt widać na zdjęciu.

Po oczyszczeniu terenu pozostałe maszyny wysadziły grupę szturmową. Otoczony i wezwany do poddania się Abu Bakr al-Baghdadi milczał, aczkolwiek kilkoro dorosłych i 11 dzieci na wezwanie Amerykanów opuściło obiekt. Komandosi przystąpili do szturmu, w wyniku którego zginęło dalszych 5 członków ISIS, a wystraszony i zdesperowany Abu Bakr al-Baghdadi uciekł w głąb wykopanego tunelu i tam się wraz z trójka dzieci wysadził.

W operacji nie zginał żaden z żołnierzy JSOC, niestety pies Conan został ranny (podobno stracił łapę). Grupa szturmowa jeszcze przez kilka godzin przeszukiwała pomieszczenia, wzięto także dwóch jeńców. Po ich ewakuacji pozostałości zrównały z ziemią myśliwce bombardujące F-15E Strike Eagle.

 


 

poniedziałek, 5 listopada 2018

Burzowe wrota

Jedno z ostatnich zdjęć żołnierzy 6. kompanii 2. batalionu 104. pułku

Podczas tzw. 2. Wojny Czeczeńskiej rozpoczętej w sierpniu 1999 r. rajdem przywódcy rebeliantów czeczeńskich Szamila Basajewa na rosyjski Dagestan doszło do pamiętnego wydarzenia.
29 lutego 2000 roku, Rosjanie zwyciężyli w bitwie o Szatoj. Jednak dwóm sporym kolumnom bojowników czeczeńskich udało się przebić z okrążenia. Jedna, pod dowództwem Gełajewa przedzierała się w kierunku północno-zachodnim na wieś Komsomolskoje. Druga, pod dowództwem Saudyjczyka Chattaba (byli w niej Idris, Abu Walid, Szamil Basajew) w liczbie około 2500 (dane rosyjskie, raczej przesadzone) obrała kierunek północno-wschodni przez Ułus-Kert. Na ich drodze rosyjskie dowództwo ustawiło 2. batalion 104. pułku desantowego-spadochronowego 76. Dywizji Powietrznodesantowej z Pskowa z zadaniem: nie przepuścić separatystów! Dowódca 104. pułku płk Melentiew rozkazał dowódcy 6-tej kompanii mjr. Mołodowowi zająć wzgórze Isty-Kord. Kompania zajęła wzgórze 776, a na Isty-Kord wysłała 12-osobowe rozpoznanie.
Następnego dnia około 12.30 zostało ono zaatakowane przez Czeczenów i odrzucone na wzgórze 776. W stoczonej we mgle potyczce zginął dowódca kompanii, 35-letni Siergiej Mołodow, a dwóch zwiadowców zostało rannych. Dowództwo kompanii objął kapitan Roman Sokołow, jednak głównym dowódcą obrony był 36-letni dowódca 2. batalionu - podpułkownik Jewtiuchin. Rozkazał on spadochroniarzom okopać się na wzgórzu 776 i stamtąd odpierał ataki Czeczenów oraz arabskich mudżahedinów.
Na wsparcie z powietrza nie można było liczyć z powodu gęstej mgły. Do wieczora 29 lutego kompania miała 33 zabitych ( z 90 ludzi początkowego stanu). Po trzech nieudanych atakach Czeczeni zaczęli przegrupowanie i ściągnęli posiłki z innych rejonów (nie tylko o wzgórze 776 tego dnia toczyły się walki). Chattab wydał rozkaz atakowania wzgórza do skutku. Szturmy następowały co godzina, co pół. Coraz mniej żołnierzy było w stanie je odpierać. Na pomoc obleganym pośpieszyły inne kompanie batalionu, jednak wpadły w zasadzkę i nie mogły dotrzeć do celu. Jedynie około godziny 3-ej w nocy 15 żołnierzy z 4-ej kompanii na czele z dowódca kompanii Aleksandrem Dostałowem udało się (zresztą wbrew rozkazom dowództwa) przebić do obrońców. Cała piętnastka tej nocy poległa.
Około 6 rano wzgórze wobec braku „siły żywej przeciwnika” zaczęli opanowywać mudżahedini. Wobec tego 28-letni kapitan Wiktor Romanow po śmierci dowódcy pułkownika Jewtiuchina przez radio skierował ogień artylerii na siebie. Ostanie jego słowa to " lewo piędziesiąt, żegnajcie "mużyki" ".

Z 90 desantników, do rana dożyło 6, w tym 4 ciężko rannych. Zakrwawionych i ogłuszonych Czeczeni nie zauważyli i nie dobili. Dwóch z ocalałej szóstki nie miało nawet zadraśnięcia. Roman Chistołubow (po raz pierwszy brał udział w walce) i Aleksiej Komarow. Bardzo ciekawe są ich wspomnienia. Walka trwała nieomal non stop przez około 24 h. Od pierwszego szturmu aż do przejścia sił Chattaba przez opanowane wzgórze na tereny niekontrolowane przez wojska Federacji. Pod koniec walczono (ponoć) saperkami jak skończyła się amunicja. Jewtiuchin poprosił o posiłki zbyt późno. Najbliższy pułk stał 5 km od ich pozycji jednak taka odległość w górach to kilka kilkanaście godzin.

Według radiowych komunikatów czeczeńskich stracili oni około 350 ludzi.

W Rosji, pomimo porażki 6 Kompanii, która przecież nie obroniła wzgórza 776, zagłada prawie wszystkich jej żołnierzy nabrała cech heroicznego mitu. Jej żołnierze stali się w Rosji wojenną legendą.
W Pskowie ufundowano pomnik upamiętniający 6 kompanię 2. Batalionu 104. pułku. Żołnierze tej jednostki zostali pośmiertnie wyróżnieni najwyższymi rosyjskimi odznaczeniami wojskowymi. Aż 22 z nich otrzymało Order Bohatera Federacji Rosyjskiej. Dla porównania podczas trwającej 10 lat interwencji radzieckiej w Afganistanie poprzedzający go Order Bohatera Związku Radzieckiego dostało tylko 65 wojskowych.

W 2006 roku powstał 4-odcinkowy mini-serial telewizyjny opowiadający o walkach 6. kompanii na wzgórzu 776

Jako ciekawostkę natomias należy dodać, że motyw wezwania artylerii na własne pozycje przypomina czyn polskiego chorążego Kunysza z 9. pułku 3. DP WP - 19.IX.1944r. W domu przy ul. Idźkowskiego 4 na warszawskim Czerniakowie, wobec okrążenia i beznadziejności położenia przywołał na siebie ogień artylerii zza Wisły ginąc sam, ale i zabijając pewną liczbę Niemców.


sobota, 27 października 2018

Ostatnia szarża...

Jednym z mało dziś znanych w świecie wydarzeń I wojny światowej była bitwa, która rozegrała się 31 października 1917 roku w Beer Szewa (miasto leżące dziś na terytorium Izraela). Ta niewielka wówczas miejscowość była ważnym lokalnym ośrodkiem administracyjnym. Tam też mieścił się garnizon armii tureckiej oraz duża grupa oficerów niemieckich, na czele z dowodzącym generałem Friedrichem Freiherr Kress von Kressenstein. Egipskie Siły Ekspedycyjne (czyli po prostu Brytyjczycy) wcześniej kilkakrotnie bezskutecznie próbowały przełamać turecką obronę w Gazie i zdobyć miasto. Turecka obrona, wspierana przez Niemców, była jednak bardzo silna, ataki 60 Londyńskiej Dywizji były skutecznie odpierane za pomocą dział, niewiele pomogło wsparcie 74 Dywizji. Turcy i Niemcy byli przekonani o swojej militarnej dominacji w tym rejonie, a zdobycie miasta uważali za po prostu niemożliwe. Jednakże Brytyjczycy nie rezygnowali. Niestety wszystkie ich oddziały zajęte były walkami o obiekty w dalszej okolicy, przy Beer Szewa pozostały tylko dwie jednostki australijskie w liczbie zaledwie 800 żołnierzy z 4 i 12 Regimentu Australijskiego 4 lekkiej Brygady Kawalerii pod dowództwem generała Allenby. Problem polegał na tym, że konie potrzebowały ogromnych ilości paszy i wody, których w pobliskich oazach po prostu nie było. Atak musiał się więc odbyć szybko, każdy dzień zwłoki mógłby spowodować śmierć wielu zwierząt.
Mimo pośpiechu atak był dość szczegółowo przygotowany: miał odbyć się z zaskoczenia, późnym popołudniem. Żołnierze otrzymali instrukcję, gdzie sugerowano atak bagnetami jako bronią tylko do kłucia. Bagnety nie miały być osadzone na karabinach, lecz trzymane w ręku, dzięki czemu możliwe było używanie obu rąk do trzymania wodzy i lepsze było panowanie nad końmi. Zbrojmistrze otrzymali rozkaz naostrzenia wszystkich bagnetów. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że walka i zdobycie miasta da wojsku zapasy żywności i wody, niezbędne do przeżycia.
Bitwa zaczęła się od przygotowania artyleryjskiego i zdobycia siłami piechoty jednego ze wzgórz, z którego Turcy mogliby ogniem zatrzymać szarżę. Sama szarża odbyła się na dystansie prawie 4 kilometrów, przy czym kawalerzyści kilkakrotnie znaleźli się w ogniu karabinów, dział i ciężkich karabinów maszynowych. Dzięki galopowi straty były jednak nie tak wielkie, niż gdyby atak odbywać się miał innymi metodami. Turcy zresztą się tego spodziewali, oczekując, że zbliżające się wojsko zsiądzie z koni i zacznie walczyć pieszo. Tak się jednak nie stało. Morale Turków zostało złamane widokiem błyskawicznego, frontalnego konnego ataku wprost na ich pozycje, widziane były wśród nich objawy paniki i niezdyscyplinowania. Po przeskoczeniu zasieków i trzymetrowej głębokości okopów kawalerzyści zaatakowali namioty przeciwnika, rozpoczęły się pojedyncze walki wręcz. Miasto zostało zdobyte, przy czym Turkom nie udało się w odwrocie zniszczyć wszystkich studni.
Była to, jak dziś się nazywa, ostatnia uwieńczona sukcesem konna szarża w wojennej historii Wielkiej Brytanii. Szarża desperacka, pod względem bohaterstwa podobna do tej pod Samosierrą: żołnierze dosiadali swych koni uzbrojeni wyłącznie w bagnety, przeciw sobie mając 4000 Turków uzbrojonych nie tylko w karabiny, ale i artylerię. Dotarcie na miejsce i szarża była rajdem przez przez łącznie 4 kilometry rozpalonego piasku. Był to rajd na koniach, które będąc na pustyni od ponad dwóch dni pozostawały bez wody...
Dziś wprawdzie na obrzeżach miasta istnieje nadal cmentarz z grobami ponad 31 brytyjskich i australijskich kawalerzystów, którzy padli w tej bitwie, ale tak naprawdę mało kto pamiętał o tym wydarzeniu, nawet w Australii i Izraelu. Tymczasem ten zwycięski atak miał ogromne znaczenie strategiczne - otworzył Brytyjczykom drogę do Jeruzalem i Damaszku, pozwolił im zająć i utrzymać pod kontrolą przez kolejne lata tereny dzisiejszego Izraela i stał się początkiem końca Imperium Otomańskiego. Po I wojnie światowej Liga Narodów zgodziła się na stworzenie Mandatu Palestyny pod brytyjskim protektoratem, a w roku 1948, po podziale Palestyny, państwo Izrael mogło proklamować niepodległość. Gdyby więc nie ta szarża, to być może te tereny pozostałyby do dziś pod władaniem Turków, a założenie Izraela byłoby niemożliwe. Dlatego też w 2008 roku prezydent Izraela Szimon Peres dokonał odsłonięcia pomnika dłuta Petera Corlett, przedstawiającego australijskiego kawalerzystę w szarży.


poniedziałek, 9 lipca 2018

MIlion zza oceanu

Gdy wiosną 1944 roku, polski działacz emigracyjny Mieczysław Haiman wysłał do 796 polskich parafii w USA ankiety z pytaniem o liczbę wiernych, osób zmobilizowanych i tych, którzy polegli na służbie, odpowiedziało mu 538 parafii. Dało to niezmiernie rzadką na tle innych grup etnicznych możliwość oszacowania skali mobilizacji. Ankieta Haimana pokazała, że ponad milion żołnierzy w armii USA był polskiego pochodzenia.
Jak na tak ogromna liczbę Polaków, z których sporo było emigrantami w pierwszym albo drugim pokoleniu, młodymi ludźmi wciąż myślącymi i mówiącymi po polsku, walczących na frontach II wojny światowej w amerykańskich mundurach to temat ten dotychczas jakby w polskiej świadomości historycznej nie istniał. Odnieść można również wrażenie, że temat ten nie istniał także w świadomości Polonii amerykańskiej.
W piątek 6 lipca gdańskie Muzeum II Wojny Światowej z inicjatywy oraz przy ogromnej współpracy Stowarzyszenia Historycznego Wielka Czerwona Jedynka zaprosiło zwiedzających na otwarcie szczególnej wystawy. Ekspozycja nosząca nazwę: „Milion zza oceanu” poświęcona jest amerykańskim żołnierzom o polsko brzmiących nazwiskach, którzy, walczyli, zwyciężali, odznaczali się bohaterskimi czynami i ginęli podczas bitew i kampanii II wojny.
W słoneczne piątkowe popołudnie pod muzeum zaparkowały amerykańskie drugowojenne pojazdy wojskowe, a wchodzących do gmachu gdańszczan witał punkt rekrutacyjny US Army. 
Samą wystawę, którą można będzie zwiedzać do 31 października 2018 roku otworzył dyrektor Muzeum dr Karol Nawrocki. Odczytano również list Wiceministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Jarosława Sellina.
Co ciekawe to piątkowe otwarcie wystawy Milion zza oceanu należałoby nazwać raczej polska premierą, gdyż 6 miesięcy temu ekspozycja ta miała swój debiut właśnie zza oceanem, w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku. Tam również otwierał ja dyrektor Muzeum II Wojny, Karol Nawrocki. Ekspozycja podróżowała następnie po Stanach odwiedzając bliskie polskiej społeczności w USA miejsca, miasta odraz nekropolie, m.in. w rodzinnym mieście asa myśliwskiego z II wojny oraz wojny koreańskiej, pułkownika Francisa „Gabby” Gabreskiego. 
Zainteresowanie, jaki wzbudziła sprawiło, że istnieją już plany otworzenia podobnej wystawy o Amerykanach polskiego pochodzenia, jako części ekspozycji w amerykańskim Muzeum Narodowym II Wojny Światowej w Nowym Orleanie.
Na zwiedzających po raz pierwszy wystawę oczekiwała diorama prezentowana przez rekonstruktorów, a przedstawiająca, niemal wyjętą z Szeregowca Ryana scenę z życia okopowego. Po tym żywym wprowadzeniu w epokę następowała podróż przez życiorysy, historie, epizody ciekawostki, niezwykłe biografie zwyczajnych ludzi oraz oczywiście eksponaty, z których jednym był oryginalny mundur RAF Witolda Urbanowicza.
Dzięki zaangażowaniu pomysłodawców i współtwórców wystawy, Piotra Langenfelda oraz Michała Kowalskiego ze Stowarzyszenia Wielka Czerwona Jedynka, a także przy niewątpliwej pomocy
i współpracy Muzeum II Wojny Światowej udało się nie tylko dotrzeć do instytucji zagranicznych, muzeów, fundacji oraz przede wszystkim rodzin weteranów, co pozwoliło na zaprezentowanie naprawdę ciekawych i nieznanych bliżej biogramów. O ile bowiem, o Witoldzie Urbanowiczu słyszeli chyba wszyscy, o żołnierzu 3 Armii generał Pattona, Leonie Niemczyku również, to już mało kto zna takie nazwiska jak Teodor Dobol, Philip Streczyk czy też wspomniany wcześniej, „Gabby” Gabreski. Mało kto wie, że najbardziej odznaczonym amerykańskim żołnierzem Ii wojny był Polak i że to polska stopa, chociaż w amerykańskim bucie, pierwsza od czasów rzymskich przekroczyła w walce rzekę Ren. 
Nieobecny niestety podczas uroczystości otwarcia wystawy jej główny pomysłodawca, Piotr Langenfeld podczas rozmowy telefonicznej powiedział: „Wystawa jest w dużej mierze wynikiem poszukiwań naszego stowarzyszenia, które za jeden z celów statutowych stawia sobie zbieranie informacji, biogramów o Amerykanach polskiego pochodzenia,
a także Polakach służących w siłach zbrojnych USA, tak w czasie 2 wojny światowej jak i po jej zakończeniu. Udział i zaangażowanie Polonii w siłach zbrojnych USA, a także jego skala oraz następstwa dla społeczności polskiej w USA po wojnie, nie były dotychczas ani szeroko omawiane, ani przedstawiane. Tymczasem, jak inne mniejszości narodowościowe i Polacy wnieśli swój wkład w amerykański wysiłek wojenny. Ba, wielu z nich zapisało się w historii, oraz w dziejach swoich jednostek, jak chociażby bohaterowie słynnej 1 Dywizji Piechoty, Big Red One, Teodor Dobol czy Philip Streczyk. Inni, już jako wysocy rangą oficerowie lobbowali za przyjęciem Polski do NATO. Niektóre biogramy to opowieści niesamowite, niewiarygodne i wręcz idealnie nadające się na film wojenny.” 
Może po świetnych „Szyfrach wojny” poświęconych udziałowi Indian Nawaho w walkach na Pacyfiku oraz równie znanej „Czarnej eskadrze” o afroamerykańskich pilotach myśliwskich, powstanie kiedyś film o Polakach z US Army. Sama wystawa natomiast, zaintryguje, zaciekawi i zainspiruje pasjonatów w historii do zgłębiania tego tematu nie tylko na poziomie historiograficznym i naukowym. A jest co zgłębiać – ich było ponad milion.




 





niedziela, 13 maja 2018

Australijski WOT

Regional Force Surveillance Units (RFSUs) - trzy jednostki, każda wielkości batalionu, składające się w 90% z rezerwistów, które prowadzą regularne patrole północnych terenów Australii - rezerwiści podczas tych patroli zaliczają swoje "weekendowe" szkolenia.
Według stanu na grudzień 2014 roku RFSUs składało się z 200 żołnierzy służby czynnej i ponad 1300 rezerwistów.
Zanim powstały Regional Force Surveillance Units takie patrole prowadził SASR.
I pisząc "rezerwiści" nie mam na myśli rezerwy w naszym tego słowa znaczeniu - czyli PO odbyciu służby w jednostkach operacyjnych, po zetce czy po zakończeniu kontraktu, nie... to cywile.
Po zakończeniu służby czynnej w oddziałach regularnych ADF przechodzi się też do rezerwy ale na 5 lat do tzw. Standby Reserve - tacy rezerwiści nie są wzywani na ŻADNE szkolenia, a mogą być jedynie zmobilizowani w czasie wojny lub ogólnonarodowego zagrożenia... na stanowiska administracyjne i zabezpieczenia. Prawdziwa Army Reserve czyli High Readiness Reserve oraz Reserve Response Force składają się z ...weekendowych żołnierzy.
The Reserve Response Force szkolą się przez minimum 20 dni w roku, a maksimum to 100 dni w roku, High Readiness Reserve to minimum 32 dni na rok - max też 100, a w wyjątkowych wypadkach i za specjalną zgoda można to wydłużyć do 150 na rok.
Unitarka w ADF to 80 dniowy kurs. Jest też kurs zaawansowany, na który trafiają m.in kandydaci na komandosów w ramach rekrutacji bezpośredniej cywili DRS (Special Forces Direct Recruitment Scheme) - trwa on kolejne 72 dni i w założeniu, po jego ukończeniu ma się wiedzę i umiejętności porównywalne z piechurem po 2 latach normalnej służby...
Army Reserve to wojsko na pół etatu - oni wszyscy maja swoje cywilne etaty, a żołnierzami są w czasie wolnym - niektórzy pracują w cywilu na pół etatu, a drugie pół etatu są żołnierzami. Dostają za to, na początek, jakieś 20kilka tysięcy AUD na rok - oczywiście nie płacąc od tego podatku.

czwartek, 10 maja 2018

Zetka lekarstwem na rurki

Ponieważ przez Facebooka zaś (nadużywanie "zaś" podobno świadczy o naleciałościach górnośląskich😆) przetacza się fala memów o przywróceniu Zasadniczej Służby Wojskowej... no to zaś 😉 się wypowiem :)

Zwolennicy zasadniczej służby wojskowej dzielą się w moim odczuciu na dwa obozy. Jeden to pokolenie starsze. Pokolenie, które samo doświadczyło „plusów dodatnich” oraz „plusów ujemnych” zasadniczej służby wojskowej i ze zrozumiałych względów ma do tego fragmentu swojego życiorysu ogromną nostalgię. Wiadomo nie od dziś, że nie ma większej przyjaźni niż koledzy z wojska i lepszych wspomnień, jak to, co „myśmy ze szwagrem w wojsku robili”. „Jeżeli ja mogłem/musiałem iść do woja, to dzisiejsza młodzież też powinna!” Taka trochę filozofia spod znaku „za moich czasów to…”.

Druga grupa opowiadająca się za służbą zasadniczą to ludzie nazwani przeze mnie roboczo „anty-rurkarze”. Są to młodzi ludzie (mężczyźni i kobiety, chociaż więcej chyba wśród nich przedstawicielek płci pięknej), którym w obecnym społeczeństwie przeszkadza nadmierne ich (moim zresztą też, ale ja jestem z ubiegłego stulecia) sfeminizowanie… Chodzi o metroseksualność współczesnych chłopaków. Upatrują oni w obowiązkowej służbie wojskowej panaceum na chłopców w jeansach-rurkach. Uważają, że to obowiązkiem armii jest wychować chłopców na mężczyzn i patriotów, którzy przecież w „rurkach” chodzić nie będą. Są przekonani, że jeżeli fan Justina Biebera poszedłby do wojska, to opuściłby koszary jako dumny fan co najmniej Sabatonu. Zapominają jednak, że podstawowym zadaniem wojska jest obrona kraju, a nie stylizowanie młodych ludzi.

Istnieją naprawdę niewielkie szanse, że chłopak, który mając 19 lat i w sumie dość ukształtowaną już osobowość i charakter nagle diametralnie zmieni się przez 6, 12 czy 18 miesięcy służby wojskowej. To na rodzicach spoczywa obowiązek wychowania młodego człowieka, to oni muszą dopilnować, aby ich dzieci nie były wychowywane przez Internet i ulicę. To szkoła musi uczyć i wpajać wartości obywatelskie i patriotyczne, a nie jedynie „realizować program”. Mam wrażenie, że zasadnicza służba wojskowa jest tutaj traktowana trochę jak „złoty środek”, który wszystko powinien naprawić, … gdyby był. Jego brak jest za to powodem tabunu „chłopców w rurkach” na polskich ulicach.

Obydwu frakcjom zwolenników przywrócenia ZSW brakuje jednego wspólnego elementu. Szczegółowej koncepcji, jak tego dokonać. Głośno krzyczą „przywróćmy”, ale cichną lub wręcz milkną gdy padają pytania: „no dobrze, ale jak?” Nie uświadczysz od nich zdecydowanych i konkretnych odpowiedzi na temat ilości poborowych, którzy mieliby zasilić polskie siły zbrojne. Czy to miałaby być 20-tysięczna, 50-tysięczna czy wreszcie jak za czasów świetności LWP 400-tysięczna armia? Jak to wojsko z poboru umieścić w strukturach WP? Jako osobne jednostki czy też wymieszać z zawodowym? Przypominam, że jeżeli potencjalny poborowy będzie miał stopień szeregowego, to automatycznie szeregowym zawodowym należałoby dać stopień co najmniej starszego szeregowego, a starszym szeregowym – kaprala. Mielibyśmy największą złożoną z kaprali armię na planecie Ziemia. No i gdzie są jakieś wolne koszary, w których poborowi mogliby zostać umieszczeni? Od kilku ładnych przecież lat w związku ze zmniejszeniem stanu osobowego armii mienie wojskowe jest wyprzedawane. A jeszcze nie słyszałem, żeby gdzieś w kraju wybudowano od podstaw nowoczesne koszary, które spełniałyby standardy obowiązujące na świecie w drugiej połowie XX stulecia.

Wojsko z poboru, tak jak czarno-biała telewizja i silnik dwusuwowy, odchodzą do lamusa. Tym, którzy służyli, pozostają fajne wspomnienia oraz koledzy z wojska, na których zawsze można liczyć. Są oczywiście kraje, gdzie ten model wyśmienicie się sprawdza, ale również zauważyć należy, że świadomość obywatelska w tych krajach stoi na zupełnie innym poziomie. Tak, mam tu na myśli Izrael. Zamiast więc tracić energię na próby reaktywowania czegoś, co w obecnej sytuacji politycznej nie ma racji bytu, sugerowałbym skupić się na tym, jak wychować naszą młodzież na wartościowych obywateli, na których ojczyzna będzie mogła liczyć bez względu na krój spodni. Bo to nie szata czyni cię Polakiem, ale to co masz w sercu.

PS. Chłopak w „rurkach” może pierwszy chwycić za broń, a zatwardziały zwolennik służby wojskowej dla każdego, może nie wyjść spod łóżka.

Żołnierz batalionu Parasol Krzysztof Kamil Baczyński, gdyby żył dzisiaj, byłby pewnie awangardowym artystą i kto wie,… pewnie chodziłby w „rurkach”.