niedziela, 19 stycznia 2020
Bo my, psy, musimy trzymać się razem
„Psy” – te z 1992 roku, to film bez wątpienia kultowy. Powiedzenia z filmu na stałe weszły do języka potocznego, sceny z bohaterami do dzisiaj goszczą w popkulturze, a kadry z filmu w memach, czy komentarzach. Film, mimo że obejrzany wielokrotnie, nadal puszczany był jako tło męskich wieczorów przy kieliszku. Coś w tle musiało grać, coś, co nie było Shazzą i Boysami z jednej strony, a Illusionem i Pearl Jamem z drugiej… „Psy” do flaszki zawsze były idealne.
niedziela, 24 listopada 2019
Long Range Desert Group
Long Range Desert Group ( LRDG – pustynny zwiad dalekiego zasięgu) - pierwotnie zwany Long Range Patrol (LRP), to jednostka powstała w Egipcie w czerwcu 1940 utworzona z pomysłu majora Ralpha A. Bagnolda, za zgodą i na rozkaz generała Archibalda Wavella.
Ich podstawowym zadaniem był daleki zwiad, rekonesans oraz działania dywersyjne poza liniami wroga w Afryce Północnej. Na początku większość żołnierzy LRDG pochodziła z Nowej Zelandii, ale wkrótce dołączyli do nich Rodezyjczycy oraz ochotnicy z Wielkiej Brytanii, oraz innych zakątków Imperium. LRDG nigdy nie liczyła więcej niż 350 ludzi, z których wszyscy byli ochotnikami.
Ponieważ żołnierze LRDG byli ekspertami w pustynnej nawigacji byli często wykorzystywani jako przewodnicy przy działaniach Special Air Service (SAS), czy też do przemycania agentów wywiadu za linie wroga. Intensywność wykorzystania LRDG była tak duża, że od grudnia 1940 do kwietnia 1943 roku jednostka ta miała jedynie 15 dni wolnego.
Za ich największy samodzielny sukces uważa się operacje Caravan – atak na lotnisko oraz włoskie koszary w mieści Barka. Co prawda Caravan miała być jedynie częścią operacji „Agreement”, czyli skoordynowanego ataku na Benghazi (operacja Bigamy), oazę Jalo (operacja Nicety) oraz Barkę (operacja Caravan), ale jako jedyna osiągnęła sukces.
Jednostki szwadronu B ( w sile dwóch półpatroli – łącznie G1 i T1 liczyły 47 ludzi na 12 ciężarówkach Chevrolet i w 5 Jeepach), pod dowództwem majora Johna Richarda Easonsmitha, opuściły egipskie miasto Fajum i po przejechaniu 1,155 mil (1,859 km) dotarły do jednego z głównych miast włoskiej administracji kolonialnej w Afryce, Barki. Atak LRDG zniszczył na lotnisku 32 samoloty (wg Włochów 16 zniszczonych i 7 uszkodzonych) oraz koszary.
Najważniejszą jednak operacją przeprowadzona przez LRDG było „Road Watch”, czyli bieżący monitoring ruchu na drodze z Trypolisu do Benghazi przekazywany do centrali wywiadu brytyjskiego.
Po zwycięstwie w Afryce Północnej, LRDG zostały skierowane do działań na Bałkanach i na wsypach greckich, gdy jednak po zakończeniu działań w Europie dowództwo LRDG wystąpiło z prośba o skierowanie ich w rejon Pacyfiku, do walk z Japończykami, prośba została odrzucona. Ostatecznie Long Range Desert Groups zostały rozwiązane w sierpniu 1945 roku…
![]() |
wtorek, 29 października 2019
Operacja "Kayla Mueller"
W Waszyngtonie była 17:00 w sobotę, a w bazie Irbil w Kurdyjskim Okręgu
Autonomicznym na terenie Iraku dochodziła północ i zaczynała się
niedziela 27 października, gdy na pokłady 8 śmigłowców MH-60 Blackhawk
oraz MH-47 Chinook wsiadło 70 ludzi i pies. Mieli przed sobą ponad 720 km lotu nad terenami kontrolowanymi przez Irak, Syrią, Turcję oraz
Rosję.
Ludźmi tymi byli operatorzy szwadronu A CAG (Combat Applications Group) – znanego szerzej jako 1st SFOD – D, Delta Force albo The Unit.
Szwadron A Delty to oddział, który ma na koncie m.in. pościg za bin Ladenem w Tora Bora, dorwanie synów Husajna, czy też uwolnienie naszego Jerzego Kosa Iraku. To w szwadronie A służyli Larry Vickers, Thomas Greer, aka 'Dalton Fury”, czy też John "Shrek" McPhee, zwany Szeryfem Bagdadu.
Teraz operatorom Delty towarzyszyli, jako osłona i QRF rangersi z 75th Ranger Regiment, a za sterami śmigieł siedzieli Nightstalkers z 160th Special Operations Aviation Regiment. Pies natomiast podobno wabił się Conan.
Tak rozpoczęła się operacja „Kayla Mueller” – kryptonim nadany ku pamięci Amerykanki, która została porwana i zamordowana przez terrorystów z ISIS, a której celem było Kill lor Capture lidera ISIS, Abu Bakr al-Baghdadiego.
Dystans, jaki musiał pokonać zespół, lecąc nad wrogim w sumie terytorium
(aczkolwiek Rosjanie zostali o przelocie oddziału uprzedzeni), był
większy niż ten, który pokonali komandosi DEVGRU podczas operacji
„Neptun Spear”, która zakończyła się zabiciem UBLa. Piloci 160th SOAR
(A) pobili kolejny rekord.
Ponieważ zasięg operacyjny śmigłowca MH-47 Chinook to ok 400mil (640 km), a MH-60 to prawie 700km, do wsparcia operacji wysłano dwa tankowce MC-130J Commando II. Pomimo zapewnień Prezydenta D. Trumpa, że śmigłowce po wykonaniu zadania wróciły tą samą droga do Iraku nie jest pewne czy nie odleciały ku bliższemu lądowisku jak, chociażby baza RAF w Akrotiri na Cyprze.
Podczas trwającego ok. 70 minut lotu na niskiej wysokości, nad nieznanym terytorium, śmigłowcom parasol powietrzny zapewniały myśliwce F-15E Strike Eagle. Mimo to maszyny kilkukrotnie zostały ostrzelane z ziemi.
Po przybyciu na miejsce, do akcji najpierw wkroczyły MH-60M Black Hawk w konfiguracji DAP (Direct Air Penetrator) z podwieszonymi na pylonach działkami M-230 (tymi samymi, które montowane są na śmigłowcach Apache). Od ognia ze śmigłowców poniosło śmierć 9 terrorystów, a ich efekt widać na zdjęciu.
Po oczyszczeniu terenu pozostałe maszyny wysadziły grupę szturmową. Otoczony i wezwany do poddania się Abu Bakr al-Baghdadi milczał, aczkolwiek kilkoro dorosłych i 11 dzieci na wezwanie Amerykanów opuściło obiekt. Komandosi przystąpili do szturmu, w wyniku którego zginęło dalszych 5 członków ISIS, a wystraszony i zdesperowany Abu Bakr al-Baghdadi uciekł w głąb wykopanego tunelu i tam się wraz z trójka dzieci wysadził.
W operacji nie zginał żaden z żołnierzy JSOC, niestety pies Conan został ranny (podobno stracił łapę). Grupa szturmowa jeszcze przez kilka godzin przeszukiwała pomieszczenia, wzięto także dwóch jeńców. Po ich ewakuacji pozostałości zrównały z ziemią myśliwce bombardujące F-15E Strike Eagle.
poniedziałek, 5 listopada 2018
Burzowe wrota
![]() |
| Jedno z ostatnich zdjęć żołnierzy 6. kompanii 2. batalionu 104. pułku |
Podczas
tzw. 2. Wojny Czeczeńskiej rozpoczętej w sierpniu 1999 r. rajdem
przywódcy rebeliantów czeczeńskich Szamila Basajewa na rosyjski Dagestan
doszło do pamiętnego wydarzenia.
29 lutego 2000 roku, Rosjanie
zwyciężyli w bitwie o Szatoj. Jednak dwóm sporym kolumnom bojowników
czeczeńskich udało się przebić z okrążenia. Jedna, pod dowództwem
Gełajewa przedzierała się w kierunku północno-zachodnim
na wieś Komsomolskoje. Druga, pod dowództwem Saudyjczyka Chattaba (byli w
niej Idris, Abu Walid, Szamil Basajew) w liczbie około 2500 (dane
rosyjskie, raczej przesadzone) obrała kierunek północno-wschodni przez
Ułus-Kert. Na ich drodze rosyjskie dowództwo ustawiło 2. batalion 104.
pułku desantowego-spadochronoweg o
76. Dywizji Powietrznodesantowej z Pskowa z zadaniem: nie przepuścić
separatystów! Dowódca 104. pułku płk Melentiew rozkazał dowódcy 6-tej
kompanii mjr. Mołodowowi zająć wzgórze Isty-Kord. Kompania zajęła wzgórze
776, a na Isty-Kord wysłała 12-osobowe rozpoznanie.
Następnego dnia
około 12.30 zostało ono zaatakowane przez Czeczenów i odrzucone na
wzgórze 776. W stoczonej we mgle potyczce zginął dowódca kompanii,
35-letni Siergiej Mołodow, a dwóch zwiadowców zostało rannych. Dowództwo
kompanii objął kapitan Roman Sokołow, jednak głównym dowódcą obrony był
36-letni dowódca 2. batalionu - podpułkownik Jewtiuchin. Rozkazał on
spadochroniarzom okopać się na wzgórzu 776 i stamtąd odpierał ataki
Czeczenów oraz arabskich mudżahedinów.
Na wsparcie z powietrza nie
można było liczyć z powodu gęstej mgły. Do wieczora 29 lutego kompania
miała 33 zabitych ( z 90 ludzi początkowego stanu). Po trzech
nieudanych atakach Czeczeni zaczęli przegrupowanie i ściągnęli posiłki z
innych rejonów (nie tylko o wzgórze 776 tego dnia toczyły się walki).
Chattab wydał rozkaz atakowania wzgórza do skutku. Szturmy następowały
co godzina, co pół. Coraz mniej żołnierzy było w stanie je odpierać. Na
pomoc obleganym pośpieszyły inne kompanie batalionu, jednak wpadły w
zasadzkę i nie mogły dotrzeć do celu. Jedynie około godziny 3-ej w nocy
15 żołnierzy z 4-ej kompanii na czele z dowódca kompanii Aleksandrem
Dostałowem udało się (zresztą wbrew rozkazom dowództwa) przebić do
obrońców. Cała piętnastka tej nocy poległa.
Około 6 rano wzgórze
wobec braku „siły żywej przeciwnika” zaczęli opanowywać mudżahedini.
Wobec tego 28-letni kapitan Wiktor Romanow po śmierci dowódcy pułkownika
Jewtiuchina przez radio skierował ogień artylerii na siebie. Ostanie
jego słowa to " lewo piędziesiąt, żegnajcie "mużyki" ".
Z 90
desantników, do rana dożyło 6, w tym 4 ciężko rannych. Zakrwawionych i
ogłuszonych Czeczeni nie zauważyli i nie dobili. Dwóch z ocalałej
szóstki nie miało nawet zadraśnięcia. Roman Chistołubow (po raz pierwszy
brał udział w walce) i Aleksiej Komarow. Bardzo ciekawe są ich
wspomnienia. Walka trwała nieomal non stop przez około 24 h. Od
pierwszego szturmu aż do przejścia sił Chattaba przez opanowane wzgórze
na tereny niekontrolowane przez wojska Federacji. Pod koniec walczono
(ponoć) saperkami jak skończyła się amunicja. Jewtiuchin poprosił o
posiłki zbyt późno. Najbliższy pułk stał 5 km od ich pozycji jednak taka
odległość w górach to kilka kilkanaście godzin.
Według radiowych komunikatów czeczeńskich stracili oni około 350 ludzi.
W Rosji, pomimo porażki 6 Kompanii, która przecież nie obroniła wzgórza
776, zagłada prawie wszystkich jej żołnierzy nabrała cech heroicznego
mitu. Jej żołnierze stali się w Rosji wojenną legendą.
W Pskowie
ufundowano pomnik upamiętniający 6 kompanię 2. Batalionu 104. pułku.
Żołnierze tej jednostki zostali pośmiertnie wyróżnieni najwyższymi
rosyjskimi odznaczeniami wojskowymi. Aż 22 z nich otrzymało Order
Bohatera Federacji Rosyjskiej. Dla porównania podczas trwającej 10 lat
interwencji radzieckiej w Afganistanie poprzedzający go Order Bohatera
Związku Radzieckiego dostało tylko 65 wojskowych.
W 2006 roku powstał 4-odcinkowy mini-serial telewizyjny opowiadający o walkach 6. kompanii na wzgórzu 776
Jako ciekawostkę natomias należy dodać, że motyw wezwania artylerii na własne pozycje przypomina czyn polskiego chorążego Kunysza z 9. pułku 3. DP WP - 19.IX.1944r. W domu przy ul. Idźkowskiego 4 na warszawskim Czerniakowie, wobec okrążenia i beznadziejności położenia przywołał na siebie ogień artylerii zza Wisły ginąc sam, ale i zabijając pewną liczbę Niemców.
sobota, 27 października 2018
Ostatnia szarża...
Jednym
z mało dziś znanych w świecie wydarzeń I wojny światowej była bitwa, która
rozegrała się 31 października 1917 roku w Beer Szewa (miasto leżące dziś na
terytorium Izraela). Ta niewielka wówczas miejscowość była ważnym lokalnym
ośrodkiem administracyjnym. Tam też mieścił się garnizon armii tureckiej oraz
duża grupa oficerów niemieckich, na czele z dowodzącym generałem Friedrichem
Freiherr Kress von Kressenstein. Egipskie Siły Ekspedycyjne (czyli po prostu
Brytyjczycy) wcześniej kilkakrotnie bezskutecznie próbowały przełamać turecką
obronę w Gazie i zdobyć miasto. Turecka obrona, wspierana przez Niemców, była
jednak bardzo silna, ataki 60 Londyńskiej Dywizji były skutecznie odpierane za pomocą
dział, niewiele pomogło wsparcie 74 Dywizji. Turcy i Niemcy byli przekonani o
swojej militarnej dominacji w tym rejonie, a zdobycie miasta uważali za po
prostu niemożliwe. Jednakże Brytyjczycy nie rezygnowali. Niestety wszystkie ich
oddziały zajęte były walkami o obiekty w dalszej okolicy, przy Beer Szewa
pozostały tylko dwie jednostki australijskie w liczbie zaledwie 800 żołnierzy z
4 i 12 Regimentu Australijskiego 4 lekkiej Brygady Kawalerii pod dowództwem
generała Allenby. Problem polegał na tym, że konie potrzebowały ogromnych
ilości paszy i wody, których w pobliskich oazach po prostu nie było. Atak
musiał się więc odbyć szybko, każdy dzień zwłoki mógłby spowodować śmierć wielu
zwierząt.
Mimo pośpiechu atak był dość szczegółowo
przygotowany: miał odbyć się z zaskoczenia, późnym popołudniem. Żołnierze
otrzymali instrukcję, gdzie sugerowano atak bagnetami jako bronią tylko do
kłucia. Bagnety nie miały być osadzone na karabinach, lecz trzymane w ręku,
dzięki czemu możliwe było używanie obu rąk do trzymania wodzy i lepsze było
panowanie nad końmi. Zbrojmistrze otrzymali rozkaz naostrzenia wszystkich
bagnetów. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że walka i zdobycie miasta da wojsku
zapasy żywności i wody, niezbędne do przeżycia.
Bitwa zaczęła się od przygotowania artyleryjskiego i
zdobycia siłami piechoty jednego ze wzgórz, z którego Turcy mogliby ogniem
zatrzymać szarżę. Sama szarża odbyła się na dystansie prawie 4 kilometrów, przy
czym kawalerzyści kilkakrotnie znaleźli się w ogniu karabinów, dział i ciężkich
karabinów maszynowych. Dzięki galopowi straty były jednak nie tak wielkie, niż
gdyby atak odbywać się miał innymi metodami. Turcy zresztą się tego
spodziewali, oczekując, że zbliżające się wojsko zsiądzie z koni i zacznie
walczyć pieszo. Tak się jednak nie stało. Morale Turków zostało złamane
widokiem błyskawicznego, frontalnego konnego ataku wprost na ich pozycje, widziane
były wśród nich objawy paniki i niezdyscyplinowania. Po przeskoczeniu zasieków
i trzymetrowej głębokości okopów kawalerzyści zaatakowali namioty przeciwnika,
rozpoczęły się pojedyncze walki wręcz. Miasto zostało zdobyte, przy czym Turkom
nie udało się w odwrocie zniszczyć wszystkich studni.
Była to, jak dziś się nazywa, ostatnia uwieńczona
sukcesem konna szarża w wojennej historii Wielkiej Brytanii. Szarża desperacka,
pod względem bohaterstwa podobna do tej pod Samosierrą: żołnierze dosiadali
swych koni uzbrojeni wyłącznie w bagnety, przeciw sobie mając 4000 Turków
uzbrojonych nie tylko w karabiny, ale i artylerię. Dotarcie na miejsce i szarża
była rajdem przez przez łącznie 4 kilometry rozpalonego piasku. Był to rajd na
koniach, które będąc na pustyni od ponad dwóch dni pozostawały bez wody...
Dziś wprawdzie na obrzeżach miasta istnieje nadal
cmentarz z grobami ponad 31 brytyjskich i australijskich kawalerzystów, którzy
padli w tej bitwie, ale tak naprawdę mało kto pamiętał o tym wydarzeniu, nawet
w Australii i Izraelu. Tymczasem ten zwycięski atak miał ogromne znaczenie
strategiczne - otworzył Brytyjczykom drogę do Jeruzalem i Damaszku, pozwolił im
zająć i utrzymać pod kontrolą przez kolejne lata tereny dzisiejszego Izraela i
stał się początkiem końca Imperium Otomańskiego. Po I wojnie światowej Liga
Narodów zgodziła się na stworzenie Mandatu Palestyny pod brytyjskim
protektoratem, a w roku 1948, po podziale Palestyny, państwo Izrael mogło
proklamować niepodległość. Gdyby więc nie ta szarża, to być może te tereny
pozostałyby do dziś pod władaniem Turków, a założenie Izraela byłoby
niemożliwe. Dlatego też w 2008 roku prezydent Izraela Szimon Peres dokonał
odsłonięcia pomnika dłuta Petera Corlett, przedstawiającego australijskiego
kawalerzystę w szarży.
poniedziałek, 9 lipca 2018
MIlion zza oceanu
Gdy wiosną 1944 roku, polski
działacz emigracyjny Mieczysław Haiman wysłał do 796 polskich parafii w USA
ankiety z pytaniem o liczbę wiernych, osób zmobilizowanych i tych, którzy
polegli na służbie, odpowiedziało mu 538 parafii. Dało to niezmiernie rzadką na
tle innych grup etnicznych możliwość oszacowania skali mobilizacji. Ankieta
Haimana pokazała, że ponad milion żołnierzy w armii USA był polskiego
pochodzenia.
Jak na tak ogromna liczbę
Polaków, z których sporo było emigrantami w pierwszym albo drugim pokoleniu,
młodymi ludźmi wciąż myślącymi i mówiącymi po polsku, walczących na frontach II
wojny światowej w amerykańskich mundurach to temat ten dotychczas jakby w
polskiej świadomości historycznej nie istniał. Odnieść można również wrażenie,
że temat ten nie istniał także w świadomości Polonii amerykańskiej.
W piątek 6 lipca gdańskie Muzeum
II Wojny Światowej z inicjatywy oraz przy ogromnej współpracy Stowarzyszenia
Historycznego Wielka Czerwona Jedynka zaprosiło zwiedzających na otwarcie
szczególnej wystawy. Ekspozycja nosząca nazwę: „Milion zza oceanu” poświęcona
jest amerykańskim żołnierzom o polsko brzmiących nazwiskach, którzy, walczyli,
zwyciężali, odznaczali się bohaterskimi czynami i ginęli podczas bitew i
kampanii II wojny.
W słoneczne piątkowe popołudnie
pod muzeum zaparkowały amerykańskie drugowojenne pojazdy wojskowe, a
wchodzących do gmachu gdańszczan witał punkt rekrutacyjny US Army.
Samą wystawę, którą można będzie zwiedzać do 31 października 2018 roku otworzył
dyrektor Muzeum dr Karol Nawrocki. Odczytano również list Wiceministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego, Jarosława Sellina.
Co ciekawe to piątkowe otwarcie
wystawy Milion zza oceanu należałoby nazwać raczej polska premierą, gdyż 6
miesięcy temu ekspozycja ta miała swój debiut właśnie zza oceanem, w Konsulacie
Generalnym RP w Nowym Jorku. Tam również otwierał ja dyrektor Muzeum II Wojny,
Karol Nawrocki. Ekspozycja podróżowała następnie po Stanach odwiedzając bliskie
polskiej społeczności w USA miejsca, miasta odraz nekropolie, m.in. w rodzinnym
mieście asa myśliwskiego z II wojny oraz wojny koreańskiej, pułkownika Francisa
„Gabby” Gabreskiego.
Zainteresowanie, jaki wzbudziła
sprawiło, że istnieją już plany otworzenia podobnej wystawy o Amerykanach
polskiego pochodzenia, jako części ekspozycji w amerykańskim Muzeum Narodowym
II Wojny Światowej w Nowym Orleanie.
Na zwiedzających po raz pierwszy
wystawę oczekiwała diorama prezentowana przez rekonstruktorów, a
przedstawiająca, niemal wyjętą z Szeregowca Ryana scenę z życia okopowego. Po
tym żywym wprowadzeniu w epokę następowała podróż przez życiorysy, historie,
epizody ciekawostki, niezwykłe biografie zwyczajnych ludzi oraz oczywiście
eksponaty, z których jednym był oryginalny mundur RAF Witolda Urbanowicza.
Dzięki zaangażowaniu
pomysłodawców i współtwórców wystawy, Piotra Langenfelda oraz Michała Kowalskiego ze Stowarzyszenia Wielka Czerwona Jedynka, a także przy
niewątpliwej pomocy
i współpracy Muzeum II Wojny Światowej udało się nie tylko dotrzeć do instytucji
zagranicznych, muzeów, fundacji oraz przede wszystkim rodzin weteranów, co
pozwoliło na zaprezentowanie naprawdę ciekawych i nieznanych bliżej biogramów. O
ile bowiem, o Witoldzie Urbanowiczu słyszeli chyba wszyscy, o żołnierzu 3 Armii
generał Pattona, Leonie Niemczyku również, to już mało kto zna takie nazwiska
jak Teodor Dobol, Philip Streczyk czy też wspomniany wcześniej, „Gabby”
Gabreski. Mało kto
wie, że najbardziej odznaczonym amerykańskim żołnierzem Ii wojny był Polak i że
to polska stopa, chociaż w amerykańskim bucie, pierwsza od czasów rzymskich przekroczyła
w walce rzekę Ren.
Nieobecny niestety
podczas uroczystości otwarcia wystawy jej główny pomysłodawca, Piotr Langenfeld
podczas rozmowy telefonicznej powiedział: „Wystawa
jest w dużej mierze wynikiem poszukiwań naszego stowarzyszenia, które za jeden
z celów statutowych stawia sobie zbieranie informacji, biogramów o Amerykanach
polskiego pochodzenia,
a także Polakach służących w siłach zbrojnych USA, tak w czasie 2 wojny
światowej jak i po jej zakończeniu. Udział i zaangażowanie Polonii w siłach
zbrojnych USA, a także jego skala oraz następstwa dla społeczności polskiej w
USA po wojnie, nie były dotychczas ani szeroko omawiane, ani przedstawiane.
Tymczasem, jak inne mniejszości narodowościowe i Polacy wnieśli swój wkład w
amerykański wysiłek wojenny. Ba, wielu z nich zapisało się w historii, oraz w
dziejach swoich jednostek, jak chociażby bohaterowie słynnej 1 Dywizji
Piechoty, Big Red One, Teodor Dobol czy Philip Streczyk. Inni, już jako wysocy
rangą oficerowie lobbowali za przyjęciem Polski do NATO. Niektóre biogramy to
opowieści niesamowite, niewiarygodne i wręcz idealnie nadające się na film
wojenny.”
Może po świetnych
„Szyfrach wojny” poświęconych udziałowi Indian Nawaho w walkach na Pacyfiku
oraz równie znanej „Czarnej eskadrze” o afroamerykańskich pilotach myśliwskich,
powstanie kiedyś film o Polakach z US Army. Sama wystawa natomiast,
zaintryguje, zaciekawi i zainspiruje pasjonatów w historii do zgłębiania tego
tematu nie tylko na poziomie historiograficznym i naukowym. A jest co zgłębiać
– ich było ponad milion.
Gdy wiosną 1944 roku, polski
działacz emigracyjny Mieczysław Haiman wysłał do 796 polskich parafii w USA
ankiety z pytaniem o liczbę wiernych, osób zmobilizowanych i tych, którzy
polegli na służbie, odpowiedziało mu 538 parafii. Dało to niezmiernie rzadką na
tle innych grup etnicznych możliwość oszacowania skali mobilizacji. Ankieta
Haimana pokazała, że ponad milion żołnierzy w armii USA był polskiego
pochodzenia.i współpracy Muzeum II Wojny Światowej udało się nie tylko dotrzeć do instytucji zagranicznych, muzeów, fundacji oraz przede wszystkim rodzin weteranów, co pozwoliło na zaprezentowanie naprawdę ciekawych i nieznanych bliżej biogramów. O ile bowiem, o Witoldzie Urbanowiczu słyszeli chyba wszyscy, o żołnierzu 3 Armii generał Pattona, Leonie Niemczyku również, to już mało kto zna takie nazwiska jak Teodor Dobol, Philip Streczyk czy też wspomniany wcześniej, „Gabby” Gabreski. Mało kto wie, że najbardziej odznaczonym amerykańskim żołnierzem Ii wojny był Polak i że to polska stopa, chociaż w amerykańskim bucie, pierwsza od czasów rzymskich przekroczyła w walce rzekę Ren.
a także Polakach służących w siłach zbrojnych USA, tak w czasie 2 wojny światowej jak i po jej zakończeniu. Udział i zaangażowanie Polonii w siłach zbrojnych USA, a także jego skala oraz następstwa dla społeczności polskiej w USA po wojnie, nie były dotychczas ani szeroko omawiane, ani przedstawiane. Tymczasem, jak inne mniejszości narodowościowe i Polacy wnieśli swój wkład w amerykański wysiłek wojenny. Ba, wielu z nich zapisało się w historii, oraz w dziejach swoich jednostek, jak chociażby bohaterowie słynnej 1 Dywizji Piechoty, Big Red One, Teodor Dobol czy Philip Streczyk. Inni, już jako wysocy rangą oficerowie lobbowali za przyjęciem Polski do NATO. Niektóre biogramy to opowieści niesamowite, niewiarygodne i wręcz idealnie nadające się na film wojenny.”
niedziela, 13 maja 2018
Australijski WOT
Regional
Force Surveillance Units (RFSUs) - trzy jednostki, każda wielkości
batalionu, składające się w 90% z rezerwistów, które prowadzą regularne
patrole północnych terenów Australii - rezerwiści podczas tych patroli
zaliczają swoje "weekendowe" szkolenia.
Według stanu na grudzień 2014 roku RFSUs składało się z 200 żołnierzy służby czynnej i ponad 1300 rezerwistów.
Zanim powstały Regional Force Surveillance Units takie patrole prowadził SASR.
I pisząc "rezerwiści" nie mam na myśli rezerwy w naszym tego słowa
znaczeniu - czyli PO odbyciu służby w jednostkach operacyjnych, po zetce
czy po zakończeniu kontraktu, nie... to cywile.
Po zakończeniu
służby czynnej w oddziałach regularnych ADF przechodzi się też do
rezerwy ale na 5 lat do tzw. Standby Reserve - tacy rezerwiści nie są
wzywani na ŻADNE szkolenia, a mogą być jedynie zmobilizowani w czasie
wojny lub ogólnonarodowego zagrożenia... na stanowiska administracyjne i
zabezpieczenia. Prawdziwa Army Reserve czyli High Readiness Reserve
oraz Reserve Response Force składają się z ...weekendowych żołnierzy.
The Reserve Response Force szkolą się przez minimum 20 dni w roku, a
maksimum to 100 dni w roku, High Readiness Reserve to minimum 32 dni na
rok - max też 100, a w wyjątkowych wypadkach i za specjalną zgoda można
to wydłużyć do 150 na rok.
Unitarka w ADF to 80 dniowy kurs. Jest
też kurs zaawansowany, na który trafiają m.in kandydaci na komandosów w
ramach rekrutacji bezpośredniej cywili DRS (Special Forces Direct
Recruitment Scheme) - trwa on kolejne 72 dni i w założeniu, po jego
ukończeniu ma się wiedzę i umiejętności porównywalne z piechurem po 2
latach normalnej służby...
Army Reserve to wojsko na pół etatu - oni
wszyscy maja swoje cywilne etaty, a żołnierzami są w czasie wolnym -
niektórzy pracują w cywilu na pół etatu, a drugie pół etatu są
żołnierzami. Dostają za to, na początek, jakieś 20kilka tysięcy AUD na
rok - oczywiście nie płacąc od tego podatku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























